Wiedzielibyście gdzie uciec? Co ze sobą zabrać? Potrafilibyście uderzyć lub wręcz na stałe unieszkodliwić bliską osobę – rodzica, brata, żonę, dziecko? Odnaleźlibyście się w rzeczywistości, gdzie błyskawiczne podjęcie decyzji, a także przełamanie swoich barier, złamanie zasad i porzucenie tego w co się wierzyło, może zadecydować o waszym przeżyciu? Nie ma czasu na zastanowienie, nie możesz analizować, nie możesz zwlekać, trzeba działać natychmiast. Często brutalnie i bezwzględnie, czego prawdopodobnie nigdy wcześniej nie musieliście doświadczać. Frazes “przetrwają tylko najsilniejsi i najlepiej dostosowani” właśnie się ziścił. Trwa apokalipsa zombie – nie, nie żartuję… 

Debiutancka powieść Andrzeja Wardziaka to soczysty, ociekający potem, smrodem niemytych ciał, zaschniętej krwi i ludzkich resztek za paznokciami, horror opowiadający o tym, jak Warszawa staje się areną walki o przetrwanie. Pierwszy tom “Infekcji” wrzuca nas od razu na głęboką wodę, i jednocześnie w sam środek akcji, mającej wielu bohaterów i kilka lokacji na terenie polskiej stolicy. Koniec świata znajduje każdą z postaci odgrywających w tym spektaklu główne role w innym miejscu i sytuacji. Jedni są w domu, inni w pracy, wspólnym mianownikiem który ich łączy są ich koledzy, koleżanki, partnerzy, ukochani, którzy nagle przestają zachowywać się racjonalnie, zamiast tego wybierając szaleństwo i chęć mordu. Ciężko to początkowo zrozumieć i odnaleźć się w nowej rzeczywistości, niemniej im szybciej dopuszczą oni do siebie myśli, że to co znali i kochali, a także gdzie czuli się bezpiecznie bezpowrotnie przepadło, tym być może uda im się pożyć nieco dłużej niż komuś, kto nie podejmie wyzwania wystarczająco szybko i dynamicznie. Tak zresztą dzieje się ze zdecydowaną większością mieszkańców Warszawy, co doskonale widać już po kilku godzinach od wybuchu dziwnej epidemii, zamieniającej ludzi w krwiożercze i ukierunkowane tylko na jedno, bestie. 

Jacek, Karolina, Kaja, Paweł, Max, Tomek, Kuba, Natalia – ich losy splotą się w szalonej walce o przetrwanie. Jednym uda się przeżyć, inni będą mieli mniej szczęścia. Szczęście – no właśnie – czy może być w ogóle mowa o nim w sytuacji, kiedy musisz uciekać z własnego domu, bo do drzwi dobija się kilkanaście żywych trupów, mających za jedyny cel zrobienie sobie z ciebie gorącego posiłku? Niezmordowane, choć totalnie tępe hordy włóczą się po ulicach, galeriach handlowych i wszędzie tam, gdzie spotkała je śmierć, czekając tylko na najmniejszy sygnał do ataku na nielicznych żywych. Niektórzy z naszych dzielnych bohaterów z pewnością szczęście mają. No bo fajnie jest mieć męża policjanta, czy ojca komandosa – zwłaszcza w tej dość niecodziennej i trudnej sytuacji. Niemniej nawet takie profity od losu, potrafią nie być wystarczające do przeżycia. Szybko bowiem okazuje się, że przeciwnikami nie są jedynie zombiaki. Inni ludzie, którym jakimś cudem udało się ujść z życiem i ogarnęli się na tyle szybko, żeby w ogóle myśleć o przyszłości, niekoniecznie muszą być przyjaźnie nastawieni. Bo wiecie jak jest – znikają prawa i obowiązki, dla niektórych to przyzwolenie na porzucenie moralności i jakichkolwiek zasad, co finalnie jest chyba nawet większym zagrożeniem, niż te bezrozumne, człapiące poczwary. Nowa rzeczywistość przygniata piętrzącymi się problemami, ciągłym stresem i poziomem adrenaliny, który pozwala przetrwać najgorsze. Powoli zaczyna brakować wszystkiego, pomoc nie nadchodzi, a wojsko które pojawia się na ulicach, ma zdecydowanie inną niż zwykli ludzie, definicję “pomocy”. 

Nie będę zdradzał wam wiele z fabuły, bo wszystkie powieści o żywych trupach są w gruncie rzeczy podobne. Samotnie lub w grupie należy przeżyć jak najdłużej, znajdując azyl czy schronienie, nie zatracając przy tym ani społecznych ani indywidualnych cech człowieczych. Jestem ogromnym fanem tematu zombie w popkulturze, a jeśli dodać do tego fakt, że akcja “Infekcji: Genesis” dzieje się w moim rodzinnym mieście, to sami rozumiecie, że nie mogłem przejśc obok tego obojętnie.  

Powieść ma świetne tempo, doskonale współgrające z aktualnie opisywanymi wydarzeniami. Często wstrzymujemy oddech, jakby ciszej przewracamy kartki, żeby za chwilę nasze tętno wystrzeliło, podobnie jak ilość połykanych na minutę stron. Bohaterowie są różnorodni, mający kompletnie inne charaktery i życiowe priorytety, da się do nich przywiązać, a za tych których polubimy, będziemy trzymać kciuki aż do ostatniej strony. Ich losy w pewnym momencie zaczną się splatać i przecinać, dowiemy się co ich łączy, a finalnie uzyskamy emocjonujące i otwarte zakończenie, będące zaproszeniem do części drugiej, w której dziać się będzie chyba nawet więcej… 

Trzymam kciuki za wydawnictwo Mocne Strony, które planuje wypuścić drugi tom “Infekcji” na jesieni, a także za autora, wracającego do tej historii po ponad dekadzie. Podjął się on bowiem niemałego trudu dokończenia lub być może rozbudowania tej historii o kolejne postaci czy wątki. Jeśli lubicie “Walking Dead” i klasyczne filmy Romero, powinniście doskonale bawić się podczas lektury, i te 480 stron połknąć szybciej, niż odgryziony kawałek łydki.