Zanurzcie się ze mną w chaos panujący na argentyńskich ulicach. Poszwendajmy się, zerkając co jakiś czas w okna obcych domów i mieszkań. Za większością z nich nic specjalnego się nie dzieje. Ludzie walczą o przetrwanie, o lepszy byt, każdy z nich twardo stąpający po ziemi mierzy się nieustannie z problemami dotyczącymi jego czy rodziny. Bieda, choroby, problemy psychiczne, zadry utkwione w umysłach, ktorych nijak nie da się wydłubać. Podczas tej specyficznie mrocznej, ale przede wszystkim smutnej wyprawy, poznamy nietypowe i oryginalne ludzkie jednostki. Mariana Enriquez ma bowiem niebywały dar do odkrywania tego, co pozornie ukryte, a tak naprawdę zupełnie widoczne. Trzeba jedynie wykazać minimum zaangażowania i analizy świata wokół. Skwar i falujące od niego powietrze przesycone całą gamą zapachów, poczynając od tych przyjemnych, a kończąc na woni rozkładających się ciał, miesza się tu z mrokiem ludzkich dusz, skutych okowami strachu i zrezygnowania umysłów generujących potworności, do których zaskakująco łatwo da się przyzwyczaić, a nawet pozwolić im w pewien sposób stać się częścią ludzkich losów. Zapraszam was w trudną, niepokojącą ale i skłaniającą do refleksji podróż do “Słonecznego miejsca dla mrocznych ludzi”…
Pierwotnie tytuł wydawał mi się niezmiernie artystyczny i magnetycznie przyciagający. Po lekturze jedynie utwierdziłem się w tym przekonaniu, ale teraz dodatkowo wiem, skąd się wziął. Autorka powracająca do krótkiej formy po rewelacyjnie przyjętym pierwszym zbiorze krótkich form “To, co utraciłyśmy w ogniu”, dostarcza czytelnikowi prawdziwy rollercoaster emocji i wrażeń. Jeśli należycie wczujecie się w klimat opowiadanych przez nią historii, poczujecie gorąc bijący od zaniedbanych uliczek Buenos Aires, słodki swąd brudu i niemytych ciał. Krzyki bawiących się dzieci mieszają się tu ze śpiewem ptaków i muzyką dobiegającą gdzieś z oddali. Jest chaotycznie, ubrania lepią się do skóry, a przemęczona wyobraźnia podsuwa przedziwne i często kompletnie wynaturzone obrazy. Tu się na chwilę zatrzymajmy, bo Mariana ma niewątpliwy dar wplatania w snute przez siebie pozornie zwyczajne historie ludzi, wątków paranormalnych czy wręcz groteskowo horrorowych, ale robi to w tak subtelny i naturalny sposób, że nawet najbardziej chore czy wyuzdane, nie wydają się nam dziwne czy niepasujące. Każde z dwunastu zebranych w tym zbiorze opowiadań zaczyna się zupełnie normalnie. Poznajmy lekarkę mieszkającą w niebezpiecznej dzielnicy. Niedawno pochowała zmarłą matkę, której ostatnie tygodnie przed śmiercią upłynęły na ciągłym bólu z powodu uczulenia na morfinę. Emma próbuje więc dawać sobie radę z otaczającą ją rzeczywistością jak tylko może. Los przygotował jednak dla niej coś więcej, niż dla zwyczajnego człowieka. Widzi ona bowiem duchy. Samo to może nie byłoby jakoś specjalnie szokujące, ale już fakt że potrafi do nich dotrzeć i wpłynąć na ich działania, to coś całkiem świeżego. Bohaterka kolejnego opowiadania dowiaduje się, że niestety ma raka szyjki macicy i aby przeżyć musi poddać się trudnej i ciężkiej operacji wycięcia mięśniaka. Ponownie wszystko wygląda pozornie zwyczajnie, przecież codziennie na całym świecie ludzie otrzymują takie diagnozy, poddają się operacjom, -chemio czy –radioterapii. Oczywiście – ale nie każdemu z nich w pewnym momencie coś przeskakuje w głowie, i zaczynają myśleć o raku kompletnie inaczej niż byśmy się spodziewali. Piękne w tych opowieściach jest to, że emanują potężną dawką empatii i akceptacji. Bliscy, rodziny, kochankowie – wszyscy bez mrugnięcia okiem przyjmują do wiadomości nawet najbardziej absurdalne decyzje głównych bohaterów, starając im się pomóc w miarę swoich możliwości. Autorka potrafi niezwykle delikatnie i lekko opisywać sprawy, które naturalnie niosą ze sobą potężne emocjonalne zawirowania, oblekając to jednocześnie w całun niedopowiedzeń i tajemnic, czekających na analizę w naszych głowach.
Do przemyślenia Enriquez daje nam również kwestie błędów z przeszłości, zatrzymanych w czasie wiosek, a nawet bardzo wartościowych przedmiotów po zmarłej żonie, które podstarzały mąż postanawia odsprzedać, a kupująca je kobieta nie zdaje sobie kompletnie sprawy, w co się wpakowała i jak bolesne będzie to dla niej doświadczenie. Przeczytacie tu o dziewczynce, która choruje na bardzo specyficzną i rzadką chorobę skóry, podobną do trądu. Jej wyjątkowa więź z siostrą, trudne dzieciństwo i pewna teoria odnośnie ptaków zostaną w waszej wyobraźni na długo. Poznacie ludzi, którzy codziennie wieczorem przyjeżdżają do miejsca w którym przebywają osoby w kryzysie bezdomności i ubóstwa, chcąc wspomóc ich kocami czy ciepłym posiłkiem. Pewnego wieczora poznają dwóch małych chłopców, zupełnie nie pasujących do otoczenia i sytuacji. Coś jednak mówi im, że nie powinni wpuszczać ich do auta, mimo że usilnie o to proszą, uśmiechając się tajemniczo. Historią, która na mnie oddziałuje najmocniej, jest ta opowiadająca o dziewczynie dotkniętej pewnego rodzaju rodzinną klątwą, która w miare upływu czasu coraz mocniej… traci twarz. Poruszające w tym tekście jest to, że jej brat, który pomaga jej w życiu i tej potwornej sytuacji, przyjmuje to wszystko na chłodno, tłumacząc i wyjaśniając wszystko, jakby to była zupełnie zwyczajna rzecz. Przerażająca jest tu konsekwencja i nieuchronność postępującego zaniku, z finałem którego nie powstydziłby się David Lynch.
Zawartość “Słonecznego miejsca dla mrocznych ludzi” ocieka wynaturzeniami ludzkimi pielęgnowanymi umyślnie lub nie przez lata, które z czasem stają się wręcz toczącymi bohaterow robakami. Są także takie, które generuje otaczająca ich rzeczywistość. Tak jakby istniały miejsca, gdzie błona przedzielająca to, co logiczne i zgodne z prawami fizyki była cieńsza, a momentami nawet przerwana, wpuszczając do naszego świata potworności. Społeczne problemy przelewają się tu i mieszają z prywatnymi horrorami, rozgrywającymi się w zaciszach domów. Ze zbioru, w moim odczuciu, emanuje przede wszystkim smutek i fakt pogodzenia z losem, jak tragiczny czy smutny by on nie był. Dopiero na drugim planie pojawia się groza. Króluje tu samotność, kiełkująca w głowach bohaterów przygniecionych problemami z którymi nie potrafią sobie poradzić, nawet mimo wsparcia rodziny czy ukochanych.
Mariana Enriquez pokazała kolejny raz, że doskonale czuje się w klimatach zarówno horroru, jak i ilustrowania i zwracania uwagi na problemy dotykające społeczności, głównie biednych. Robi to subtelnie, delikatnie, mam wrażenie że nawet z uśmiechem, kojarzącym się jednak z tym, który przywdział Jack Nicholson przemierzając puste korytarze hotelu Overlook, w poszukiwaniu żony i syna. W odpowiednich momentach dodaje sporo pikanterii, przeobrażając i tak trudne sytuacje w dramatyczne, często kończąc wszystko w sposób otwarty i zachęcający do interpretacji.
To tylko nieco ponad 200 stron, ale zapewniam, że zostaną z wami na długo. Fenomenalna robota!