“Dom”, “Wojna” – Michael McDowell. Blackwater III i IV.
Początkowo akcja “Domu” skupia się ponownie na żeńskiej części rodziny Caskeyów, a konkretnie obu córkach Elinor i Oscara. Tak bardzo różnych od siebie, a jednak nadal pozostających swą najbliższą rodziną. Miriam, wychowywana przez Mary-Love na swój wzór, jest oschła, złośliwa i wyniosła w stosunku do każdego, a zwłaszcza Frances, uważając ją za gorszą i właściwie zbędną dla całego rodu. Stosunki pomiędzy oboma domami, jeżeli w ogóle są, ograniczają się do absolutnego minimum. Elinor nie czuje potrzeby widywania się z pierworodną, i vice versa – tej z kolei towarzystwo Mary-Love i Siostry w zupełności wystarcza. Nawet kiedy Frances zapada na tajemniczą chorobę, niczego to nie zmienia w ich relacji. Pewnego dnia, po wycieczce z Grace nad Perdido, młodsza córka Elinor zaczyna źle się czuć, jej zdrowie momentalnie podupada i na całe trzy lata zostaje przykuta do łóżka. Rokowania nie są dobre, jednak matka nie odstępuje jej na krok, mając swoje pomysły jak zaradzić jej schorzeniu.
Elinor poświęca się w pełni swemu domowi i rodzinie, mam jednak nieodparte wrażenie, że gdzieś w głębi cały czas planuje, analizuje i czeka na odpowiedni moment, aby uderzyć. Mając naprzeciw siebie tak zacnego i potężnego wroga, nie można przecież ani na chwilę opuścić gardy. Ona akurat ma bardzo dużo czasu i nie musi się spieszyć, w przeciwieństwie do głowy rodu Caskeyów.
Tymczasem nad głowami wszystkich Amerykanów, w tym także mieszkańców Perdido zbierają się czarne chmury, a na horyzoncie zaczyna majaczyć potężny kryzys gospodarczy, który zmieni bardzo wiele w każdym aspekcie ich życia. Mamy rok 1929, bezrobocie szybuje, tartaki przestają być rentowne, a rodzinie Caskeyów skórę ratują jedynie dobre decyzje Oskara i oszczędności Mary-Love, pozwalając w miarę normalnie przebrnąć przez światowy krach. Finanse, to jednak nie jedyne niebezpieczeństwo jakie czai się wokół Caskeyów. Queenie Strickland, która rozgościła się wraz z dziećmi w Perdido, pod czujnym i opiekuńczym okiem Jamesa, ponownie ma problemy z mężem. Bardzo poważne problemy, które kończą się po myśli… Elinor.
Daje ona upust swym specyficznym potrzebom, jednocześnie rozwiązując tym wiele problemów. Widać to doskonale zarówno w “Domu”, jak i “Wojnie”, do której za chwilę przejdę. Wspomnę jeszcze tylko o końcówce trzeciego tomu, ponieważ to, co McDowell tam opisuje i jak wpłynie to na absolutnie wszystkich bohaterów, jest niezwykle istotne i co ważne – pełne subtelnego i wyrachowanego horroru.
Cała rodzina, aby odsapnąć po trudach zarówno Wielkiego Kryzysu, jak i problemach dotykających ich ród wewnętrznie, postanawia wybrać się na długie wakacje do Chicago. Nie wszystko idzie jednak po ich myśli, i nie wszyscy finalnie będą mogli wziąć udział w wyprawie… i tu stawiam kropkę, nie można bowiem napisać nic więcej, aby nie zepsuć zabawy tym, którzy jeszcze “Domu” nie przeczytali.

Po wydarzeniach kończących trzecią część sagi McDowella, przechodzimy płynnie do “Wojny”. Czwarta część od samego początku wydaje się być znacząco inna od poprzednich. Doskonale widać tu, jak potężny wpływ na wszystkich członków rodziny miała Mary-Love, której śmierć wywraca niejako dotychczasowy styl ich życia, ale wprowadza także mnóstwo spokoju i zmiany w relacjach. Coraz mocniej dochodzić do głosu zaczyna młodsze pokolenie Caskeyów, co oczywiście nie mogłoby mieć miejsca, gdyby rodem nadal autorytarnie zarządzała najstarsza z rodu.
Kolejną istotną zmianą, jest wprowadzenie przez autora większego znaczenia mężczyzn w tej historii. Poczynając od syna Queenie, Malcolma, popadającego w poważne tarapaty i ocierającego się o sąd i więzienie, poprzez podniesienie relacji Jamesa z córką Grace oraz Danjo, aż po zupełnie nowych bohaterów, pojawiających się w związku z wojną, która swój wpływ wywiera nawet tutaj.
Z kobiet, na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie Frances, coraz bardziej świadoma swych mocy, jednocześnie zafascynowana i przerażona tym, co się z nią dzieje. Równolegle młodsza z córek Elinor poznaje pewnego dobrze wychowanego i ułożonego żołnierza – Billy’ego Bronze’a, którego urok udziela się całej rodzinie Caskeyów. Bardzo szybko udaje mu się wkupić w łaski rodziców Frances, jest pomocny i uczciwy, z czasem stając się kimś więcej, niż tylko przyjacielem domu.
Ale ze stacjonującym w pobliżu wojskiem wiążą się także mroczne i drastyczne przeżycia niektórych mieszkańców Perdido. Sytuacje, które prowadzą bezpośrednio do poważnych i życiowych decyzji, zwłaszcza u kobiet Caskeyów. Elinor, niezmiennie subtelnie i niespesznie sterując wszystkim, kolejny raz ma możliwość pofolgowania swej potwornej naturze, oczywiście w imię wyższego dobra.
W „Wojnie” akcja mocno przyspiesza, dużo się dzieje, nowi bohaterowie wprowadzają sporo zamętu, zarówno tego pozytywnego, jak i negatywnego, widmo wojny i nieuchronnych zmian cały czas przewija się gdzieś w tle, mam więc nadzieję, że tempo zostanie podtrzymane w dwóch ostatnich tomach serii Blackwater, aby zrównoważyć jego poziom względem początku opowieści.
Ale żebyśmy nie utonęli w lukrze, jest też kilka uwag. Największe “ale” mam do tego, że póki co nadal brakuje mi większej ilości grozy, bo o ile w pierwszych dwóch częściach Blackwater pogodziłem się z tym, że to wstęp do historii, a groza ma nadejść z czasem, o tyle po czterech książkach z sześciu, czuję niedosyt.
Końcówka “Wojny” jest już całkiem przyjemna pod tym względem, pewne tajemnice zaczynają przestawać być tajemnicami, a coraz większa świadomość niektórych powoduje, że czekam na ostatnie dwie tomy z nadzieją, że będzie się tam działo dużo więcej w kontekście mroku i brutalności. Chciałbym, żeby na drugi plan zeszła obyczajowość tej serii, a do przodu wysunęły się inne jej walory, do tej pory odkrywane stopniowo i trochę zbyt powolnie. To już jest ten moment!
Drugą kwestią, która nie do końca mi podeszła, jest kompletna przemiana Miriam. W moim mniemaniu nie jest ani szczera, ani wiarygodna. Z dziewczyny butnej, aroganckiej i wywyższającej się nad każdego oprócz Mary-Love, przeskakuje ona dosłownie na drugi biegun, pokazując, że ma jednak ludzkie oblicze, uczucia, a jej stosunek do innych potrafi być w pewnym sensie nawet… czuły.
Pozostając w klimacie powieści, a konkretnie obu rzek, przez przeczytany do tej pory czteroksiąg przepłynąłem szybko i z dużym zainteresowaniem śledziłem losy Caskeyów oraz powoli wynurzające się na światło dzienne potworności, ciekaw jestem niezmiernie zakończenia, które będę miał okazję przeczytać już niebawem, a wrażeniami nie omieszkam się z wami podzielić.
