Nie wiem jak smakuje dwustuletnia samotność. 

Może zobojętnieniem. Może pewnością siebie. Może stagnacją i agresją. Wiem natomiast, jak samotność odbierana była przez Eli, która żyjąc ponad dwa wieki, zabijając i sycąc się energią żywych poprzez życiodajną krew, była… smutna. 

Żyła po wielokroć, osiadając w jakimś miejscu przyjmowała wyimgainowaną tożsamość, dostosowywała do aktualnie panujących warunków i trendów, robiła to co musiała aby przetrwać, a potem, kiedy miejsce się wypalało, zabierała swój skromny dobytek i ruszała dalej, podróżując bez celu, traktując ludzi jedynie jako pokarm. Już dawno zorientowała się, że postać dziecka wiele ułatwia, otwiera zamknięte dla dorosłych drzwi, ale i naraża ją na pewne niebezpieczeństwa. Bo nie tylko wampiry potrafią być potworami, chodzą wśród nas inni przedstawiciele rasy ludzkiej, którzy niewiele im ustępują, a czasami nawet wygrywają ten wyścig. Nieumarły bowiem nie zabija dla zabawy, nie spełnia swych rządz i wynaturzeń na niewinnych i bezbronnych. Zabija bo musi, to jego schemat przetrwania. Natomiast ludzie…  

Eli pewnego zimowego dnia 1981 roku wprowadza się z opiekunem do niewielkiego bloku na przedmieściach Sztokholmu, w Blackebergu. Nie wie jeszcze, że pobyt tam będzie zupełnie inny, niż wszystkie poprzednie. Nie wie, że los da jej coś, czego od dawna nie czuła i nie sądziła, że potrzebuje. Da jej Oskara. 

Oskar, to dwunastoletni, stłamszony i wyszydzany przez rówieśników chłopiec, którego rozpadająca się rodzina, przytyki i drwiny kolegów, a także delikatny i subtelny charakter, wpędzą w wir niesamowitej i mrocznej przygody. Kiedy pewnego wieczora, na placu zabaw poznaje dziwną i tajemniczą dziewczynkę, która w środku zimy nie potrzebuje ciepłego ubrania, jest dziwnie blada i małomówna, a także prosi go o zaproszenie do jego pokoju, chłopak nie zdaje sobie kompletnie sprawy w co się pakuje, ani jak potężne i zabójcze siły wpuszcza do swojego życia. A może jednak jest tego świadomy? Może po prostu mu nie zależy, albo zwyczajnie desperacko poszukuje bratniej duszy, przyjaźni czy miłości, które pragnie odnaleźć w tej szczupłej i skromnej koleżance? Idźmy nawet dalej i postawmy pytanie – czy oboje nie potrzebują siebie nawzajem? 

Spojrzenie na kwestię wampiryzmu w “Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista to ciekawe i odświeżające doświadczenie. Oczywiście jest to pełnokrwisty horror, w którym wielokrotnie natkniecie się na solidną dawkę makabry, a krew będzie obecna bardzo często. Wiele scen opisanych jest iście filmowo, bardzo chętnie zobaczyłbym na dużym ekranie np. Tommy’ego i Hakana w piwnicy… 

Jednak oprócz grozy, autor postawił sobie za zadanie poruszyć w swojej powieści również inne wątki i wartości – miłość, godzenie się z przeszłością, pasja i chorobliwe oddanie. Ciekawie czyta się historię o wampirach które czują, próbują jakoś odnaleźć się w szybko zmieniającym się społeczeństwie, pamiętając przecież czasy jakże odmienne. Wielokrotnie podkreślany jest fakt, że wampiry to kompletna nisza społeczna. Nie są potężne, nie tworzą klanów i nie wprowadzają zamętu na szeroką skalę. Raczej przemykają w cieniu, nie wychylając się zanadto, a zabijają wtedy, kiedy muszą. Nawet nowi zarażeni często nie radzą sobie z presją nowego “życia” i pamiętając kim byli jeszcze niedawno wybierają śmierć, zamiast wiecznej tułaczki i cierpienia, nawet mimo mocy jakie właśnie otrzymali. 

Lindqvist potrafi wybornie równoważyć nastroje i wprowadzać obok grozy i masakry wynikającej bezpośrednio z potrzeb krwiopijców, także stronę duchową, zwracać uwagę na wyblakłe i zapomniane, ale jednak nadal tlące się gdzieś w umysłach potworów, uczucia. Rozbudza namiętności, daje iskrę nadziei na jakąś odmianę, stara się te nieszczęsne wampiry trochę… uczłowieczyć. 

I całkiem zgrabnie mu to wychodzi. Tempo “Pozwól mi wejść” jest doskonałe, a nieco klaustrofobiczny, zimowy klimat Szwecji ery sprzed telefonów komórkowych i internetu, to doskonała baza dla takiej historii. Prześladowany przez rówieśników chłopak, odnajdujący ukojenie w przyjaciółce, której historię i prawdziwą naturę stopniowo odkrywa i akceptuje, stara się ją chronić nawet wtedy, kiedy wie czym ona jest, do czego jest zdolna i jaką tajemnicę skrywa. Nawet to nie zmienia nastawienia Oskara do Eli, pokazując jak ważnymi dla dziecka jest akceptacja, miłość, braterstwo i poczucie bezpieczeństwa.  

W tle obserwujemy działania służb, co rusz odkrywających kolejne pozbawione krwi, zmasakrowane ciała, a za naszą główną bohaterką podąża coś, czego jedynym celem jest zdobycie jej, za wszelką cenę. Wraz z kolejnymi przeczytanymi stronami budzi się w czytelniku coraz mocniejsza chęć weryfikacji poczynionych początkowo segregacji. Czy potwór naprawdę jest potworem? Czym w ogóle jest potwór i co o tym stanowi? 

Opowieść snuta przez Lindqvista poruszająca wrażliwe struny i zmieniająca z rozdziału na rozdział kwalifikacje do poszczególnych kategorii, daje sporo do myślenia. Nie jest to banalna opowiastka, gdzie bestia to bestia, a dobry rycerz zawsze lśni i nigdy nie robi niczego, co skalać może jego honor. Tu jest zdecydowanie głębiej, pojawiają się wątpliwości, a z nich rodzą się pytania. I ja to szalenie doceniam. Brak oczywistości, mamienie czytelnika, twisty i postawienie na zmuszanie do myślenia, to rzeczy które uwielbiam w literaturze, ale rzadko znajduję w horrorach. Cały czas gdzieś pokutuje przekonanie, że horror ma tylko straszyć, wywoływać dreszcze i budzić niepokój. Po to aby poczuć głębię i zaangażować się, powstały przecież inne literackie czy filmowe gatunki. Tym bardziej cieszę się, że takie powieści jak “Pozwól mi wejść” powstają i są przypominane. Nie idźmy na łatwiznę, wymagajmy nieco od literatury i siebie, bójmy się, czujmy ciarki na karku, a jednocześnie zanurzajmy się w opowieści głębiej, niż stopą w kałużę na chodniku.