Książek o nawiedzonych domostwach na krańcu wsi było już kilka. Trudno jest wprowadzić takiego bohatera do opowieści tak, żeby wyszło świeżo i wiarygodnie. Mamy w końcu dosyć ograniczone pole manewru i niewielką paletę rozwiązań, które nie znudzą czytelnika i da się on przekonać do dalszej lektury. Ja osobiście lubię ten motyw i zawsze daję szansę powieściom na nim opartym. Nie inaczej było tym razem, ba, okładka skutecznie przyciągnęła mój wzrok i chociaż Czerwony Dom wygląda w historii Julii Halladin zupełnie inaczej, grafik i wydawca spisali się na medal. Nie słuchajcie tych wszystkich mędrków, którzy twierdzą, żeby nie oceniać książki po okładce. Okładka jest pierwszym i rzekłbym zasadniczym wyznacznikiem tego, czy po dany tytuł sięgniemy czy nie. Tym bardziej, jeśli nie znamy autora/autorki. Ale do brzegu…
Na skraju pewnej podlaskiej wsi, stoi niszczejący dom. Budowla budząca grozę wśród mieszkańców pobliskich zabudowań, przepełniona tajemnicami i otoczona namacalnym wręcz mrokiem. Pusty od blisko piętnastu lat, kiedy to rodzina w nim mieszkająca, zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Nie cała i nie w tym samym momencie, jednak finalnie Czerwony Dom przygląda się od tamtej pory okolicy pustymi i zimnymi otworami okien. Kiedy przebywa się w jego otoczeniu lub nim samym, odczuwa się potężny dyskomfort i ma się wrażenie, że ktoś się nam nieustannie przygląda, cienie nienaturalnie wydłużają w naszą stronę, stare deski skrzypią jakby ciut zbyt głośno, a hulające wewnątrz podmuchy jesiennego wiatru, przynoszą ze sobą zapach przeszłości i nierozwiązanych spraw. Każda osoba, która znajdzie się w jego wnętrzu jest obserwowana, spada na nią ciężar zarówno niewidzialnego zła, jak i duszna atmosfera związana z ostatnimi jego właścicielami. Czemu więc go nie wyremontować i spróbować na nim zarobić?!
Taki plan ma Maja, której agencja nieruchomości postanawia odświeżyć tajemniczą nieruchomość i wystawić ją na sprzedaż. Pomóc ma jej w tym córka, Gabrysia. Obie kobiety nie wiedzą jeszcze w jakie bagno się pakują, i ile trupów wypadnie z szafy podczas porządkowania i sprzątania Czerwonego Domu…
Okoliczni mieszkańcy, żywo interesujący się ruchem wokół zapomnianej rudery, nie są zadowoleni, że ktoś postanowił przywrócić ją do życia, a tym samym do ludzkiej pamięci. Było dobrze kiedy nikt się tym miejscem nie zajmował, a ono samo powoli zapadało się pod ciężarem własnego mroku i wydarzeń, których było niemym świadkiem, i które zdają się nadal rezonować wewnątrz jego murów. Rodzina Wagnerów, mieszkająca w nim przed laty, miała swoje problemy i sekrety, które z czasem przerodziły się w dramat i tragedię, finalnie niszcząc ją oraz pozostawiając więcej pytań, niż odpowiedzi.
Kiedy Maja zaczyna coraz mocniej wnikać w te historie, błąkać po domu i odkrywać jego ukryte i zakurzone zakamarki, odczuwa że nic nie jest tak, jak być powinno, atmosfera ją przytłacza, a rozbudzona wyobraźnia podsuwa obrazy, których nie chce oglądać. Podobnie czuje się jej córka zaprzyjaźniona z chłopakiem z sąsiedztwa, buszująca po Czerwonym Domu, stopniowo odkrywając sekrety zarówno niego samego, jak i mieszkających tu przed laty czterech osób, których życiorysy i losy związały się z nim mocno i nierozerwalnie.
Im dalej w las, tym większy mrok. Dokładnie tak odczuwa to Gabrysia, która podejmując decyzję o rozwikłaniu zagadek czających się za starymi murami, dokopuje się finalnie do czegoś, co chyba nie powinno ujrzeć światła dziennego. Okazuje się bowiem, że ma z tym miejscem dużo więcej wspólnego niż początkowo zakładała. Pierwotna podniecająca myśl o opuszczonym, pełnym mroku domu, szybko przeradza się w walkę o zachowanie zdrowych zmysłów. Czasem bowiem lepiej nie ruszać pewnych spraw, lawina tym spowodowana, może nas szybko i skutecznie zasypać, niszcząc przy okazji relacje z bliskimi nam osobami.
Julia Halladin postawiła przed sobą dosyć trudne zadanie, opierając swą opowieść na dość przetartym i przemielonym schemacie. Opuszczony dom, legendy z nim związane, zniknięcie jego mieszkańców – to wszystko już było, wielokrotnie powtarzane i utarte w czytelniczej świadomości. Do pewnego momentu ja sam sądziłem, że “Mrokowisko” nie jest w stanie niczym mnie zaskoczyć, ale że tempo w jakim jest napisane bliskie jest ideałowi, dałem mu szansę, czego nie żałuję. Historia ta bowiem o ile z początku toczy się okrutnie schematycznie, o tyle dalej jest zdecydowanie ciekawsza. Kilka zaskakujących zwrotów akcji, stopniowe odkrywanie kart i ciekawe opisy klimatu panującego w i wokół rezydencji, dały mi naprawdę sporo frajdy z lektury. Do tego dochodzi pewien wątek, który ubóstwiam i uwielbiam zarówno w rzeczywistości, jak i w powieściach. Wiąże się on bezpośrednio z ludzką naturą i tym, jak jednocześnie potężnym i wątłym jest ludzki umysł. Klasycznie też dla tego typu historii finał stawia nam pytanie – czy żyjąc wśród ludzi, naprawdę potrzebujemy jakichś potworów?
