“Wyrocznia” – Thomas Olde Heuvelt. 

Uwielbiam prozę Heuvelta za niekonwencjonalne podejście do horroru, zabawę konwencją i próby wyniesienia tego cały czas niszowego gatunku na swego rodzaju wyżyny literatury oraz chęć zainteresowania nim czytelników, którzy do tej pory albo byli do niego zrażeni albo w ogóle omijali go szerokim łukiem. Książki Thomasa to specyficzny miszmasz grozy, przygody, suspensu i wielopoziomowej analizy ludzkich zachowań i społecznych relacji i interakcji pomiędzy bohaterami. Jestem świeżo po lekturze trzeciej jego książki, która dzięki wydawnictwu Albatros mogła trafić w ręce polskich czytelników. I muszę przyznać, że mam nieco mieszane uczucia odnośnie “Wyroczni” – z całą pewnością jest to najprostsza z dotychczasowych historii opowiadanych przez Olde, spróbuję wam przybliżyć plusy i minusy tego tytułu i odpowiedzieć finalnie na pytanie, czy warto poświęcić jej te kilka wieczorów. 

Wyobraźcie sobie, że jedziecie doskonale sobie znaną drogą do szkoły. Jest zimny, mglisty zimowy poranek, mijacie te same domy, sklepy i zakłady rzemieślnicze co zwykle, plotkujecie i śmiejecie się, rywalizujecie i rozmyślacie o tym co was dzisiaj czeka w budzie. Nagle, na jednym z mijanych pól tulipanów zauważacie kształt, którego nie sposób się tam spodziewać… otóż z mleka spowijającego wszystko niczym całun wyłania się kadłub ogromnego i z pewnością starego… żaglowca. Lekko przechylony, nadgryziony zębem czasu robi piorunujące wrażenie na każdym, kto go zobaczy. W jednej chwili zeskakujecie z rowerów i wszystko, co zostało zaplanowane na dzisiaj, idzie w odstawkę. Niecodziennie przecież macie możliwość wspięcia się na pokład czegoś tak potężnego i majestatycznego! 

I tu zaczyna się horror. Po zejściu pod pokład nikt nie wraca. Panują tam kompletne ciemności, których nie jest w stanie rozproszyć żadne światło. Wezwane na pomoc służby również nie mogą znaleźć rozwiązania, a wszyscy policjanci, którzy schodzą do luku, nigdy więcej nie są widziani żywi. Znalezisko z fascynującego przeradza się w przerażające, pojawiają się holenderskie media, wojsko oraz oczywiście dziwna organizacja, która ogradza cały teren, przesłuchuje świadków i zaczyna coraz mocniej rościć sobie prawa do “Wyroczni”… bo gdzie kryje się tajemnica, tam potencjalnie znaleźć możemy coś wartościowego, a gdy jest na to szansa, pojawiają się przeróżni ludzie, również tacy, których nigdy nie chcielibyśmy spotkać na swej drodze. 

Początek “Wyroczni”, to jeden z najlepszych wstępów, jakie czytałem w ostatnich latach. Błyskotliwy, szalenie niepokojący i tak magicznie plastyczny, że wyobraźnia sama tworzy obraz “Wyroczni” i tego co kryje się w jej trzewiach. A to dopiero wstęp do wydarzeń, których Thomas Olde Heuvelt uraczy nas w swojej nowej opowieści. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, czyli “Hexa” i “Echa”, tutaj nie brakuje solidnej dawki akcji, przygody i zaskakujących zmian obozów, do których należą bohaterowie. Zatrzymajmy się na chwilę właśnie przy nich, bo tutaj także widać wyraźną zmianę. Poprzednie książki charakteryzowały się niewielką ilością postaci, historie toczyły się w nieco “zamkniętych” społecznościach czy grupach, a w “Wyroczni” nie dość, że skaczemy między przeszłością a teraźniejszością, to ilość osób zaangażowanych w sprawę “Wyroczni” jest zdecydowanie większa. Oprócz głównego bohatera, czyli Luki Wolfa, jego rodziny, przyjaciół i znajomych, dodatkowo dołączają członkowie tajnej organizacji rządowej, pewien podstarzały badacz zjawisk paranormalnych, a nawet śmiertelnie niebezpieczni ludzie z dalekiego kraju, dla których okręt i jego tajemnica mogą być kopalnią złota i dosłownie przechylić szalę w dominacji nad światem na ich korzyść… 

 

Uff, już sam ten opis jasno pokazuje, że podczas lektury nie będziecie się nudzić, a prędkość, z jaką przebrniecie przez tę powieść otrzeć się może o nadświetlną. Chociaż muszę przyznać, że zdarzyło się autorowi kilka momentów przestoju, w których tempo nieco spadło. Nie ma ich jednak na szczęście wiele i da się to przeżyć nie odkładając książki “na później”.  

To, co z pewnością nie do końca mi się spodobało, to odpuszczenie grozy na rzecz przygody i zawrotnej akcji rodem z Indiany Jonesa. Ale nie zrozumcie mnie źle, bo “Wyrocznia” jest tyglem emocji i przeróżnych skojarzeń i jestem przekonany, że każdy, kto jako tako śledzi popkulturę znajdzie tutaj całe mnóstwo odniesień do innych jej dzieł, zarówno horrorowych, jak i stricte rozrywkowych. Grupka dzieciaków walczących ze złem, tajne organizacje, których macki sięgają daleko i mogą narobić naprawdę niezłego bałaganu, potwory rodem z koszmarów, tajemniczy bogowie zapomniani przez czas i ludzi, coś mrocznego kryjącego się w odmętach oceanu – jest tego naprawdę dużo i ku mojemu zdziwieniu wszystkie wątki bardzo zgrabnie i solidnie się zazębiają. Ale – jako fan grozy, chciałbym w kolejnych powieściach Thomasa doświadczyć tego specyficznego suspensu, który zaserwował nam szczególnie w “Echu”. Tutaj nie ma go niestety tyle, ile bym sobie życzył.  

Wydaje mi się, że autor popełnił tu pewnego rodzaju eksperyment, zbliżając się nieco schematem “Wyroczni” do powieści chociażby duetu Preston i Child, gdzie wątki paranormalne czy nadnaturalne są tłem, a głównym motywem staje się szybka akcja, momentami rodem z Mission Impossible. Jest to ciekawe, ale kurde, po takim wstępie, jaki dostaliśmy w “Wyroczni”, gdzie ludzie schodzący pod pokład tajemniczego okrętu nagle znikają bez śladu, a towarzyszący temu dźwięk niedającego się zlokalizować potężnego dzwonu, niosący się po polach, aż prosi się o pociągnięcie tej tajemnicy w nieco innym kierunku, niż ten który finalnie dostajemy.  

Jeśli miałbym spróbować określić gatunek, do którego powieść najlepiej pasuje, to powiedziałbym, że to “groza przygodowa”. Mieszanina pomysłów z “Piratów z Karaibów” oraz “The Last of Us” podsypana szczyptą pradawnej magii, proroctw, katastrof i otoczona kordonem bezwzględnych, smutnych panów ubranych w wojskowe mundury, z AR-15 gotowymi do strzału w dłoniach.  

Z całą pewnością, jest to powieść interesująca i dość oryginalna, daleko jej jednak czy to do “Echa” czy “Hexa”, nad czym nieco ubolewam, bo ostrzyłem sobie ząbki na coś niezwykle mrocznego i klimatycznego, co daje się odczuć w “Wyroczni” jedynie epizodycznie.