Jozef Karika - "Ciemność".

Jozef Karika

„Ciemność”

Wydawnictwo Stara Szkoła.

To moja trzecia książka Jozefa, a nasza relacja autor-czytelnik, jest niezwykle burzliwa 😉

„Strach” uważam za najsłabszą jego książkę, z totalnie niewykorzystanym potencjałem, z finałem który woła o pomstę do nieba, i jest dla mnie sztandarowym przykładem problemów z zakończeniem (jakkolwiek to brzmi). „Szczelina” podobała mi się już dużo bardziej – to zupełnie inny rodzaj grozy, ale ja uwielbiam książki dziejące się w górach, a jak jeszcze jest zima, to już petarda. W „Szczelinie” zimy się tylko przewijały, ale już w najnowszym dziecku Jozefa – „Ciemności” – zima jest jednym z głównych bohaterów. A nawet przeciwników.

Pewien scenarzysta serialowy, wybiera się do odludnego miejsca w górach, aby tam, w zaciszu małego domku, który należy do jego rodziny od wielu lat, i w którym spędzał ferie i wakacje jako dzieciak, odpocząć od stresu, zarówno tego zawodowego, jak i rodzinnego, ponieważ od wielu miesięcy, nie może się dogadać ze swoją żoną, Natalią. Sytuacja w domu jest mocno napięta, awantury i kuksańce słowne to norma, małżonkowie śpią oddzielnie i generalnie napisać, że atmosfera jest gęsta jak ubita śmietana – to nic nie napisać.

Jest okres świąteczny, więc to idealna pora, żeby nie natknąć się na turystów, którzy raczej spędzają Boże Narodzenie w gronie rodziny, zaciszu domów i cieple wydobywającym się w kominków. Czy może być coś lepszego niż spokojna okolica, skąpana w ostrych promieniach zimowego słońca, kiedy wokół ciebie strzelają w nieboskłon majestatyczne ośnieżone szczyty górskie, każdy krok w białym puchu oddala cię od zgiełku miasta i problemów, a śpiew ptaków zapowiada szybko zapadający zmierzch?

Ogień w kominku, skrzypiące od mrozu drzewa i belki, z których zrobiony jest domek, cisza, brak zasięgu telefonu i internetu – no po prostu świąteczna idylla. Tak to sobie właśnie wyobrażał nasz bohater, i właściwie niewiele się pomylił – oprócz tego, że te wszystkie przepiękne i z pozoru spokojne okoliczności przyrody, w pewnych konkretnych sytuacjach, mogą się obrócić o 180 stopni i stać się ogromnymi problemami, dla samotnego, zmęczonego, chorego lub przerażonego człowieka…

„Ciemność” to tak naprawdę studium strachu. To zabawa psychologią, to nurzanie się w odmętach koszmarów, snów na jawie, błądzenie po zakamarkach mrocznych wspomnień, retrospekcji czy wyobrażeń…a to wszystko bonusowo okraszone jest kompletną ciemnością, która otacza bohatera ze wszystkich stron, i ma przeogromny wpływ na wszystkie sytuacje i rzeczy jakie się mu przydarzają na kartach książki. A jest tego naprawdę sporo.

Bardzo podoba mi się takie podejście autora do kwestii grozy i przerażania czytelnika. Widać, że Karika się rozwija, zarówno literacko tak jak i jako człowiek. Książka jest fajnie przemyślana i dopracowana, a autor lawiruje pomiędzy rzeczywistością a marami sennymi. Takie zabiegi są też dość wygodne, bo pewne rzeczy można nimi wytłumaczyć, ale nie traktuję tego jako zarzut, a raczej jako „pisarskie cwaniactwo”, które fajnie uzupełnia całą historię.

Wraz z poznawaniem przez czytelnika naszego bohatera, który „odpoczywa” w górach, kilka razy zmieni się nam podejście do niego i jego zachowań. To bardzo fajna rzecz, bo książka staje się przez to dużo ciekawsza, nieliniowa, i opinia o danej osobie, wcale nie musi być od początku do końca taka sama.

Nie wiem czy autor jest fanem pewnego aktora i filmu, ale jak przeczytacie i ogarniacie w miarę kinematografię, coś ciekawego rzuci wam się w oczy 😉

Finał „Ciemności” to jakby dwie odrębne ścieżki, jedna z nich oczywista i jeśli nią pójdziemy, to ja się nie zgadzam z ilością „wrażeń” jakie przeżył nasz bohater – tutaj jest trochę przegięcie. Ale jeśli pójdziemy drugą ścieżką, tą nazwijmy to na potrzeby recenzji „psychologiczną”, którą ja zresztą sam wolę podążać, bo jest zdecydowanie ciekawsza i wynosi nam grozę z książki na nowy poziom, w tym wypadku, zakończenie powieści jest fenomenalne. Powiem szczerze, że trochę bałem się, w którą stronę to pójdzie, chociaż domyśliłem się również pewnych bardzo znaczących rzeczy, które miały bezpośredni wpływ na tak naprawdę wszelkie późniejsze działania bohatera książki i na sam finał jego zmagań z ciemnością i przenikliwym zimnem górskiego lasu. Ale wyszło dobrze, ja to łykam, myślę, że wam też się spodoba, o ile nie będziecie trwali na siłę przy realizmie książki jako całości.

Namotałem się okrutnie i nie wiem czy coś z tego zrozumiecie, ale bardzo ciężko jest coś o „Ciemności” napisać, nie zdradzając srogiego spojlera, który już lawinowo odkryje wszystkie tajemnice i strachy, które czają się w najnowszej powieści Jozefa Kariki.

Ja książkę jak najbardziej polecam, bo to ciekawe spojrzenie na grozę, nic nie jest tu oczywiste i dane raz na zawsze, a liczba fabularnych zakrętów, może przyprawić o zawrót głowy. Nie mamy tutaj wielu potworów, nie mamy duchów ani cystern krwi, ale mamy coś zawoalowanego, coś co kryje się w umyśle, chowa za drzewami, widzi każdy nasz ruch i na podstawie tego, wykonuje swoje. Coś nieuchwytnego i nieznanego, ale właśnie przez to dużo bardziej przerażającego…


T.S.Tomson - "Próba sił".

Na tapetę idzie tym razem debiutancka powieść T.S. Tomsona, czyli właściwie Tomasza Sablika, pt.: „Próba Sił” – wydana nakładem „Wydawnictwa” Novae Res, o którym wspominam, bo będzie jednym z głównych bohaterów tej recenzji. Niestety.

Ale smutki zostawiam na koniec, póki co skupiając się na książce i autorze. Muszę przyznać, że jak na debiutancką, powieść Tomka, jest dojrzała i dobrze przemyślana. Wszystkie wątki ładnie się zazębiają i przeplatają, a historię czyta się szybko i jest zdecydowanie wciągająca.

Mocnym punktem „Próby sił”, są dialogi, które są częstym mankamentem początkujących pisarzy. Najczęściej wypadają sztucznie, sztywno, a często wręcz po jakimś czasie je pomijam w lekturze, bo zwyczajnie nie bardzo da się je czytać. Tutaj jest fajnie – wszystkie postaci są pokazane realistycznie, łatwo je sobie wyobrazić i co najważniejsze, utożsamić się z nimi, lub przelać na nie odpowiednie uczucia – ci, którzy mają straszyć, wzbudzają strach, śmieszki śmieszą, a odpowiedzialne głowy rodziny, powodują u czytelnika poważny wyraz twarzy i zadumę. Zdecydowany plus.

Moim zdaniem, książka jest bardzo „kingowa”. Wydaje mi się, że autor jest dużym fanem „mistrza grozy”, bo i w opisach postaci i samej historii, widać sposób pisania Stephena. Może się mylę, ale takie miałem skojarzenie podczas całej lektury. Oczywiście traktuję to in plus, bo mimo, że nie uważam Kinga za „mistrza grozy”, to niewątpliwie jest świetnym warsztatowo pisarzem, niesamowicie dojrzałym i piszącym bardzo realistycznie, z czego Tomek w swej powieści skrzętnie korzystał.

Co do treści i bohaterów książki. Mamy tu ładny przekrój społeczny, od ekskluzywnych prostytutek, poprzez koksów, aż do spokojnej i kochającej wszystkich babci, przykutej do wózka inwalidzkiego…ale po kolei - Samantha, dziewczyna do towarzystwa, która zmienia swoje życie o 180 stopni, po pewnym spotkaniu z nowym klientem, które zapamięta na całe życie, i które bardzo mocno na to życie wpłynie. Rob – młody chłopak, zafascynowany fantasy i Star Wars, który decyduje się pomóc Sam, mimo, że poznał ją kilka minut wcześniej…Tony – bezwzględny szef mafii, alfons i brutalny przestępca, który nie boi się nikogo i niczego, zawsze mając u boku swoich dwóch tępych ochroniarzy – Andersa i Lucasa, a którego odwaga kilka razy zostanie wystawiona na próbę…rodzinę Abramsów – Rose, Amy, Kate i Stephena oraz przyjaciela rodziny, wielkoluda Eddiego i kilka innych, dziwnych postaci…

To co mi się również bardzo podoba w „Próbie Sił”, to fakt, że każda część książki, ma swoich głównych bohaterów. Dzięki temu możemy wszystkich dobrze poznać, polubić lub niekoniecznie 😉

Poprzez taki zabieg, autor mógł pokazać nam ich problemy, stworzyć zamiast suchych opisów, pełnokrwiste postaci. Mnie to przekonuje, bo z jedną z nich dość mocno się związałem emocjonalnie, i miałem nadzieję, że dotrwa do końca przygód…

W pewnym momencie, losy bohaterów zaczynają się coraz mocniej przeplatać, poszczególne wątki splatają się, poziomy paranormalności i grozy nabierają intensywności, i tak zmierzamy do wielkiego finału, który usadza wszystkich w małym saloniku Rose Abrams w miejscowości Tensas, podczas ogromnej zamieci, która zaciera ślady, czas i odbiera radość oraz nadzieję…a jest to pora Bożego Narodzenia, zamiast cieszyć się i radować w gronie rodzinnym, naszym bohaterom przyjdzie stoczyć walkę na śmierć i życie, z nieznanymi, mrocznymi siłami, które powodują, że cały świat wokół zapada w dziwny sen, czy może raczej letarg. Nie palą się żadne światła, życie zamiera, tajemnicze postaci pojawiają się na ulicach, a na drzwiach prawie wszystkich domów w miasteczku, zaczynają się materializować dziwne, krwawe znaki…

Jak przystało na książkę reklamowaną jako horror – mamy tutaj zarówno duchy, jak i niezbadane mroczne siły, dziwne zakapturzone postaci, oraz pewnego niezwykle kurtuazyjnego i dobrze wychowanego, wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu…są prorocze sny, wilki na usługach Złego…cała masa niepokojących i przerażających sytuacji i zdarzeń. Aczkolwiek bardzo dobrze serwowanych czytelnikowi, nienachalnych i nieprzesadzonych. Książka jest bardzo wyważona i utrzymuje odpowiedni poziom napięcia i niepokoju przez cały czas.

Nie chcę zdradzać wiele więcej, bo powieść Tomsona zasługuje na przeczytanie i mimo zastrzeżeń co do redakcji i korekty, o których zaraz napisze więcej, uważam, że „Próba Sił”, to obok „Potępionej” Bartka Fitasa, najlepszy debiut w kategorii literatury grozy ostatnich kilku lat. Szczerze.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

A teraz to, czego nie chciałbym pisać, ale muszę. Z szacunku dla autora i dla innych czytelników, którzy być może to przeczytają i sięgną po „Próbę sił”.

Wydawnictwo „Novae Res” TO JEST DRAMAT – niepojętym dla mnie jest, jak można wydrukować i wypuścić do szerokiej dystrybucji (księgarnie internetowe, ale także EMPIK), książkę, która nie przeszła ani korekty ani redakcji. Jak dla mnie, przykład skrajnej ignorancji i dziadostwa. Jakim prawem, na okładce jest cena 38 zł, skoro nie zostało przy pliku nadesłanym przez autora, praktycznie nic zrobione??! Inne wydawnictwa, inni autorzy, pracują nad tekstem MIESIĄCAMI, obrabiają go, poprawiają, jest kilka korekt, generalnie masa pracy, wykonana przez kilka osób – cena podobna.

Skandal – to słowo chyba najlepiej opisuje praktyki uprawiane przez to pseudo wydawnictwo, i mocno zastanawiam się nad tym, czy nie pójść z tym gdzieś dalej, bo to jest właściwie okradanie czytelnika, który wykładając pewną kwotę, oczekuje tekstu pod każdym względem bliskiego ideałowi. Nie chodzi tylko o kwestię gramatyki, ale także stylistykę, sens treści, obróbkę pod kątem powtórzeń, których tutaj jest dużo – generalnie sprowadza się to do tego, że w pewnym momencie złapiecie się na tym, że szukacie kolejnych błędów, a tracicie klimat i historia schodzi na dalszy plan. Kompletny bezsens, jestem wkurzony.

Już nawet nie chodzi o mój odbiór, bo ja po pewnym czasie przestałem celowo zwracać uwagę na mnogość błędów, a zająłem się warstwą fabularną i przeżywaniem całej opowieści. Ale przede wszystkim szkoda mi autora, bo ma naprawdę duży potencjał, widać, że starał się jak mógł, żeby powieść była dobra, przemyślana i przede wszystkim wciągająca – i to mu się zdecydowanie udało. Szkoda mi tego, że dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, i o ile ja znam realia polskiego rynku wydawniczego, jego możliwości i problemy (tak z grubsza przynajmniej), to nie każdy jest mną i nie każdego musi to interesować. Inna osoba, może do tematu podejść na zasadzie: „co? Jak to jest napisane?? Tu błąd, tam błąd, nie czytam. 1/10”. I to jest właśnie najgorsze, bo o ile niska ocena za książkę, która jest należycie dopracowana, ale po prostu słaba, jest fair, o tyle w tym przypadku, ta niska ocena, może wyniknąć nie z jakości samej książki, ale z niedopełnienia podstawowych obowiązków przez wydawcę.

Może to wpłynąć na dalszą karierę autora, który jeśli nie będzie miał w sobie odpowiednich pokładów samozaparcia i pasji do pisania – odpuści. A wtedy stracą wszyscy…oprócz oczywiście Novae Res, które za nic weźmie srogą kasę i będzie żerowało na młodych pisarzach, podekscytowanych wydaniem pierwszej książki, którzy nie do końca patrzą na to wszystko tak, jak powinni.

Uważam, że debiut Tomka byłby PETARDĄ, gdyby za jego obróbkę odpowiadały osoby odpowiedzialne i należycie wykształcone w kierunku tego, za co się biorą. To autentycznie smuci i boli. Nawet mnie, zwykłego czytelnika – a co ma powiedzieć autor?

Coś tu jest mocno nie tak!

Mimo wszystko, jeśli tu dobrnęliście – przeczytajcie „Próbę Sił” T.S. Tomsona – to świetna historia, ze sporą dawką grozy i kilkoma naprawdę gaimanowskimi scenami – a to zawsze jest plus! 😉

Mam informację potwierdzoną przez autora, że kolejny nakład jest już poprawiony i należycie przygotowany dla czytelników!


Camilla Stan - "Osada".

Sześćdziesiąt lat temu, w małym górniczym miasteczku Silvertjarn, na północ od Oslo, doszło do zagadkowego zniknięcia wszystkich mieszkańców, prawie dziewięciuset osób. Policja badająca sprawę, nigdy nie rozwikłała tej zagadki.

Młoda dziennikarka Alice, wraz z grupką znajomych, przybywa na miejsce, aby nakręcić reportaż o tych tajemniczych wydarzeniach, które dotyczyły bezpośrednio także jej samej, ponieważ jej babka, wyjechała z rodzinnego Silvertjarn na kilka miesięcy przed niewyjaśnionymi zdarzeniami. Od urodzenia, Alice wsłuchiwała się pilnie w słowa i opowieści babci, i z czasem ogarnęła ją lekka obsesja na tym punkcie – co z tego wyniknęło, przeczytacie w książce, ja postaram się nie spojlerować zanadto.

OPRÓCZ OSTATNIEGO AKAPITU – ALE NIE MOGŁEM SIĘ POWSTRZYMAĆ. I W SUMIE NIE CHCIAŁEM.

Autorka zdecydowanie potrafiła w „Osadzie” stworzyć ciekawy i dość mroczny klimat. Fani „Silent Hill” nie będą zawiedzeni. Z pozoru sielskie miasteczko, kompletnie opuszczone, ciche, spokojne. Tu szumi las, tam słychać dźwięki pobliskiego potoku – no bajka. A jednak, poprzez dobre opisy, retrospekcje i poruszanie się wzdłuż dwóch linii czasowych, ja cały czas czułem gdzieś na drugim planie, schowane w cieniu, strach i napięcie. Zgrabne lawirowanie pomiędzy zwyczajnymi rozmowami, przygotowywaniami do reportażu o Silvertjarn i jej mieszkańcach, spacerowanie po domach, zwiedzanie szkoły i kościoła przeplata się z mrocznymi tajemnicami miasteczka, z historiami ludzi, którzy niegdyś tam mieszkali, pracowali, przyjaźnili się i wspierali, oraz ze zmianą jaka w nich zaszła, po pojawieniu się pewnego przystojnego, uśmiechniętego i życzliwego osobnika.

Spodobało mi się w tej powieści także to, że autorka zwinnie manewruje elementami grozy. Z początku sama opuszczona miejscówka jest „mrocznym” bohaterem, ale w miarę jak poznajemy historię i mieszkańców Silvertjarn, groza kilkukrotnie zmienia nosiciela i sama w sobie fajnie się przekształca. Mamy tu bowiem niepełnosprawną umysłowo dziewczynę, która nie wychodzi z domu, nie pozwala się dotknąć i akceptuje w swoim życiu tylko kilka osób. Mamy złotoustego pastora, który z uśmiechem opowiada o wypędzaniu demonów z ludzkiego życia, z każdym kazaniem zachęcając coraz to większą gromadę mieszkańców do przychodzenia na niedzielne kazania. Aż w końcu staje się właściwie formalnym przywódcą i absolutnym autorytetem w każdej dziedzinie…

Historia, którą opowiada nam autorka, przeplata losy kilku rodzin, wije się pomiędzy tak naprawdę dwoma kompletnie odmiennymi światami – tym sprzed 60 lat, który był mocno obsadzony w religii, nieco naiwny, a czasami nowożytnymi, z komórkami, kickstarterem i chęcią zdobycia sławy w dziedzinie dokumentów filmowych.

Trzeba przyznać, że wraz z kolejnymi przeczytanymi stronami, wzrasta napięcie, pojawiają się coraz to nowe, niepokojące wątki, a makabryczne zdarzenia z przeszłości rzucają cień na miasto i grupkę dokumentalistów, którzy z każdą mijającą godziną, zdają sobie sprawę, że ich położenie dramatycznie się zmienia i chyba jednak nie uda się zrealizować założonego planu na te 5 dni pobytu w opustoszałej, zrujnowanej mieścinie, gdzieś pośród szwedzkich lasów…

Mocnym argumentem za tym, że jest to pełnokrwisty horror, jest nie tylko płaszczyzna psychologiczna, czyli zdanie sobie sprawy, że bohaterowie znajdują się w pułapce, że nie działają sprzęty, a zasięg telefonów jest dostępny dopiero kilkanaście kilometrów od miasta. Jest też płaszczyzna typowa dla klasycznej powieści grozy, czyli śmierć, która w pewnym momencie wkracza do akcji i nie odpuszcza nikomu…no prawie nikomu…

No i finał, trochę się obawiałem w którą stronę pójdzie autorka, i jak to wyjdzie, chociaż od pewnego momentu wszystko właściwie było jasne, to zakończenie książki wyszło fajnie. Nawet w sumie bardzo fajnie, mocno weirdowo, niesztampowo i ciekawie. Historia jest zamknięta i nie zostawia raczej miejsca na jakieś rozwinięcia lub kontynuacje. Mnie się to podoba.

Tak naprawdę, to książka jest bardziej smutna niż straszna…mimo dobrze zbudowanego klimatu i ciężkiego nastroju, opowiada właściwie o chorobie, zemście i smutku, który niektórzy noszą w sobie całe życie…no i oczywiście o szaleństwie. Na wielu płaszczyznach.

Jest też wątek dla mnie osobiście irytujący, bo jako antyklerykał i człowiek, który nie trawi księży i generalnie religii, wystawiony byłem podczas lektury na to, czego najbardziej nie znoszę – mamienia ludzi z ambony, pitolenia bzdur i żerowania na naiwności. Oraz skutków jakie to wywołuje – tego przede wszystkim.

W książce wszystkie te cechy i aspekty są podkreślane, a kapłan niestety jest postacią wiodącą. Jego działania są właściwie trzonem historii. Pniem, którego korzenie rozsadzają społeczność i miasteczko. Dosłownie.


Maciej Lewandowski - "Cienie Nowego Orleanu".

Od kiedy do moich uszu dotarła wieść, właściwie plotka, że powstaje powieść, osadzona w realiach i klimacie Lovecrafta, w dodatku jej akcja, toczyć się będzie w parnym, mrocznym, słodkim i przepełnionym mistycyzmem Nowym Orleanie, na bagnach Luizjany, a do tego wszystkiego pisze ją Polak – Maciek Lewandowski – wiedziałem już, że czekam, że myślę i śnię, aby dobrać się do tego niewypowiedzianego plugastwa!

Zarówno w czasie, jak i po lekturze, myśląc o „Cieniach”, byłem nieco zaskoczony poziomem rozpoznania tematu Nowego Orleanu, wierzeń, dawnych czasów, relacji społecznych oraz kulturowych, zrobionych przez autora – widać tu ogrom pracy, ale i czystą fascynację – którą zdecydowanie podzielam. Brawo!

Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy powieści, jej główny bohater, nie może być jakąś popierdułką, która boi się pająków i reaguje nerwowym śmiechem, na każde skrzypnięcie podłogi czy starych schodów. Musi to być wielki, silny, nie tylko fizycznie, facet – który z niejednego pieca chleb jadł, widział rzeczy, które go zahartowały, ukształtowały i pchnęły na tę, a nie inną ścieżkę zarówno kariery zawodowej, jak i życia prywatnego – którego właściwie ludzie jego profesji, zwłaszcza w tamtych czasach, odnoszę wrażenie, nie mieli.
I tu, po raz kolejny, autor powieści nas nie zawiódł – opisując protagonistę, doświadczonego nowoorleańskiego policjanta Johna Raymonda Legrasse’a, jak powyżej. Dodając fedorę i piersiówkę, skrzętnie schowaną pod połami płaszcza (bynajmniej nie ze względu na przełożonych, a raczej na złodziei, ponieważ akcja powieści toczy się w czasach ścisłej prohibicji), otrzymujemy obraz twardego, zahartowanego w bitkach i znającego od podszewki ciemne zaułki i szare strefy swojego miasta, ale także zmęczonego życiem, pracą i przeszłością, faceta.

Faceta, który przy okazji jednego ze śledztw, trafia do dziupli przemytników, gdzie znajduje okrutnie okaleczoną kobietę, jak się później okazuje, nie pierwszą i nie ostatnią. Na jej umęczonym ciele, detektyw odkrywa wyryte tajemnicze symbole, ofiara ma także zdartą skórę z pleców. Tym samym, zaczyna się jego początkowo służbowy, a później, po odsunięciu od śledztwa, przede wszystkim prywatny powrót do przeszłości, do pewnej nierozwiązanej sprawy dziwnych kultystów, którzy przeszło dwadzieścia lat wcześniej, na bagnach wokół Nowego Orleanu, zdawali się przywoływać coś piekielnie starego i przerażającego…
Sprawę, którą schował głęboko z tyłu głowy, i która teraz wypełzła i nadała jego życiu i działaniom sens.

Legrasse, łącząc wątki, zmieniając lokacje i zapuszczając się w coraz to gorsze i bardziej zakazane rejony miasta, powoli i metodycznie zbliża się do strasznej, prastarej, brutalnej prawdy…

W książce mamy polski wątek, który niestety nie trwa długo…a szkoda. Co do bohaterów pobocznych czy drugoplanowych, autor ma niewątpliwy talent do uplastycznienia ich postaci. Czytając „Cienie”, widziałem przed oczami praktycznie wszystkich bardzo wyraźnie i to mi się podobało – nie zawsze możliwa jest tak dobra wizualizacja, a to się ceni.

No i moja prywatna „truskawka na torcie” – wspomniana Rue d’Auseil, o której powiedzieć, że jest mi bliska, to jak nic nie powiedzieć…nie brakuje w książce także wielu innych nawiązań i smaczków, które łączą powieść Maćka Lewandowskiego z prozą Lovecrafta, pomijając oczywiste, jak postać Legrasse’a czy inne wtrącenia z „Zewu Cthulhu”, wytrawne oko, wyłapie jeszcze kilka, mniej oczywistych. I to jest absolutnie wspaniałe.

Mnie troszkę brakowało tej duchoty, wysokiej wilgotności amerykańskiego Południa – tych komarów, smrodu bagien, zapadania się po kolana w szlamie. Ale to mnie brakowało, a ja nie jestem normalny. Jeśli jednak, brakowałoby także komuś innemu, to na pocieszenie dostajemy naprawdę doskonale i namacalnie oddany Nowy Orlean, z jego wielowarstwowością, kulturą, rasizmem, smrodem i podziałami. Oczywiście przynależnymi do ówczesnych, mrocznych pod wieloma względami, czasów. W książce mamy też dużo typowo męskich potyczek, wybijanych zębów, wyłamywanych palców, oraz dziwnych i z pozoru niemożliwych koneksji między poszczególnymi bohaterami.

Reasumując, mnie się bardzo podobało, mało tego – chcę więcej, a z mojego researchu, czyli dociśnięcia kolanem krwawiącej twarzy leżącego na ziemi autora – nie jest to chętka, która pozostanie bez odpowiedzi…


Marek Grzywacz - "Mała Czerń".

„Mała czerń” – Marek Grzywacz, wyd. Wydawnictwo Phantom Books.

Marta zniknęła. Zapadła się pod ziemię. Tylko Konrad, przyjaciel z dzieciństwa może ją odnaleźć. On jeden zna jej demony.

Demony z przeszłości, które nękają również jego. Wraz z Leo, chłopakiem dziewczyny rusza na poszukiwania.

Śledztwo zabierze czytelnika w retrospektywną wycieczkę po Polsce z lat dziewięćdziesiątych. Do świata black metalu, subkulturowych awantur, tęgiego picia. Świata, w którym w podwarszawskim miasteczku ktoś popełnił samobójstwo. I tylko Konrad wie, gdzie Marta była tamtej nocy.

„Mała czerń” to debiutancka powieść Marka Grzywacza. Nostalgiczna, ponura jak Warszawa jesienią, historia o przemijaniu i niedostosowaniu. Ale przede wszystkim o przyjaźni, która zobowiązuje.

Nastawiałem się na ten black metal i subkulturowe awantury, bo sam wychowywałem się w latach 90’ i wtedy zaczynałem słuchać metalu, punka, nosić glany i skórzany płaszcz do kostek – serio 😊

Ale niestety – powiedzieć, że muzyka odgrywa tutaj marginalna rolę, to komplement. Awantur też niestety jest jak na lekarstwo, tęgie picie za to jest obecne na co drugiej stronie. No szkoda.

Po raz kolejny w tym roku, mam problem z oceną książki. Podobnie miałem po „Zaciszu” Tomka Krzywika, i tutaj właściwie jest prawie że ten sam wzór. Prawie – bo u Tomka chyba jednak było lepiej…

NUDA

2/3 książki Marka Grzywacza, to niestety męczarnia – brak zaciekawienia czytelnika, oprócz kilku lekkich paranormalnych epizodów, dzieje się bardzo niewiele. Akcja skupia się na siedzeniu przy komputerach, analizowaniu danych i generalnie „papierkowej robocie”. Główni bohaterowie – Konrad, Leo i Gosia, starają się rozwikłać zagadkę zaginięcia Sinej – a właściwie Marty, przyjaciółki Konrada z lat młodości, a obecnie dziewczyny drugiego protagonisty – Leopolda. Sina zniknęła w dziwnych okolicznościach, dosłownie zapadając się po ziemię.

Nasi bohaterowie zaczynają więc grzebać w przeszłości Marty, a także Konrada, ponieważ łączy ich mroczny sekret. Im bardziej zagłębiają się w sprawy, poznają kolejne wątki, tym wszystko staje się coraz dziwniejsze i mroczniejsze. Na pewnym etapie ich śledztwa, pojawia się Gosia – wyalienowana dziewczyna, która, jak twierdzi, ciągle widzi duchy zmarłych osób, nawet mieszka z dwoma…matką i ciotką. Brzmi to może dość śmiesznie – ale Marek opisał to poważnie, książka i tematy paranormalne trzymają się kupy i warsztatowo nie mam się do czego przyczepić.

Podczas prób rozwikłania zagadki zaginięcia Marty, nasi bohaterowie natykają się na dziwną sektę, której guru już nie żyje, ale jakby nadal wpływa na swoich „poddanych”, którzy coraz bardziej zaczynają przyciskać nasze trio i deptać im po piętach.

Czytając „Małą czerń” wielokrotnie łapałem się na tym, że mam silne skojarzenia książki z filmem Stanleya Kubricka „Oczy szeroko zamknięte”, nie tylko ze względu na klimat sekty, tajemnicze stroje, dziwne msze, podsycone alkoholem i seksem…ogólny klimat książki jest bardzo dobry, podoba mi się cała historia, jest zgrabnie prowadzona, ale niestety, w moim odczuciu – przegadana. I to mocno 

Właściwa akcja zaczyna się dopiero pod koniec książki, i to jest już rollercoaster bez trzymanki – świetne pomysły, wyobraźnia działa i produkuje nam straszne i mroczne obrazy w głowie. Autor popisał się niezłym talentem do opisywania sytuacji grozy i to jest zdecydowanie na plus.

W sumie jak tak sobie myślę, to kilka akcji śmiało można nazwać czystym weirdem, a dla takiego weirdo-lubisia jak ja – nie trzeba nic więcej 😉

Ciężko jest napisać coś więcej, nie zdradzając głównej linii fabularnej, a mimo wszystko zachęcam do przeczytania książki, bo jak wypisałem sobie plusy i minusy – warto. Szkoda byłoby odpuścić sobie tych kilka świetnych i oryginalnych scen z końcówki, tylko dlatego, że Marek zapomniał, że akcja musi być także na początku książki 😉

Ale tak już zupełnie serio – czytajcie, dajcie się porwać historii, może ja tylko tak sobie marudzę. Wiecie jaki jestem…


John Boyne - "Nawiedzony Dom".

 „Winą za śmierć mego ojca obarczam Charlesa Dickensa”– jedno z najlepszych pierwszych zdań, jakie kiedykolwiek przeczytałem. Majstersztyk, coś co kupuje czytelnika w sekundę! Przynajmniej mnie 😉

Eliza Caine, 21-letnia nauczycielka ze szkoły dla dziewcząt w Londynie, po traumie związanej ze śmiercią ukochanego ojca, postanawia przenieść się na prowincję, do małego miasteczka w hrabstwie Norfolk, aby objąć posadę guwernantki dla dwójki pociech pewnego bardzo zamożnego dżentelmena. Nie spodziewa się jednak, że z każdym dniem, jej pobyt w ogromnym pałacu Gaudlin Hall, będzie stawał się coraz mroczniejszy, a sekrety rodziny Westerleyów, które stopniowo będzie poznawać, odmienią jej życie na zawsze…

Znałem autora wcześniej tylko z „Chłopca w pasiastej piżamie”, niesamowicie wzruszającej książki i filmu pod tym samym tytułem, więc po lekturze „Domu” spodziewałem się czegoś ciepłego, mocno nasyconego uczuciami. I nie zawiodłem się. Książka jest wyśmienitą ucztą dla oka i umysłu, fenomenalnie przeniesiony na karty powieści został klimat wiktoriańskiej Anglii, dusznego, brudnego Londynu, który jest w samym środku rewolucji przemysłowej (akcja powieści toczy się w 1967 roku), oraz angielskiej wsi, sielskiej, cichej, spokojnej prowincji, gdzie czas płynie leniwie, a powietrze jest krystalicznie czyste i aż chce się żyć. A taki odbiór możliwy jest dzięki fantastycznemu językowi, i sposobie narracji, który zastosował autor powieści. Jest delikatnie i bardzo elegancko.

Ale przecież „Nawiedzony Dom”, reklamowany jest jako powieść grozy – to gdzie ta groza?

Jest, czasem gra pierwsze skrzypce, czasem chowa się za aksamitną, ciężką kotarą w jednym z korytarzy ogromnego gmachu Gaudlin Hall, ale ciągle jest obecna i wyczuwalna. Z tym, że muszę od razu zaznaczyć, że jeśli spodziewacie się stylu straszenia odpowiedniego dla naszych czasów, to zawiedziecie się. Jest to bowiem groza subtelna, przyczajona i nieoczywista. Podczas lektury zaznaczałem sobie w głowie pewne sytuacje i analizowałem je na kilku płaszczyznach, po kątem straszności. Nie mamy tu potworów, latających demonów, hektolitrów krwi ani zdeformowanych istot z bagien. Ale mamy za to samotną, zagubioną, młodą kobietę, która nocuje w ogromnym, starym budynku. Każdy dźwięk wydaje się dziwny, czy to wiatr, czy ktoś spaceruje w środku nocy za oknem lub pod jej drzwiami? Przecież w całym domu jest tylko ona i dwoje małych dzieci…a te skrzypnięcia z góry? Czy to deski starej podłogi, prostują się od zmiany wilgotności, czy jednak to coś innego…? Wyobraźcie sobie taką sytuację – to jest dosyć straszne. Weźcie też pod uwagę, że to lata 60-te XIX wieku!

Grozą są także przepełnione opowieści drugoplanowych bohaterów książki, Pana Raisina, który zajmuje się finansami rodziny Westerleyów, czy Pani Toxley, która bardzo blisko przyjaźniła się z właścicielami Gaudlin Hall, rodzicami Izabelli i Eustace’a, aż do pewnego feralnego dnia, który wpłynął na wiele osób i pokrzyżował wiele życiowych planów…Tytuł powieść Johna Boyne’a na szczęście nie jest mylący, oczywiście mamy tu duchy, różne duchy, które spokojnie można wrzucić w poczet pierwszoplanowych bohaterów książki – więcej pisał nie będę, bo w żadnej mierze nie chcę Was pozbawiać przyjemności z czytania i poznawania historii „Nawiedzonego domu”.

Powieść czyta się z ogromnym zainteresowaniem, bo tajemnice wręcz wylewają się z każdej strony, i mimo, że całość jest nieco naiwna, w sensie łatwo domyślić się co, kto i kiedy – to ja osobiście polecam moje podejście, dajcie się uwieść, pozwólcie prowadzić się słowom autora, nie myślcie za dużo i nie analizujcie, ot płyńcie z nurtem i rozkoszujcie się lekturą – naprawdę warto.

Ja podczas czytania, miałem wiele skojarzeń z innymi dziełami kultury popularnej – znalazłem tam skojarzenia z „Upiorem w operze”, „Tajemniczym ogrodem”, a nawet z filmem „Inni” Alejandro Amenabara, a jakby się zastanowić, to z całą pewnością znalazłoby się i wiele więcej podobieństw.Podobało mi się także tempo akcji, ciekawie regulowane przez stopniowe odkrywanie historii rodu Westerleyów, dość leniwe przez większość książki, co też odbieram jako znak czasów – piękny znak – nikomu się specjalnie nigdzie nie spieszyło. Natomiast sam finał historii – to zdecydowanie przyspieszenie i tu znowu mam skojarzenie, pewnie niektórym zaspojleruję – najnowsza książka Stephena Kinga – „Instytut”.

Słowem podsumowania – ja osobiście bawiłem się doskonale, autor bardzo ładnie potrafi lawirować pomiędzy pozornie obyczajową historią, dramatem a czystą grozą. Taką w starym, dobrym, wiktoriańskim stylu. Polecam książkę zwłaszcza tym, którzy lubią czytać spokojnie, niespiesznie, smakować słowa, bo jak wspominałem, język jest wyborny i nieczęsto teraz spotykany. W pierwszym momencie, zanim skojarzyłem autora, sądziłem nawet, że powieść została napisana w czasach Dickensa, a tu taka niespodzianka, bo autor jest zaledwie 12 lat starszy ode mnie…zatem cały splendor i chwała należą się tłumaczowi i redaktorom! 😉

Czytajcie, bo takie książki nie trafiają się często.


"Bloodborne: Śmierć Snu", EGMONT.

Recenzja na Facebooku <== KLIK

Bloodborne – Śmierć Snu.

 Jak tylko zobaczyłem, że na rynku pojawił się komiks o mojej ukochanej grze, wiedziałem, że nie spocznę póki nie dostanę go w łapki i nie przeczytam od deski do deski. Potem spojrzałem na cenę i kubeł zimnej wody (jak zwykle) spadł na moją głowę…

Dzięki zaufaniu, którym obdarzył mnie i moich „Fanów Grozy”, EGMONT, który jest wydawcą „Bloodborne: Śmierć Snu” – mam komiks, przeczytałem go, zachwycając się przepięknymi rysunkami Piotra Kowalskiego, który dał się poznać fanom jako twórca m.in. tetralogii „Gail”, którą zarówno rysował, jak i był scenarzystą, jednego komiksu w świecie Hulka i Wiedźmina, oraz wypłynął na prawdziwie szerokie wody, kiedy wydawnictwo Le Lombard, powierzyło mu rysowanie sensacyjnej serii „La Branche Lincoln”.

Jeśli do niezwykle wyrazistej, klimatycznej kreski Piotra, dodamy scenariusz, za który odpowiadał Ales Kot (Suicide Squad, Czas nienawiści) oraz fenomenalną pracę kolorysty Brada Simpsona (Deadpool, Spider-Man, 30 dni nocy), otrzymujemy mieszankę wybuchową najwyższej jakości i grozy.

Jak wszyscy zapewne wiecie, gra Bloodborne, uznawana jest powszechnie za jeden z najciekawszych, najmroczniejszych i najtrudniejszych tytułów ze wszystkich, które pojawiły się w ostatnich latach na rynku gier komputerowych. Moim zdaniem, seria wydawana przez EGMONT, której pierwszy tom właśnie omawiam, ma ogromną szansę na taki sam sukces w branży komiksowej. I piszę to zupełnie szczerze, ponieważ jakość tego wydania, papier, kolory – wręcz powalają. Publikacja jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe, zarówno literacko, jak i graficznie. Nawet nie wyobrażam sobie ogromu pracy autorów, aby tak wiernie oddać klimat gry, wygląd bohaterów, potworów i całego mrocznego Yharnam oraz innych lokacji. Wielki szacunek.

A jak już jesteśmy przy treści komiksu i całej historii Łowcy…niesamowicie się to czytało. Wrażenia z gry nie odstępują nas na krok, no może brakuje ścieżki dźwiękowej i muzyki, ale można poratować się OST-em na YT. Od pierwszej strony, twórcy komiksu co chwilę puszczają oko i uśmiechają się subtelnie do tego czytelnika, który zetknął się wcześniej z grą, przeszedł ją, lub jest w trakcie pokonywania kolejnych arcytrudnych lokacji i potworów (to ja). Poczynając od samego miasta Yharnam, wyludnionego, mrocznego, brudnego i przepełnionego plugastwem, wyzierającym z każdego zaułka i czającym się w cieniach wiecznej nocy, aż do bohatera, który uzbrojony po zęby, buszuje po ulicach i co chwilę zmuszany jest do walki na śmierć i życie z coraz to potworniejszym złem. Tutaj wspomnę kilka słów o dynamice rysunków, które fantastycznie oddają wrażenia walki znanej nam z gry. Już na samym początku czytania „Śmierci Snu” pojawia się także plansza, która wywołuje nerwowy tik i podnosi ciśnienie tym, którzy wcześniej widzieli ją na ekranie…”YOU DIED”.

Komiks został podzielony na dwie wyraźnie różniące się od siebie części.

W pierwszej, zdecydowanie bardziej dynamicznej, pełnej brutalnych walk, pożogi i śmierci, spotykamy charakterystyczne dla gry lokacje; oprócz wspomnianego już Yharnam, mamy także Sen Tropiciela, w którym bohater „budzi się”, po każdej przegranej konfrontacji ze złem i zaczyna swą walkę od nowa, poprzez Zakazany Las, Wielki Most czy Rewir Katedralny. W tej części poznajemy zupełnie odrębną od tej z gry historię Łowcy, który wciela się w obrońcę pewnej małej, niedoskonałej istoty, i postanawia chronić ją i jej wyjątkowość za wszelką cenę. Mnie osobiście mocno się to kojarzy z „Wiedźminem” i wątkiem Geralta i Ciri, ale to może dlatego, że dzisiaj każdemu fanowi popkultury „Wiedźmin” w głowie (20.12.2019, premiera Netflixowego „Witchera”). Mamy tu równie dużo walki, co podróży i ciekawych dyskusji pomiędzy dwójką głównych bohaterów, która wspiera się zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Ich tropem natomiast podąża coś przerażającego…

Druga część „Bloodborne: Śmierć Snu”, to zupełnie inna historia i inni bohaterowie. Jedynie tło nam się nie zmienia, bo praktycznie cała akcja dzieje się w Yharnam. Tu również mamy dwóch protagonistów – Badacza oraz Klechę, członka niesławnego Kościoła Uzdrowienia. Druga część komiksu, wprowadza nieco spokoju od walki i wypruwania flaków demonom, na rzecz większej dawki religii, intryg, nauki oraz przede wszystkim rozmów. Alfredius i Clement próbują zjednoczyć się w walce z niewidzialnym wrogiem, jakim jest spopielona krew, choroba tocząca i dziesiątkująca w zastraszającym tempie mieszkańców miasta. Nauka i religia łączą więc siły, a co z tego wyniknie, tego dowiecie się już z kart komiksu…

Podoba mi się, że nie całe 200 stron z okładem, to krwawa jatka, demony i „YOU DIED” 😉 a, że scenarzysta poszedł w stronę wręcz uspokojenia klimatu i tym samym odcięcia się nieco od gry, w której na przemyślenia i rozważania nie było czasu…myślę, że to świetny zabieg, aby komiks zwyczajnie się nie znudził, co byłoby, mając w perspektywie kolejne tomy w uniwersum Bloodborne’a, strzałem w oba kolana naraz.

Reasumując, dla fanów gry, „Bloodborne: Śmierć Snu”, to absolutny must have i must read, ale polecę go właściwie wszystkim fanom graficznych opowieści grozy – to po prostu kawał świetnej historii, podany w przepięknej graficznej oprawie. Na samym końcu komiksu, mamy sporo materiałów bonusowych, takich jak galerię okładek, kilka słów o procesie twórczym czy zarysy postaci. Ciekawe i ładnie zamykające przygodę z pierwszą częścią serii.

 

Komiks można kupić bezpośrednio u wydawcy, na: https://egmont.pl/Bloodborne.-Tom-1.-Smierc-snu,21443594,p.html


Robert Ziębiński - "Piosenki na koniec świata".

Robert Ziębiński – „Piosenki na koniec świata”.

Autor spłodził tę dziewiątkę krótkich opowiadań, jak sam mówi – dla relaksu i zabawy. I to widać. Natomiast nie robię z tego żadnego wyrzutu, bo mimo iż czuć, że świetnie się bawił przy pisaniu, to jednak historie są należycie przemyślane, dopracowane i zdecydowanie niesztampowe.

I wbrew zapowiedziom Wydawcy, cytując: „nie wiem czy chcesz, są krwawe, brutalne i chore”, mamy tu dość szeroki wachlarz grozowych podgatunków, a oprócz tego weird, mocną sensację i nawet dramat.

Zdecydowanie najmocniejszym tekstem jest „Kuchnia z gwiazdami”, gdzie tytuł należy potraktować bardzo dosłownie, i nie silić się na kombinowanie astrologiczne. Jest krwawo, bardzo brutalnie, w menu znajdziemy udka, piersi i inne przysmaki, podlany sosem z czystego szaleństwa…

Zbiór zaczyna się bardzo prostym i można powiedzieć, klasycznym opowiadaniem o dzieciaku i potworze z szafy. „Chłopiec”, to bardzo luźny, przyjemny wstęp do poważniejszych tekstów, z których wg mnie najlepszym zdecydowanie jest „Karolina”. Opowiada o samotnej matce trójki dzieci, która zmęczona wychowywaniem pociech, szuka chwili spokoju i resetu w pewnym miejscu, trudno dostępnym dla innych, ale jakże mocno wpływającym zarówno na samą kobietę, jak i na całą resztę bohaterów opowiadania i ich otoczenie…

Do tekstów sensacyjnych, zdecydowanie zaliczyć należy „Jasny, słoneczny dzień”. Mamy tu bardzo poczytnego autora horrorów, któremu King i Ketchum mogą sznurówki wiązać, a który o dziwo, nie radzi sobie zupełnie w innych gatunkach literackich, próbując swoich sił np. w romansach. Wspierany i namawiany przez kochającą żonę i niemniej kochającego wydawcę, wraca do grozy i postanawia napisać i wydać kolejny, ostatni już, mega hit. Opijanie sukcesu w gronie najbliższych przyjaciół w jego domku w lesie, nie idzie jednak do końca po jego myśli…

Drugim tekstem, który ja osobiście lubię za oryginalny pomysł, jest opowiastka paranormalno-detektywistyczna – „Śpij kochanie, śpij”. Kobieta w celi śmierci oczekuje na wyrok za zamordowanie pięciu kochanków. Dziwne? Niemożliwe? Matka skazanej nie chce i nie ma siły niczego tłumaczyć, a jej ciotka, wynajmuje prywatnego detektywa, 50-letniego amanta Jim Beama i młodych dziewczyn, aby dowiódł niewinności Alicji Lipińskiej. Sprawy się komplikują, kiedy okazuje się, że wszystkie rzekome ofiary skazanej, były w pełni zdrowe, kiedy kładły się z nią do łóżka, niestety żaden z seksualnych partnerów nie dożył poranka. W rozwikłaniu ten niezwykłej zagadki, pomóc może pewna niezwykła sytuacja, a właściwie dwie, które wydarzyły się, kiedy Alicja była małą, delikatną i kruchą emocjonalnie dziewczynką, a bardzo szybko zetknęła się ze śmiercią, która potem towarzyszyła jej przez całe życie, i nie odstępowała na krok…

Kolejnym, tym razem bardzo „życiowym” tekstem, jest „Nocna taksówka ze wschodniego”. Jego bohaterem jest Darek, informatyk, którego poznajemy w przełomowym momencie jego życia (pod wieloma względami przełomowym). Właśnie podpisał kontrakt z międzynarodową firmą, sprzedając im jedyny w swoim rodzaju program ujednolicający konwersje plików. Szczęśliwy i pijany chłopak, wraca z Krakowa do Warszawy, ale niestety, jak to w życiu bywa, już podczas jazdy taksówką do domu, aby zrobić niespodziankę swojej żonie Karolinie, przeżywa coś, co odmieni jego życie o sto osiemdziesiąt stopni…a potem będzie już tylko gorzej. Nie ma tu strachów, nie ma latających flaków, nie ma grama grozy właściwie, ale cieszę się, że ten tekst znalazł się w zbiorze, bo fajnie komponuje się i urozmaica „Piosenki”. Nie spodziewałem się takiego opowiadania, ale jestem miło zaskoczony.

No, ale dobra – bo miał być zbiór grozy, wydany przez Phantom Books, które wydaje przecież grozę, a ja tu ględzę o jakichś dramatach i sensacjach.

Jest groza – i to w każdej postaci! Inne opowiadania serwują nam samobójstwa na skalę światową, kwestię zombie, ale pokazaną z niesamowicie ciekawej perspektywy samych żywych trupów. Mamy też damskiego boksera, który kończy swój nędzny żywot, rozszarpany przez jakieś niesamowicie silne i krwiożercze zwierzę (zresztą nie tylko on…), mamy las pełen zmasakrowanych zwłok, z którymi muszą sobie poradzić wiejscy policjanci i jeszcze kilka innych, ciekawych sytuacji 😉

Spodziewałem się krwawej jatki, od pierwszej do ostatniej strony, a dostałem bardzo wyważony i stonowany, choć nierzadko ociekający krwią i częściami ciała, zbiór opowiadań. Widać świetny warsztat Roberta, wyobraźnię i doświadczenie pisarskie. I tu dochodzimy do smutnego dla mnie, momentu – jeśli ktoś pisze tak fajny, równy i solidny pakiet opowiadań „dla zabawy”, zapewne pomiędzy poważniejszymi i większymi projektami literackimi – to ja chyba niczego swojego nigdy nie wydam… 

Jeśli się wahacie czy sięgać po ten zbiór, może jest za mało horrorowy…może tandetny…to nie martwcie się, moim zdaniem się nie zawiedziecie. Mimo, że jestem fanem nieco innego rodzaju grozy, odrzucam flaki i odcinanie piersi, na rzecz czegoś subtelnego, na granicy poznania, niedopowiedzianego, jestem bardzo zadowolony, że „Piosenki” wpadły w moje łapki i mogłem spędzić przy nich kilka naprawdę fajnych chwil.


"Słowiański Horror" - Horror Masakra.

"Słowiański Horror" - Horror Masakra!

Jeśli ktoś do tej pory nie zetknął się z naszą rodzimą mitologią słowiańską, to niniejszy zbiór opowiadań, wydany przez „Horror Masakrę”, będzie świetnym wstępem i z pewnością zachęci do zakupu innych książek, których tematyka oscyluje wokół tego dość szerokiego tematu. Polecam zwłaszcza „trylogię słowiańską” – „Krew zapomnianych bogów”, „Słowiańskie koszmary” i „Licho nie śpi” – to jest taka mega paka mitologicznej słowiańszczyzny, że chyba absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie.

Nie będę opisywał każdego opowiadania oddzielnie, bo szkoda spamować, ale o kilku wspomnę, ze względu na pewne aspekty zbioru, które mi się podobają lub nie.

Widać, że poszczególni autorzy włożyli sporo pracy w swoje dzieła, podoba mi się zwłaszcza klimat i język w „Pożogu” Artura Grzelaka – bardzo plastyczne opisy, czuć „pradawne czasy”. Czytając, miałem przed oczami te nieprzebyte, ciemne i mroczne bory, unoszący się nad polami strach i swego rodzaju „zacofanie” ludzi. Świetna sprawa!

Jak widać doskonale, nie musimy się oglądać na poczet potworów z innych części świata, nie musimy zachwycać się przedziwnymi stworzeniami z USA, Japonii, Grecji czy Niemiec, bo sami mamy pokaźną ekipę konkretnych demonów, bożków i odmieńców – warto się z nią zapoznać, bo to element folkloru naszego regionu, to na Słowiańszczyźnie wierzono, a być może nadal wierzy się w przeróżne stworzenia, niektóre dobre i pomocne, ale większość wręcz odwrotnie – mroczne, przerażające i brutalne.

Ja osobiście traktuję ten zbiór, jako pakę trailerów, bo wszystkie dobre teksty, według mnie, można rozwinąć do powieści. Autorzy pięknie operują słowiańskimi wierzeniami, podoba mi się język, otoczka i klimat opowiadań. To nie jest tak, że: „dobra, ma być o słowiańskich demonach, to damy Swaroga, pozabija i będzie git”. Ale jest też minus takiego zbioru niestety. W moim odczuciu, jest kilka opowiadań, które są „klepane” w pośpiechu – to znaczy akcja pędzi, jakby autor musiał zmieścić się w ściśle określonej liczbie znaków. Najlepszym chyba przykładem, jest „Żywy Ogień” - doskonale prowadzona historia, początek mnie dosłownie porwał. Ale mam wrażenie, że autor wraz z pisaniem – przyspieszał…końcówka gna, całość kończy się przewidywalnie i za szybko. Nie wiem czy to kwestia ograniczonej ilości znaków w zbiorze, czy Marek Kwietniewski „wystrzelał się” zbyt szybko  tak czy siak, widzę tu potencjał na dłuższy tekst, rozbudowany, kilkutorowy.

Podobna sytuacja, miała miejsce w opowiadaniu Adama Loraja „Siostry losu” – genialny pomysł na historię, pierwszy raz usłyszałem o bogu Rodzie, fajnie napisane, ale strasznie żałuję finałowej sceny „starcia” między siłami dobra i zła – zdecydowanie okrojony opis, wszystko dzieje się za szybko, nie da się nasycić w pełni całą akcją i przeżywanymi przez bohatera emocjami, które tłumił i które żyły w nim, przez siedem długich lat…

Brakuje mi też trochę samych opisów bogów i wszelkiej maści stworzeń, które są przecież kręgosłupami każdej historii. Mimo, że z grubsza wiem jak byli sobie przez ludzi wyobrażani, to jednak dobry opis zdecydowanie robi robotę, natomiast w kilku opowiadaniach, np. „Wąpierzu” Maćka Szymczaka, mimo, że opis był, i to bardzo dobry, to chciałoby się więcej…i więcej…!

Zdecydowanie wolałbym, żeby zbiór był dwa razy grubszy, droższy, i żeby autorzy poszczególnych opowiadań mieli pełną swobodę w pisaniu, opisywaniu i dopieszczaniu swoich opowieści. Teraz wydaje mi się, że i zbiór i autorzy tracą na takiej formie. Warto byłoby rozważyć cztery lub pięć większych nowelek, zamiast dziesięciu czy dwunastu krótszych. Szkoda. Mitologia słowiańska, opisy ziem polskich sprzed tysiąca lat, wierzenia, trudy życia, ale też jego swoiste piękno, nietknięta przyroda, cisza, krystalicznie czyste powietrze…to jest coś co mnie rusza, za czym tęsknię. Obecne, „brudne” czasy, pogoń za pieniądzem, za pędzącym światem, wszechobecne nerwy, syf i stres – ja chętnie oddałbym samochód, komputer i wszystkie pieniądze, za spokojne miejsce, gdzieś daleko od aglomeracji, wśród łanów zbóż, szumu wody w potoku, nocnego nieba pełnego gwiazd…zbiory takie jak „Słowiański horror” dają nam namiastkę tamtych czasów, nasza wyobraźnia podsuwa przynajmniej mnie, takie obrazy, które mi się podobają, które dają jakieś ukojenie.


Hubert Smolarek – „Miasto niesamowitości”.

Hubert Smolarek – „Miasto niesamowitości”.

„Miasto niesamowitości to zbiór opowiadań z pogranicza weird fiction, horroru, fantastyki oraz thrillera, które łączy tytułowe miasto – Toruń. Zawarte w tomie historie zostały oparte w znacznej mierze na lokalnych legendach i tajemnicach, jak również na autentycznych, niewyjaśnionych sprawach sprzed lat. Swoją konwencją nawiązują do dokonań największych mistrzów prozy niesamowitej, takich jak Howard Phillips Lovecraft, Edgar Allan Poe, Stefan Grabiński, Herbert George Wells czy Arthur Conan Doyle.”

Nooo, nie.

Autor lub być może wydawca, zastosowali tutaj typowy „blurb bait”, że tak powiem – bo powyższy opis, który znajduje się na tyle okładki debiutanckiego zbioru opowiadań Huberta Smolarka, z pewnością przyciąga wzrok i zaciekawia – niestety to troszkę oszukaństwo, moim zdaniem.

Więcej znalazłem w trakcie lektury legend miejskich i elementów powieści przygodowej, niż faktycznej grozy niestety. Oczywiście, każde opowiadanie ma jej nieco, ale mam wrażenie, że jest to groza nieco wymuszona, a już na pewno skłaniająca się bardziej ku „Gęsiej Skórce” niż poważnym i mrocznym literackim dziełom w/w geniuszy horroru. Wydaje mi się, że autor nie do końca sobie przemyślał, w którą stronę chciałby pójść, zbiór to istny misz-masz różnych gatunków, ale przy żadnym opowiadaniu, nie poczułem nawet cienia ciarki na plecach, w przeciwieństwie do utworów Poego, Grabińskiego czy HPL-a, które mimo upływających dekad, nadal robią piorunujące wrażenie i potrafią srogo namieszać w głowie, i snach…

Widać, że autor jest młody, że uwiodła go wizja bycia pisarzem, wydać jak najszybciej, żeby móc już dotknąć swojego pierwszego papierowego dziecka – ja to oczywiście rozumiem, chociaż sam wychodzę z innego założenia – ale ja jestem chorym perfekcjonistą…

Wyłapałem kilka logicznych błędów, zwłaszcza w „Historii kilku znajomości”, ale nie chciałbym spojlerować, więc poprzestanę na tym.

Hubert, póki co, pisze dość nierówno – podobało mi się bardzo opowiadanie zdecydowanie pachnące Lovecraftem, czyli „Vilcabamba”. Generalnie autor wstrzelił się w mój gust, bo uwielbiam czytać Prestona & Childa, no i ubóstwiam Lovecrafta – połączenie tego i stworzenie opowiadania w takim klimacie – wow – biorę z pocałowaniem ręki.

Bardzo dobrze jest także napisana „Bestia” – postaci dziennikarzy i samego protagonisty (a może i antagonisty jednocześnie…?) opowiadania – bardzo dobrze stworzone, wyraziste, prawdziwe. Mimo, że historia jest prosta i szybko można domyślić się finału – to chyba jedno z lepszych opowiadań w zbiorku. Może też dlatego, że jestem świeżo po „Mindhunterze”.

Ale żeby nie było za słodko – wspomniana już wyżej „Historia kilku znajomości” – postać głównego bohatera jest tak niesamowicie irytująca dla mnie, to chyba chodzący zbiór wszystkich głównych ludzkich cech, których nienawidzę i które działają na mnie jak płachta na byka…

W opowiadaniu kuleją także dialogi, i to mocno – generalnie jak przy tym temacie jesteśmy, wspomnę jednym zdaniem o korekcie – kiepsko to wygląda, często uśmiechałem się pod nosem czytając, ponieważ niektóre zdania czy rozmowy bohaterów są okrutnie sztywne i niewiarygodne – to moim zdaniem jest do doszlifowania.

Drugim najsłabszym utworem z „Miasta niesamowitości” – jest „Trzecia trzydzieści trzy” – o ile postać jest dość dobrze skonstruowana, to opis jego nocnych spotkań i same sceny z „przeciwnikiem” – bardzo słabo napisane i strasznie niewiarygodne, niestety tutaj również kuleje logika – ja właściwie w jednej ze scen, która miała być w założeniu przerażająca – uśmiechnąłem się z politowaniem…

Natomiast niewątpliwym plusem książki, jest bohater drugiego planu – czyli Toruń. Autor bardzo zgrabnie opowiada pewne legendy, opisuje zabytki – czuć ducha grodu Kopernika zdecydowanie i to mi się bardzo podoba.

Drugim świetnym zabiegiem, jaki zastosował Hubert, jest wplatanie w opowiadania znanych powszechnie postaci – dość nowatorski i przyjemny dla czytelnika punkt programu.

Generalnie – jest dużo do poprawy. Autor popełnia chyba jeden z najczęstszych i najpopularniejszych błędów debiutanta, czyli zanadto podkreśla uczucia i wrażenia, które towarzyszą bohaterom – odziera ich w ten sposób z tej nutki tajemniczości, a czytelnikowi zabiera możliwość domysłów – a w grozie, czy generalnie w literaturze, ważniejsze jest to, co nie zostało pokazane/opisane/wyjaśnione. Jaka frajda jest w czytaniu co drugie zdanie, że stworzenia były plugawe/były pomiotami/bluźnierczo…to trzeba wyeliminować – można to zaznaczyć raz, ale potem niech klimat sam się tworzy w głowie osoby czytającej – tak to odczuwam przynajmniej ja.

Niemniej, cieszę się, że ten zbiorek wpadł mi w łapki, absolutnie nie uważam czasu z nim spędzonego, za stracony. To było przyjemne i interesujące kilka godzin.

Natomiast uważam i powtórzę to również na końcu - że opis okładkowy wprowadza w błąd i należałoby go nieco przemodelować, w przypadku drugiego wydania „Miasta”😉.