To nie pierwsze wspólne dzieło Jeffa Lemire’a i Andrei Sorrentino. Panowie, bardzo owocnie współpracowali przy monumentalnym “Gideon Falls” i już tam doskonale widać było łączącą ich chemię. Nieokiełznana wyobraźnia scenarzysty w połączeniu w niekonwencjonalnym i specyficznym podejściem do rysunków grafika, kolejny raz udowaniają, że kiedy dwóch wybitnych znawców swych profesji spotka się przy jakimś projekcie, z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że powstanie z tego coś wartościowego.
Poszczególne tomy “Mitów kościanego sadu” mocno się od siebie różnią, mają innych bohaterów, akcja toczy się w kompletnie innych lokacjach, ale jest pewien wspólny mianownik, którego sam Lovecraft by się nie powstydził. Do tego jednak jeszcze dojdziemy. Do tej pory ukazały się na naszym rynku trzy części autorstwa powyższego duetu, artyści zapowiedzieli już jednak pracę nad czwartym albumem, o tytule “Starseed”, rozszerzającym uniwersum kościanego sadu o kolejną niezależną historię, nie będącą jednocześnie finałem całości, co mnie osobiście niezmiernie cieszy.
“Przejście”, najkrótszy z tomów, wprowadza nas w mroczny, oniryczny świat spłodzony w wyobraźni Lemire’a. Na maleńką wysepkę nad którą góruje latarnia morska, wysłany zostaje geolog – John Reed. Jego zadaniem jest zbadanie przedziwnego fenomenu, zgłoszonego przez jedyną mieszkankę tego miejsca – latarniczkę Sal. Pośród skał odkryła ona bowiem idealnie okrągły otwór, jakby wywiercony ogromnym wiertłem, prowadzący w głąb ziemi i zdający się nie mieć dna. John zaczyna zgłębiać tajemnicze zjawisko, ale szybko okazuje się, że nie jest to jedyne co wymaga tu wyjaśnienia. Mężczyzna dręczony jest trudną rodzinną przeszłością, widocznie wpływającą na jego życie i działania, a początkowo przyjazna i chętna do współpracy Sal okazuje się być kimś więcej, niżeli jedynie opiekunką tego miejsca…
Wprowadzenie czytelnika w “Mity kościanego sadu” nie mogłoby być lepsze. Duszny klimat odizolowania, dziwne zachowanie kobiety która od ćwierćwiecza nie zeszła na stały ląd, otwór w skałach, skrywający nieopisane bluźnierstwa, a to wszystko podsycane traumami i problemami psychicznymi głównego bohatera. Rysunki, które Sorrentino stworzył, aby oddać nastrój i mrok otaczający tę historię, to małe dzieła sztuki. Słynący z oryginalnego podejścia do kadrowania swoich prac, wprowadzania do nich nakładających i przenikających się grafik, zabawy kształtami, światłem i cieniem, bardzo realistycznego odwzorowywania twarzy, mimiki i aktualnie przeżywanych przez bohaterów emocji, a także łamania standardów klasycznego podziału stron, zamiast tego stosując kontrast, plamy i rozmycia, nadaje opowieści pełnej trójwymiarowości i eskaluje kłębiący się wszędzie niepokój.
Jedynym minusem “Przejścia”, jest jego długość. Historia, która ma niebywały potencjał na coś dłuższego, prowadzi nas zbyt szybko do finału, w moim odczuciu jedynie prześlizgując się po drzemiącym w niej potencjale. Zarówno to, co dzieje się w głowie Reeda, jak i wątek dziury bez dna, zdecydowanie zasługują na rozwinięcie, zagmatwanie i dłuższą zabawę w czytelnikiem.
Drugi album przenosi nas w zupełnie inne rejony, zmienia się nieco graficznie i narracyjnie. Chociaż może sformułowanie “zmienia”, nie jest do końca trafne, bo określiłbym to raczej jako “rozszerza”. Znany nam już z “Przejścia” charakterystyczny styl rysunków i zabaw kształtami kadrów nieco tutaj blednie, na rzecz bardziej stonowanego i klasycznego podejścia do komiksu. Niemniej “Dziesięć tysięcy czarnych piór” dobitnie pokazuje, że Sorrentino potrafi odnaleźć się w różnych konwencjach i estetykach powieści graficznej. Zmiany spowodowane są głównie przez fakt, że drugi tom uniwersum bazuje głównie na retrospekcjach, skupiających się na młodości dwóch głównych bohaterek. Poznajmy je zatem – Trish i Jackie – nastoletnie outsiderki, które zamiast imprezować, wolą spotykać się w zaadoptowanej na ich potrzeby piwnicy, gdzie tworzą swój erpegowy świat, i do którego mogą wymykać się, wcielając w wymyślone przez siebie postaci. Świat mroczny, brutalny i bezkompromisowy, co daje im pole do uwolnienia drzemiącego w ich wyobraźniach potencjału. Ale jak to zwykle bywa, przychodzi czas aby dorosnąć, wziąć się z życiem za bary i przestać uciekać od problemów i niezrozumienia rówieśników. O ile Trish nadal uwielbia wyimaginowane uniwersum, o tyle jej przyjaciółka coraz mocniej stąpa po ziemi i wydaje się od niej oddalać. Pewnego dnia znika w tajemniczych okolicznościach, a załamana Trish za wszelką cenę próbuje ją odszukać. Czuje bowiem, że łączy je coś potężnego i głębokiego. Niestety, Jackie mimo usilnych działań policji i prokuratury, zarządzonych na szeroką skalę poszukiwań, uznana zostaje za zmarłą…
Mija dekada, Trish nadal nie może pogodzić się ze stratą, wraca więc do rodzinnego miasteczka, aby jeszcze raz spróbować odnaleźć przyjaciółkę. Szybko okazuje się, że za zaginięciem Jackie kryje się coś dużo mroczniejszego i potworniejszego, niż mogłoby się pierwotnie wydawać. Trish ulega podszeptom tajemniczego bytu i jeszcze raz przywdziewa skórę wymyślonej dawno temu przez siebie bohaterki…
“Dziesięć tysięcy czarnych piór” ma dużo bardziej rozbudowaną fabułę niż “Przejście”, co z kolei pozwala mieć nadzieję, że uniwersum dobrze i konkretnie się rozwija. Autorzy nie szczędzą nam mroku i tajemnic, świetnie się przy tym bawiąc miszmaszem horroru i gier fabularnych. Oryginalne i ciekawe połączenie, które do mnie trafia i chciałbym, aby w tę właśnie stronę Lemire i Sorrentino podążali w kolejnych opowiadanych przez siebie historiach. To jednak nie następuje… płynnie przechodzimy do trzeciego tomu “Mitów”, najdłuższego i najbardziej rozbudowanego z dotychczasowych. “Siedziba” to już czysta lovecraftowska groza i to na najwyższym poziomie. Po dwóch poprzednich opowieściach, które odebrałem jako solidne powiem szczerze, że nie spodziewałem się aż takiego wzrostu jakości. Mam wrażenie, że do tej pory panowie trochę badali teren i nie do końca pokazywali na co ich stać. Widocznie seria na tyle dobrze przyjęła się wśród czytelników, że postanowili rozwinąć skrzydła i dać nam pełnowartościowy, soczysty i mroczny horror. Bohaterami “Siedziby” jest siódemka zwyczajnych ludzi, z których każde ma swoje problemy, często skrzętnie ukrywane przed światem, ich życia zdają się nie prowadzić do niczego dobrego, a jedyne co ich łączy, to zamieszkiwanie w tym samym szarym, brudnym blokowisku. Ale czy na pewno?
Każde z nich robi w życiu coś innego, każde zmaga się ze swoimi demonami, część z nich zrezygnowała już ze szczęścia, część nie ma siły lub zdrowia, aby próbować cokolwiek zmienić. Ludzie po przejściach, z trudną przeszłością i z nędznymi perspektywami na ciekawą i spokojną przyszłość. Znają się z widzenia, niektórych łączą ze sobą więzi rodzinne, innych skrywana miłość, jeszcze innych wrogość i nienawiść. Felix, Isaac, Amanda, Justin, Tanya, Bob oraz Gary. Szóstka z nich nie spodziewa się, że najbliższy czas okaże się dla nich brutalny, mroczny i onirycznie przerażający. Poza szarością dnia, przyziemnymi problemami i walką o przetrwanie, czai się bowiem coś pradawnego, potężnego i czekającego w ciszy na swój moment. Moment, który zbliża się nieuchronnie i zaskakująco szybko. Jak wiemy z poprzednich części “Mitów kościanego sadu”, istnieją na tym świecie przejścia poza zasłonę naszej rzeczywistości. Połączenia z odmiennymi, strasznymi światami, których zrozumienie czy w ogóle objęcie rozumem grozi utratą poczytalności, a często także życia i duszy. Ludzie okazują się być jedynie pionkami w grze bogów, pradawnych istot spoza czasu i miejsca, mamionych obietnicami sławy i bogactwa, gotowymi zrobić absolutnie wszystko, posunąć się do najgorszych czynów, aby przypodobać się i zyskać w oczach stworzeń do których wznoszą modły. Bohaterowie “Siedziby” będą musieli wspiąć się na wyżyny człowieczeństwa i spróbować przebrnąć przez labirynt okrucieństwa. Zmuszani do barbarzyńskich poświęceń i wyborów, które z pozoru nie są w ogóle do podjęcia…
Scenariusz Jeffa Lemire’a jest widowiskowy i niezmiernie wciągający, ale to co wyczynia tutaj Andrea Sorrentino i jego artystyczna wyobraźnia, to absolutny majstersztyk. Moim zdaniem “Siedziba” jest komiksem kompletnym, czarującym śmiałymi i niekonwencjonalnymi kadrami oraz pomysłami, których nie powstydziliby się mistrzowie literackiego horroru. Przekładając kolejne strony, nie byłem w stanie przewidzieć co czeka na mnie na kolejnych, a im dalej brnąłem w tę opowieść, tym podobała mi się bardziej. Sorrentino demonstruje swój talent na wielu poziomach, doskonale czując się w stylistyce grozy. Wie, jak pokazywać mrok i czeluści tak odmiennych od naszego światów. Czytelnicy lubujący się w klimatach rodem z “Silent Hilla” czy najlepszych opowiadań Samotnika z Providence, czytać będą ten komiks z otwartymi buziami, ale mnie osobiście najmocniej uderzyło tutaj subtelne korespondowanie z Dantem Alighierim i jego wizjami Piekła. To, przez co przepuszczani zostają bohaterowie, czego są świadkami i jak wielkie poświęcenia gotowi są ponieść, zasługiwało na godną oprawę wizualną, a szczerze pisząc, nie wiem czy dałoby się to zrobić lepiej. Dostajemy tu pozorny kadrowy chaos, mnogość ich kształtów, wprowadzanie w najmniej oczekiwanych momentach odmiennego stylu kreski czy kolorów podkreślających dane sceny i wyciągających z nich maksymalnie dużo wrażeń dla czytającego. Już podczas lektury “Gideon Falls” specyficzne zabiegi wizualne Andrei robiły robotę. Nie ukrywam, że i przy “Mitach kościanego sadu” ostrzyłem sobie ząbki na podobne doznania. Mimo, że początkowo serwowane są one nam dość oszczędnie, to z biegiem czasu narrację coraz mocniej przejmuje właśnie ten niepowtarzalny styl Sorrentino. Poszczególne kadry dosadnie i ze smakiem obrazują aktualny stan psychiczny danej postaci, a dynamika pozwala bezbłędnie wczuć się w ich sytuację, i namacalnie wręcz poczuć targające nimi emocje.
Jestem absolutnie zachwycony, obawiam się jedynie czy autorzy nie wystrzelili sobie poprzeczki zbyt wysoko i w kolejnych historiach osadzonych w tym uniwersum podołają utrzymując lub jeszcze o kilka centymetrów ją podnosząc. Dawno już nie bawiłem się tak dobrze przy powieści graficznej, bardzo mocno czekam na kolejne pomysły, widać bowiem doskonale, że jest chemia, a nieskrępowane niczym wyobraźnie pracują na pełnych obrotach.