Coś zabija dzieciaki! Tom pierwszy

https://nonstopcomics.com/produkt/cos-zabija-dzieciaki-tom-1

Scenarzysta James Tynion i ilustrator Werther Dell’edera wzięli na warsztat mocno popularny ostatnimi czasy motyw – małe miasteczko, znikające dzieciaki, krwawe mordy, potwory i nieustraszonego ich pogromcę, a w tym przypadku nawet pogromczynię! Po lekturze tomu pierwszego ma się nieodparte wrażenie, że to wszystko już było, że jest wtórnie i schematycznie – niestety. Przed czytaniem przejrzałem sobie opinie i blurby z tylnej okładki i szczerze mówiąc nie rozumiem ich i nie zgadzam się z nimi. Komiks jest ok, fajnie narysowany, dynamiczny, postaci są wyraziste i konkretne, ale w życiu nie podsumowałbym go słowami: „Na wszystkich, którzy ośmielą się wkroczyć do tego świata, czekają mroczne zagadki i fascynujący bohaterowie. Pozycja, której nie wolno przegapić”. No moim zdaniem to duża przesada. Brakuje mi w historii jakiegokolwiek twistu, zaskoczenia, czegoś w tej historii, dzięki czemu powiem: „wow, no tego się nie spodziewałem” – wtedy blurbowe słowa byłyby prawdą. Chyba, że ten krótki opis traktuje o całości serii, a nie tylko o tomie pierwszym, może dalej jest dużo lepiej, może czytelnik będzie zaskakiwany?

Do małego miasteczka przybywa dziwna, młoda dziewczyna – Erica Slaughter – tak, można o niej powiedzieć że „nazwisko zobowiązuje”. Praktycznie od razu poznaje Jamesa, zagubionego i przerażonego chłopaka - jedynego ocalałego z niedawnej masakry. Razem starają się dociec co zagnieździło się w lasach okalających Archer’s Peak i rozwiązać zagadkę brutalnych morderstw. Jamesowi wydaje się jednak, że Erica wie zdecydowanie więcej niż mówi, a jej działania mimo że z pozoru dziwne i nieco szalone, okazują się doskonale przemyślaną i wielokrotnie testowaną strategią. Od początku właściwie wiadomo po co dziewczyna się pojawiła, jakie ma zadanie i że prawdopodobnie jej się powiedzie, bo jest wyrazista, charyzmatyczna i pewna siebie. Tryska z niej życiowe doświadczenie, wie jak rozmawiać z ludźmi, jak ich podejść i co komu i kiedy ofiarować aby uzyskać potrzebne informacje. Troszkę mi się to gryzie z jej wiekiem, który co prawda nie jest określony i może to celowy zabieg na przyszłość, ale jednak jest osobą młodą.

Co mnie również nieco zdziwiło już w samej historii miasteczka Archer’s Peak i jego mrocznej zagadki to fakt, że nikt się tym nie interesuje…przecież zaginięcia dzieci oraz późniejsze odnajdywanie ich zmasakrowanych i rozczłonkowanych ciał, to woda na młyn każdej telewizji i możliwość wybicia się dla reportera będącego na miejscu i relacjonującego na żywo poczynań policji oraz całej akcji. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, w sumie ginie prawie dwadzieścioro dzieci a w mediach cisza. Być może to wpływ pewnej wpływowej grupy ludzi, którzy nie chcą aby kraj i świat dowiedział się o fakcie, że prawdziwe potwory istnieją, że małe dzieci widzą i wiedzą więcej niż nam się zdaje, a dorastając z czasem tracimy pewne umiejętności? Do tej tajemniczej organizacji zdaje się też należeć nasza główna bohaterka – aczkolwiek i tutaj nie byłbym taki pewny, bo mam wrażenie że coś jest tutaj na rzeczy mocno 😉

Moim zdaniem dobrze byłoby opowiedzieć też nieco o ofiarach i przeżyciach rodzin zaginionych i zamordowanych dzieciaków, bo to w końcu przynajmniej kilkadziesiąt osobistych tragedii każdej z tych osób, a nie pojawiają się one na kartach komiksu ani na chwilę. Żadnego poganiania organów ścigania, żadnych samosądów, żadnego bawienia się w detektywa na własną rękę (może oprócz jednej osoby). W ogóle mam wrażenie, że tom pierwszy „Coś zabija dzieciaki”, to dopiero wprowadzenie w historię i wszystko co się tu dzieje jest preludium przed akcją właściwą. Mam nadzieję, że pojawią się nowi charakterystyczni bohaterowie i jakiekolwiek solidne zagadki, trzymam kciuki.

Komiks wpisuje się idealnie w ogromnie popularny teraz kanon, nazwijmy go ogólnie „Stranger Things”. Historia ta mogłaby być spokojnie jedną z odnóg serialu, bo punktów stycznych jest mnóstwo. Trochę szkoda, że autorzy nie pokusili się o coś oryginalniejszego, bo czyta się i ogląda ich pracę przyjemnie, ale niestety tylko przyjemnie, ponieważ tak naprawdę średnio ogarnięta w popkulturze osoba bez problemu dopowie sobie jakieś nieścisłości i przewidzi co będzie dalej, jakimi torami historia będzie przebiegała i jak się skończy. Obym się mylił, i oby kolejne tomy „Dzieciaków” przyniosły nam więcej niespodzianek i zakrętów fabularnych, bo taki średniak za długo chyba nie pożyje w świadomości fanów komiksu.

Na plus na pewno zapiszę kreskę i dobór kolorów w poszczególnych scenach. Sam początek komiksu robi świetne wrażenie, bo zarys pewnej mrocznej historii którą opowiada główny bohater swoim kumplom, okraszony jest jedynie bladobłękitną poświatą z telewizora. Podobnie dobre wspomnienia mam po finałowej scenie, która przebiega naprzemiennie w półmroku i świetle chemicznym wydobywającym się z fluorescencyjnej pałki. Bardzo fajny zabieg, zdecydowanie buduje klimat. Generalnie samego klimatu w komiksie nie brakuje, pod tym względem jest naprawdę w porządku, ale jest to hmm, klimat przewidywalny i powiedziałbym „klasyczny” – takiego należało się spodziewać i taki otrzymaliśmy.

Ja dam jeszcze szansę serii „Coś zabija dzieciaki”, bo liczę na to że autorzy zakręcą nieco tę zbyt prostą historyjkę, ale jeśli spodziewacie się po tomie pierwszym fajerwerków i powiewu świeżości, to moim zdaniem niestety obu tych rzeczy zabrakło. Przez całą historię idziemy jak po sznurku, żałuję że nie pojawiła się choćby wzmianka o jakichś postaciach które w przyszłości mogłyby przejąć pierwszy plan i wprowadzić nieco wielowymiarowości. Póki co, jest to przyjemna lekturka na jedno niezbyt długie posiedzenie. A sądzę, że można z tego pomysłu i z talentu grafika wyciągnąć zdecydowanie więcej.

   


"Niebo, ptaki i robaki" - Anna Maria Wybraniec

Niesamowity jest to zbiór. To książka, która swoją jakością parafrazuje nieco Schrodingera, ponieważ  „chcesz ją skończyć, i jednocześnie nie chcesz jej skończyć”. Autorka zaserwowała nam dwanaście krótkich opowieści, z których każda bez wyjątku wciąga, mieli, trawi i wypluwa szlochającego czytelnika w błoto i szarość codzienności. Rzadko zdarza się tak, żeby cały zbiór trzymał równy poziom, a jeśli jeszcze do tego ten poziom jest bardzo wysoki i to pod każdym względem, to już robi nam się biały kruk (ładnie nawiązałem do tytułu 😉). Wybraniec bardzo przyjemnie, plastycznie i przy tym mrocznie bawi się językiem i fenomenalnie tworzy ze swoich zdań obrazy, które odciskają się w umyśle i wyobraźni czytającego. A jak już jesteśmy przy temacie wyobraźni, to autorka ma naprawdę konkretną i rozbudowaną – momentami poziom absurdu przypominał mi twórczość Neila Gaimana, z jego najlepszych opowiadań i powieści, więc myślę że to zdecydowany plus.

Ja nie znalazłem w tym zbiorze zbyt dużo tradycyjnej grozy, chociaż tutaj mamy spore pole do dyskusji co jest i co może być interpretowane jako groza w tym przypadku. Mnie przede wszystkim w oczy rzucił się smutek, ból istnienia i samotność. Praktycznie każdy bohater opisywany w tym krótkim zbiorku jest w jakimś stopniu i z jakiegoś powodu wyalienowany i wyrzucony nieco poza nawias społeczeństwa czy danej grupy. Czasem z własnej woli, czasem przez to co się z nim i wokół niego dzieje. A przeważnie dzieje się naprawdę sporo rzeczy i wszystkie bez wyjątku są przedziwne, a czasem wręcz właśnie absurdalne. I tutaj, ewentualnie, można doszukiwać się właśnie grozy – ale nie grozy która straszy nas, czytelników. Horroru który przeżywają bohaterowie, narażeni na niezwykłe i chore sytuacje, stawiani przed bardzo trudnymi, życiowymi problemami i decyzjami. Najczęściej w bardzo młodym wieku. Najbardziej rzuciło mi się to w oczy w pierwszym i przedostatnim opowiadaniu ze zbiorku, czyli „Aberracji mrozowiska” i „Mnemonice termitiery”. Młodzi ludzie rzucani na głęboką, czarną i lepką wodę w sytuacjach kiedy rodzice w jakiś sposób zawodzą i na nich spoczywa opieka nad sobą i ewentualnym rodzeństwem. Chociaż dzieciństwo powinno jeszcze trwać - kończy się, a na głowę spadają problemy i sprawy dorosłości. A wszystko to w otoczeniu ciężkich, smutnych i często brutalnych wspomnień.

Operowanie smutkiem wychodzi autorce wyśmienicie. W „Morarium” starsza, schorowana kobieta musi rozstać się ze swoim wieloletnim czworonożnym przyjacielem i w tym celu udaje się w bardzo ciekawe i oryginalne miejsce, prowadzone przez jeszcze ciekawszą i bardziej oryginalną osobę…Opowieść przepełniona żalem, tęsknotą i bólem, ale wbrew pozorom to opowiadanie zawiera w sobie także największą ilość ciepła i dobroci, moim zdaniem. I to się zupełnie nie wyklucza, ogromny smutek i niewyobrażalna strata współistnieje tutaj z dobrocią i ogromną potrzebą niesienia pomocy. Najbardziej pozytywne opowiadanie w całym zbiorze. Nie jest ciężkie, traumatyczne, a raczej nostalgiczne.

Nieco inne podejście do kwestii smutku mamy w „Holometabolii lucyferazy”. Tutaj też chyba dawka weirdu jest największa. I jest też zdecydowanie najwięcej tytułowych robaków. Każdego z nas przytłaczają jakieś problemy, mniejsze lub większe, z niektórymi szybko sobie radzimy, inne ciągną się za nami miesiącami i coraz bardziej wpływają na nas i nasze życie. A gdyby tak istniał sposób żeby szybko je rozwiązać i odetchnąć pełną piersią? Łucja pracuje w firmie, która zajmuje się obsługą ubezpieczeniową bogaczy. Do jej zadań należy także rozwiązywanie wszelkich problemów z jakimi jej klienci spotykają się np. na wakacjach. Praca niezwykle stresująca i odpowiedzialna. Pewnego dnia dziewczyna zauważa, że coś dziwnego dzieje się z jej koleżanką, potem z kolejną. Zaczyna się tym interesować zaniedbując pracę, śledząc dziewczyny i dochodząc do pewnych strasznych wniosków. Historia oniryczna, nadająca się na długi nocny koszmar. Dużo mroku, który rozświetlany jest z różną częstotliwością rozbłyskami tajemniczych świetlików…

Sporo tytułowych owadów znajdziemy też we wspomnianej już „Aberracji mrozowiska” oraz w opowiadaniu „XYZ”. Choć są to historie kompletnie inne, inna jest też w nich rola owadów. W „XYZ” odgrywają rolę raczej marginalną, nie są pierwszoplanowymi postaciami, a jednak są w opowieści potrzebne. Zdecydowanie większą odgrywają jednak w „Aberracji” która otwiera zbiór. Jest to historia rodzeństwa, które musi się zmierzyć z zagadkowymi „mroźnymi punktami” w różnych częściach miasteczka w którym żyją. Mimo wiosny, a później gorącego lata, co kilka dni ludzie znajdują w swoich sadach zamarznięte, oszronione drzewa. Nikt nie potrafi wyjaśnić tych anomalii, powstają różne teorie, brane pod uwagę jest nawet UFO. Tymczasem w domu młodych ludzi, którymi „opiekuje” się chora psychicznie matka robi się coraz zimniej…być może wyjaśnienie przedziwnych odchyłów temperatury jest bliżej niż im się wydaje? To opowiadanie zrobiło na mnie chyba największe wrażenie, nie tylko z powodu oryginalności pomysłu, ale także wątku społecznego i odpowiedzialności jaka spoczywa na młodym chłopaku.

Drugim takim opowiadaniem są króciutkie „Gołębie minuty”. Niezwykle oryginalne podejście do kwestii czasu i gołębi. Plastyczność opisów, łatwość zwizualizowania sobie całej historii jest niesamowita. Mamy tutaj także ukłon w stronę ofiar zawalenia się hali podczas Międzynarodowych Targów Katowickich w 2006 roku. A więc znowu potężna dawka smutku.

Jak na zbiorek legitymujący się sformułowaniem „weird fiction”, nie mogło tu zabraknąć potężnej dawki dziwactw, przeróżnych chorych sytuacji i zdarzeń z którymi muszą sobie dawać radę bohaterowie poszczególnych opowiadań. A także ptaków! Mam nieodparte wrażenie, że Anna ma do tych latających stworzeń ogromny sentyment i słabość. Często nadaje im konkretne cechy i pewną dozę władczości. Stawia je ponad ludźmi, nakazuje rządzić i dzielić, podejmować decyzje które wpływają na bohaterów historii i nie dawać im zbytniego pola manewru oraz możliwości decydowania o sobie. Tak ptaki przedstawione są w kilku opowiadaniach, ale przede wszystkim w „Nieżyczliwości kruków”, „Ptaśnięciu” oraz „Lelkobiciu”. Tutaj to nasi skrzydlaci przyjaciele (?) wiodą prym, manipulują ludźmi, nakazują i sterują ich życiem. Z różnym skutkiem dla głównych, ludzkich bohaterów. O ile w „Lelkobiciu” przyjmują rolę poniekąd naszych władców, są nam przypisani i nierozerwalnie z nami związani, o tyle już w „Ptaśnięciu” mam wrażenie, że symbolizują rodziców, bardzo wymagających i chorobliwie wręcz pilnujących aby dziecko wypełniało swoje obowiązki i zadania. Z kolei „Nieżyczliwość kruków” obrazuje nam ptaka jako hmm…zaborczego przyjaciela? Trochę pasożyta, który poprzez swoje działania wpływa na daną osobę i jej najbliższe środowisko. W każdym z powyższych przypadków, mamy do czynienia z pewnym wypaczeniem, być może nawet z jakiegoś rodzaju złem, które przyczepia się do danej osoby i narzuca jej swoją wolę.

„Piaskun” – ten króciutki tekst na dłuższą chwilę zagościł w mojej wyobraźni, głównie dlatego że nie pasuje mi zupełnie do tego zbioru. Co absolutnie nie oznacza, że jest zły – wręcz przeciwnie, jest świetny, wielowarstwowy i mroczny. I coś mi się wydaje, że znalazłem drugie dno, bo wszystko mi w mojej teorii pasuje, ale nie chciałbym wam tego zdradzać – spróbujcie sami nad tym pomyśleć.

Jest to historia małej dziewczynki, wychowywanej jedynie przez ojca, który pracuje bardzo dużo i z tego powodu pomaga im pani Nina. Starsza osoba, która na dobranoc opowiada Klarze o Piaskowym Dziadku. Kiedy dziewczynka nie chce iść spać, straszy ją historiami o Piaskunie – złym duchu, który przyjdzie do niej w nocy, aby zjeść jej oczy. No i ok – historia sama w sobie fajna, klimatyczna, nieco zbyt krótka, ale mam wrażenie że to test dla czytelników. Że ona tutaj specjalnie nie pasuje, że to badanie gruntu pod inny zbiór opowiadań czy też może poważną powieść. A wszystko to przez to drugie dno…

To co mnie bardzo urzekło w tym zbiorku, oprócz wspomnianej już pięknej i pełnej gracji zabawy ze słowem, to fakt że wszyscy bohaterowie opowiadań tak łatwo przyswajają sobie i przyjmują za zwyczajne wszelkie dziwne sytuacje czy wręcz niemożliwe scenariusze jakie ich spotykają. Ma to w sobie pewien urok, a napisane jest tak dobrze, że i dla nas czytelników nie jest niczym dziwnym, że sowa nakazuje nam się uczyć, a w ludzkich gardłach potrafimy dostrzec głowy konkretnych gatunków ptaków… Brzmi dziwnie? Dziwnie to się poczujecie w trakcie lektury i zaraz po tym jak zamkniecie zbiorek. Gwarantuję wam, że te 200 stron wryje wam się w pamięć i na stałe zagości w sercu każdego maniaka nieco chorych i niepokojących opowiadań. Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła, które wyjdą spod pióra Anny Wybraniec, bo przy takiej wyobraźni nie wątpię, że każde kolejne opowiadanie czy powieść to będzie gratka i niesamowita przyjemność z lektury.

 


"30 dni nocy" tom I

Kreska i kolory są fenomenalne. Komiks jest mroczny, klaustrofobiczny i dość ciężki w odbiorze. I jakby na przekór treści – potrzeba dużo światła, żeby go czytać. Ilustracje Bena Templesmitha tworzą niesamowity klimat, moim zdaniem dużo bardziej budują nastrój niż sam scenariusz Steve’a Nilesa. Obrazy są rozmyte, nieostre, brakuje punktów odniesienia w przestrzeni, często brakuje wręcz tła i przez to podczas lektury czujemy niepokój, bo nie mamy się o co „zahaczyć” aby dać wyobraźni odpocząć. Wszystko jest chaotyczne, ciemne, przykurzone lub ośnieżone. Twarze są niewyraźne, często powykrzywiane przeróżnymi grymasami, zwłaszcza warto zwrócić uwagę, jak dziwnie zmieniają się ludzkie twarze podczas różnych rozmów, to ciekawy zabieg i dość oryginalny. Sceny walki dzięki temu nabierają wiarygodności i głębi, widać dynamikę i szybkość wampirów, które nie mają żadnych problemów z zabijaniem i rozrywaniem na strzępy kolejnych ludzkich bohaterów komiksu. Cały czas poruszamy się trochę jakby we śnie, a raczej nieustającym koszmarze. Klimat jest mocno oniryczny, niepewny i w gruncie rzeczy smutny, bo jakąż szansę w starciu z potworami może mieć człowiek? Wbrew pozorom jednak, dzięki kilku zabiegom i twistom fabularnym – ludzie nie są skazani na sromotną porażkę.

Obaj twórcy najważniejsze role w historii obsadzili kobietami. Mężczyźni są traktowani trochę jako zaplecze, pomoc i ochrona, ale to kobiety rządzą i dzielą. Najlepiej świadczy o tym fakt, że to kobieta przeżyła masakrę w Barrow, z kolei pierwszy w historii dowód w postaci nagrania ataku wampira zleciła także kobieta, poświęcając tym samym swojego syna. Dość ciekawe podejście do tematu, bo wydawałoby się, że to jednak mężczyźni jako ci silniejsi, obrotniejsi i pewni siebie, będą rozdawali karty przejmując główne role i zadania. I kilka razy faktycznie tak jest, z tym że finalnie to dziewczyny przeżywają i mogą dalej toczyć tę nierówną walkę z nieumarłymi. Sprawa zmienia się nieco w trzeciej części tomu pierwszego, ponieważ pojawia się męski bohater, ale więcej szczegółów nie będę zdradzał, bo wszystko byłoby srogim spojlerem.

Bardzo dobrze pamiętam też film, który jest ekranizacją pierwszej historii z tego tomu. Bo historie zawarte w tym zbiorczym wydaniu EGMONTU są trzy: „30 dni nocy”, „Mroczne dni” oraz „Powrót do Barrow”. W filmie „30 dni mroku” z roku 2007 i w reżyserii Davida Slade’a historia także miała fenomenalny, ciężki klimat. Wampiry ukazane były faktycznie jako niezwykle brutalne, zdziczałe maszyny do zabijania, które korzystając z nocy polarnej urządziły sobie w Barrow ucztę i zabawę w polowanie jednocześnie. I teraz już wiem skąd wziął się pomysł na takie pokazanie krwiopijców i całego otoczenia, i odciętego od świata, zanurzonego w wiecznej (na pewno dla mordowanych i ukrywających się ludzi) nocy, Barrow. I o ile w filmowej adaptacji cała akcja działa się jedynie na Alasce, o tyle w komiksie mamy więcej lokacji, przede wszystkim Nowy Orlean, gdzie także dzieją się rzeczy ważne dla historii. Historii zgrabnie opowiadanej, ale dość sztampowej – mamy brutalnych krwiopijców, mamy twist rodem ze „Zmierzchu” i oczywiście muszą być jakieś w miarę pozytywne postaci, czyli ludzie chcący wampiry wytropić i pokonać. Najczęściej kończy się to rozerwaniem ich na kawałki i cysterną krwi, ale nie zawsze…Sądząc po grubości zarówno części pierwszej jak i tomu drugiego, który jest jeszcze obszerniejszy, dostąpimy zaszczytu wszelkich możliwych sojuszy, złamań przysięg, miłości i zdrady w przeróżnych konfiguracjach.

Najsłabszym elementem komiksu są moim zdaniem dialogi. Nie wiem czy takie były w oryginale czy zostały tylko tak przetłumaczone, ale są strasznie drętwe, sztuczne, wyprane w emocji. Jest kilka scen, w których powinny odgrywać kluczową rolę, bo przekazywane są ważne informacje, są sceny pożegnań między bohaterami, ale zupełnie nie czuć żadnych wyższych uczuć ani zażyłości między postaciami, w dialogach. Rozmowy w Barrow czy Luizjanie brzmią nienaturalnie. Mam też kilka uwag do tempa historii, a zwłaszcza do prędkości z jaką poszczególni protagoniści się poznają i jak szybko zawiązują się między nimi nici zaufania czy wręcz zakochania. Zdecydowanie zbyt szybko i przez to postaci stają się płytsze i mniej się do nich przywiązujemy.

Cała opowieść rozpoczyna się i kończy w tym samym miejscu, a więc w Barrow na Alasce, gdzie przez prawie miesiąc nie wschodzi Słońce. Idealne miejsce do nieżycia dla wampirów, prawda? Ale ludzie zamieszkujący tę niegościnną ziemię nie mają zamiaru łatwo zrezygnować ze swojego miasteczka i stawiają krwiopijcom czynny i często skuteczny opór. Wampiry czują się upokorzone do tego stopnia, że dążą do rewanżu i zmiecenia Barrow oraz jego mieszkańców z powierzchni Ziemi. Przegrupowują siły, zbierają informacje i planują atak. Ale ludzie też nie pozostają bierni i spodziewając się odwetu także uczą się jak walczyć z potworami. A pomaga im główna bohaterka całej serii czyli Stella Olemaun, była policjantka i żona szeryfa Barrow, który tamtej feralnej zimy oddał życie i nie tylko życie za nią i innych mieszkańców. Życiową misją Stelli staje się chorobliwa wręcz chęć wyzbycia się i zniszczenia wszystkich wampirów i uświadomienia ludzkości, że takie potwory naprawdę istnieją i nie są wymysłem filmowców i pisarzy horrorów. Dlatego spod jej pióra wychodzi książka „30 dni nocy” w której opisuje ze szczegółami to co ją spotkało, z czym przyszło jej się zmierzyć i stara się uświadomić niczego nie podejrzewających ludzi, że to wszystko prawda. Z kolei wampirom jest to bardzo nie na rękę, bo setki lat starały się wtopić w społeczeństwo ludzi, ukrywać i żyć gdzieś obok, w cieniach. A musimy wiedzieć, że stworzone przez Nilesa i Templesmitha wampiry to nie są bezmózgie maszyny do zabijania. One tez knują, spiskuję, zdradzają. Mają swoją starszyznę, mają drabinę społeczną, możliwości i pieniądze. To takie drugie, mroczne społeczeństwo żyjące gdzieś obok. Komiks liczący blisko 370 stron, sprowadza się więc tak naprawdę do walki, do wielu mniejszych i większych potyczek, z których raz jedna raz druga strona wychodzi zwycięsko. A finalna bitwa tomu pierwszego musi odbyć się tam gdzie wszystko się zaczęło. I zobaczymy kto zwycięży. Zobaczymy kto się jak przygotował i kto lepiej rozgryzł (hehe) przeciwnika.

Komiks jest zdecydowanie wart uwagi, przede wszystkim za specyficzny rodzaj grafik, który bardzo mocno buduje nastrój i wciąga czytelnika. Czyta się to tomiszcze dość szybko, chociaż ja i tak potrzebowałem ponad 1.5h żeby należycie nacieszyć się całością. Za chwilę zabieram się za jeszcze grubszy tom drugi i liczę, że będzie jeszcze lepiej niż teraz. Zwłaszcza w dialogach i w budowaniu głębi postaci. Chociaż rozumiem czemu bohaterowie nie są  jakoś szczególnie dopracowani – nie żyją aż tak długo, żeby byli tego warci 😉


Christophe Bec - "Mroczna Otchłań" tom 1.

Scenarzysta Christophe Bec, znany przede wszystkim z klimatycznego i dobrze przyjętego w świecie komiksowych czytelników „Sanktuarium”, tym razem podjął współpracę z  rysownikami - Erickiem Henninot’em oraz Milanem Jovanoviciem i muszę przyznać, że otrzymaliśmy całkiem przyjemny wizualnie komiks. Co do samej historii mam niestety trochę zastrzeżeń. Najwięcej zarzutów kieruję nie tyle do scenariusza, o którym za chwilę napisze ciut więcej, co do dialogów pomiędzy bohaterami. Wyszło to momentami strasznie drętwo, rozmowy między postaciami są strasznie nienaturalne, sztucznie napisane lub tak niefortunnie przetłumaczone na język polski. Jakoś mnie to wyjątkowo tu raziło, nawet krótka dyskusja między matką i córką jest jakaś dziwna, nie wyobrażam sobie takiej rozmowy w rzeczywistości. Myślę, że w drugim tomie „Mrocznej otchłani” warto byłoby się nad tym pochylić, bo w sumie pierwszy raz w powieści graficznej zwróciło to moją uwagę aż tak bardzo.

Graficznie cały projekt wypada bardzo dobrze. Ostra kreska oraz cała gama bardzo żywych kolorów, fajnie oddają klimat opowiadanej historii. Bardzo dobrze narysowane i pokolorowane są sceny, które mają wywołać w czytelniku strach czy niepokój, a więc przede wszystkim ataki Megalodona czy też innych przedziwnych stworzeń. Podmorskie lokacje pełne są mroku i spokoju, a kiedy przenosimy się w wysokie góry, trzeba mrużyć oczy od nieskazitelnej bieli śniegu. Praktycznie wszystkie miejsca w których dzieje się akcja są wręcz przejaskrawione – idealnie zielone pola golfowe, pomarańczowo-brązowa australijska równina czy idealnie błękitne i ukazane bez żadnej skazy morze – to wszystko jest nieco przesadzone, ale wpisujące się w przygodowo-sensacyjny wydźwięk historii. Myślę, że wydanie komiksu w kolorze to doskonały pomysł, bo w wersji czarno-białej chyba w ogóle nie miałby sensu. Stracilibyśmy całe piękno i niepokój, które za pomocą kolorów są tak dobrze oddane.

Sama historia jest iście filmowa, bardzo spektakularna, szybka, akcja i lokacje zmieniają się w trybie ekspresowym. Wędrujemy od środkowej Australii, przez Karpaty, aż po Głębię Challengera, czyli najniżej położone i zbadane miejsce na Ziemi.

Bohaterami komiksu są oceanografowie, badacze mórz i oceanów którzy natrafiają na żywy okaz zwierzęcia uważanego za wymarłe miliony lat temu. Ale to co ich zaatakowało i co widzą przez szybki batyskafów zdecydowanie nie jest martwe…a to jak się później okaże tylko wierzchołek góry, bo jak wszyscy wiemy głębiny i dna oceanów są w 90% niezbadane i nikt tak do końca nie wie co się tam kryje…

Kim Melville, oceanografka zatrudniona przez ekscentrycznego podróżnika i kolekcjonera Feiersingera, na dnie największej głębi świata odkrywa sekret, który… nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.

I jest to wbrew pozorom dość złożony temat, bo nie ogranicza się tylko do Megalodona, którego możemy sobie podejrzeć na okładce zbiorczego wydania trzech pierwszych zeszytów z serii: „Laguna Fortuna”, „Głębia Challengera” oraz „Potwór z Dżibuti”, zebranych pod wspólnym tytułem „Mrocznej Otchłani”, wydanego niedawno w Polsce przez EGMONT. Sprawa jest zdecydowanie poważniejsza, i nie chodzi tu tylko o największa sensację ichtiologiczną w dziejach. Okazuje się bowiem, że w różnych częściach świata, pod wodą odnalezione zostają dziwne konstrukcje skalne, a badania nad nimi wyraźnie wskazują, że nie są to twory naturalne, a miasta stworzone przez rozumne i rozwinięte cywilizacje, a które powstały tysiące lat przez piramidami egipskimi!

W pierwszym tomie „Mrocznej otchłani” skupiamy się jednak na potężnym podwodnym drapieżcy, bo nie tylko tajemniczy miliarder z Karpat chciałby mieć taki żywy okaz w swojej kolekcji…

Tak jak wspomniałem – szybkości akcji i pomysłów scenarzysty nie powstydziłaby się żadna przygodowo-sensacyjna produkcja rodem z Hollywood. Zresztą jeśli oglądaliście „Meg” czy „Piekielną głębię”, to doskonale wiecie jak ogromne podwodne przestrzenie i stworzenia zamieszkujące głębiny działają na widza czy czytelnika – ten temat ma ciągle rozrastającą się     rzeszę fanów i jest w sumie niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kolejnych twórców, niestety najczęściej są to produkcje strasznie kiczowate i niewykorzystujące potencjału drzemiącego w pomyśle.

Tutaj mamy do dyspozycji właściwie wszystko o czym może sobie tylko czytelnik zamarzyć – nieograniczone fundusze miliarderów, spiski, potwory, szybką akcję, wybuchy, śmierć i zanosi się nawet na wątek miłosny! Jako komiks rozrywkowy, „Mroczna otchłań” sprawdza się doskonale, ja bawiłem się bardzo dobrze. Podobało mi się przeskakiwanie w czasie, raz jesteśmy w czasach nowożytnych, raz na początku XX wieku, by po chwili oglądać grafiki obrazujące czasy prehistoryczne. Wszystkie te zabiegi fajnie pokazują, że pewne rzeczy są trwałe, a to co dzieje się głęboko w ciemności oceanów zupełnie nie interesują wydarzenia dziejące się na powierzchni. Co prawda autorzy nie uniknęli kilku strasznych gaf fabularnych, typu podpalenia domku na skraju lasu i zostawienia go tak, w celu zatarcia śladów pobytu pewnego jegomościa…ale w której, nawet wysokobudżetowej produkcji nie mamy całej masy głupot, które muszą wystąpić aby pewne warunki danego gatunku zostały spełnione? Nie traktowałbym tego tytułu jako dokumentalny, a jednak czysto rozrywkowy. Mamy tu bowiem nie tylko podmorskie prehistoryczne bestie, ale także pewne wątki paranormalne, prastare cywilizacje, przesądy i zabobony, oraz mało dziewczynkę, która mam nieodparte wrażenie, odegra w całej historii jeśli nie kluczową, to ogromną rolę. Więcej nie będę zdradzał, sięgnijcie po komiks Christophe’a Bec’a i przekonajcie się sami. Jeśli nastawicie się na czystą przygodę i dużo fantazji – na pewno się nie zawiedziecie.

Jeszcze kilka słów o wydaniu EGMONTU. Standardowo, mamy twardą i lakierowaną okładkę, solidne szycie grzbietu i porządny papier, o wyrazistych kolorach już wspominałem, a 170 stron to w sam raz na jedno, godzinne posiedzenie z przygodą.

 


Robert Ziębiński - "Dzień Wagarowicza".

„Dzień wagarowicza” – Robert Ziębiński

 

Rok 1956, w Polsce rządzi socjalizm i Partia, Rosjanie pociągają za wszystkie najważniejsze sznurki i to jak się okazuje, nie tylko w polityce. W małej mazurskiej wsi dochodzi do kilku makabrycznych morderstw. Ofiary są dosłownie rozrywane na strzępy i pożerane przez coś, co zagnieździło się w lasach i nad jeziorem Śniardwy…

I  dokładnie do tej właśnie małej mieściny na północno-wschodnim krańcu Polski, wybiera się wraz z paczką znajomych Inga Ochab, córka najważniejszego polityka w kraju – jej ojciec prawdopodobnie zostanie I Sekretarzem, ponieważ kilka dni przed planowaną imprezą, umiera towarzysz Bierut. Niespodziewanie, mimo ogólnokrajowej żałoby, ojciec dziewczyny zgadza się na ten tygodniowy wypad, czym wzbudza w młodych ludziach euforię wymieszaną z niedowierzaniem własnemu szczęściu. Dostają limuzynę z kierowcą, który podwozi ich pod same drzwi ogromnej willi, którą partia socjalistyczna wybudowała w tej głuszy, między innymi właśnie na takie okazje. Jak na połowę lat 50-tych, to jest naprawdę niezła miejscówka, wyposażona w konkretny bar, kilkanaście pokoi z własnymi łazienkami, ogromną i wypełnioną po brzegi spiżarnię, a nawet płyty Elvisa Presleya.

Zapowiada się więc fantastyczny marcowy tydzień i idealna opcja na uczczenie Dnia Wagarowicza z należytą pompą! Niestety, jak to bywa w horrorach, nie wszystko, a w zasadzie właściwie nic nie idzie po myśli młodych ludzi, bo zło i potworności czające się w mroku nocy, nie znają litości…

Brzmi klasycznie i sztampowo? No bo w sumie tak jest. Mamy tu bowiem do czynienia z do bólu standardowym slasherem – jest wyrywanie kończyn, tajemnicze bestie, seks i radzieckie eksperymenty w tajemniczych laboratoriach ukrytych w mazurskiej głuszy. Ilość ofiar bestii, które zaczęły siać terror we wsi, jest zdecydowanie konkretna – nie zdążycie się przywiązać do zbyt wielu bohaterów nowej powieści Roberta, ponieważ ich średni czas życia na kartach książki jest, delikatnie mówiąc, dość krótki. Za to emocji jakie dostarczane są im w końcowych minutach żywota, zbierze się pewnie więcej, niż przez kilkanaście poprzednich lat. Chociaż jeśli rozpatrywać powieść w kontekście masakrowania bohaterów, to troszkę brakuje mi większej ilości soczystych opisów. I żeby było jasne – to, że coś jest schematyczne nie znaczy, że złe – takie są ramy podgatunku i autor doskonale się w nie swoją nową powieścią wpisuje. To prosta historia, bo taka miała być – nie doszukujmy się tutaj głębi.

Protagonista „Dnia Wagarowicza”, to nie byle kto, bo ukrywający się od czasów II Wojny Światowej, były żołnierz AK, wyspecjalizowany w zabijaniu i posiadający umiejętności przetrwania w najtrudniejszych warunkach. Czyli, dla systematycznie wyrzynanych młodych gości willi a także mieszkańców wsi, anioł zesłany z nieba, żeby walczyć z demonami prosto z laboratoriów ZSRR. I tu płynnie przechodzimy do antagonistów – przerażających, brutalnych i bezwzględnych…ludzi. Kolejny raz potwierdza się niepisana zasada horroru, że najgorsze bestie, to finalnie (prawie) zawsze ludzie lub efekty ich chorych ambicji i marzeń.

Powieść czyta się bardzo szybko. Akcja, mimo, że prowadzona jak po sznurku i niczym nas nie zaskakująca, jest wartka, a trup ściele się gęsto. Robert skrupulatnie wypełnił wszystkie podpunkty przypisane temu gatunkowi horroru: mnóstwo brutalnie zamordowanych ludzi, seks w dziwnych miejscach, potwory rodem z Piekła i oczywiście wątek nadnaturalny w postaci efektów działań laboratoryjnych radzieckich towarzyszy. No i to się udało w 100% - nie chcę rozpatrywać książki w kategoriach dobra czy zła, bo zdaję sobie sprawę, że Robert nie chciał tutaj twistów, szokujących zwrotów akcji i drugiego a być może i trzeciego dna, które spowodowałyby, że po skończeniu lektury, czytelnikom opadłyby ręce na kolana, szczęki na podłogi, a w głowie automatycznie powtarzane było jedno zdanie: „oooo kurde, co ja właśnie przeczytałem?! Jakie to jest fenomenalne!”. No, nie.

Traktuję książki pokroju „Dnia Wagarowicza”, jako lekkie i przyjemne odmóżdżacze, które mimo, że czyta się dobrze i szybko, to nie pozostawiają w głowie więcej śladów, niż odciski butów w czasie śnieżycy stulecia. Ale doskonale wiem, że slashery, gore i ekstrema cieszą się w Polsce niesłabnącą popularnością, mają rzesze swoich wiernych fanów, i jestem pewien, że i ta powieść takowych znajdzie. Jako przerywnik pomiędzy cięższymi, poważniejszymi publikacjami, „Dzień Wagarowicza” jest idealną propozycją na wieczór lub dwa. A wchodzi najlepiej w małym, drewnianym domku, gdzieś w głębokich zakamarkach mazurskich jezior i lasów…

 


Grady Hendrix - "Sprzedaliśmy dusze".

Grady Hendrix – „Sprzedaliśmy dusze”.

 

Czy muzyka może nam zniszczyć życie? A czy może je ocalić?

Bohaterką powieści Grady’ego Hendrixa jest Kris Pulaski, gitarzystka heavy metalowej grupy Durt Wurk. A właściwie nie – wszyscy członkowie kapeli są bohaterami tej historii, bo każdy z nich odcisnął na niej swoje piętno. Jedni krócej, inni dłużej, siła oddziaływania także bywała różna, ale nawet biedny J.D, odrzucony na samym początku kariery kapeli, miał tu coś do powiedzenia. Wiele lat później odegrał swoją ważną, choć epizodyczną i pełną bólu rolę.

„Sprzedaliśmy dusze” to powieść wspaniała – nie boję się użyć tego sformułowania. Nie do końca wiedziałem na co się piszę, biorąc tę pięknie wydaną książkę, z mroczną i klimatyczną grafiką Maćka Kamudy na okładce, do rąk. Spodziewałem się masy ciężkiego grania, koncertów, chlania i seksu. Spodziewałem się samego Diabła we własnej osobie, który na pełnej potu, łez, moczu i krwi scenie, tnie riffy i daje ludziom, a może już zwierzętom, pod sceną masę szczęścia i szalonej, piekielnej energii. Ale historia potoczyła się zupełnie innymi torami.

Owszem, muzyki mamy tutaj ogrom – wszelkiego rodzaju -heavy, -death i -core się przewija, co mnie osobiście bardzo cieszy i porusza w mej duszy struny młodości – kiedy to, jako jedyny w liceum, śmigałem w czarnym, skórzanym płaszczu do połowy łydki, a mój walkmen katował n-ty raz kasetę z odpowiednio do stroju dobranym ciężkim brzmieniem. Fajne czasy.

Muzyka odgrywa tu zdecydowanie pierwszoplanową rolę, niesie historię, prowadzi Kris i innych protagonistów przez czas i Amerykę. Grady świetnie oddał tu klimat życia fanów metalu, tę swoistą wolność, brud, śmiech i wrzask. Mimo, iż to domena XX wieku, to jak widać, można ją swobodnie i realistycznie przenieść na grunt wieku kolejnego. I brzmi tak samo dobrze i wiarygodnie – może nawet lepiej, bo bogatsi o życiowe doświadczenia i być może brak hamulców, bralibyśmy tę wolność i szaleństwo za rogi i bawili się tak, jakby krzyki i dudnienie naszych ukochanych kawałków nie dobiegały ze sceny, a z czeluści Piekła.

Kris, która od 6 lat nie wzięła do rąk gitary, i której życie od tamtej pory tak naprawdę straciło smak i kolory, zauważa na jednym z billboardów twarz niegdysiejszego kumpla, z którym założyła swoją pierwszą i jak się potem okazało, jedyną kapelę – którą później Ślepy Król, czyli Terry Hunter, jej odebrał i zniszczył marzenia o karierze. A wszystko to wydarzyło się podczas jednej, tajemniczej nocy w Domu Wiedźmy – oazie grupy Durt Wurk, w której cała ekipa tworzyła, myślała, odpoczywała i jak się okazało, pogrzebała „Brudną Robotę”. A właściwie jednym podpisem na kontrakcie stracili nie tylko swój zespół, ale zdecydowanie więcej. Teraz Kris ma zamiar wyrównać rachunki z Terrym, który zawłaszczając ich wspólny dorobek, zrobił ogromną karierę, a jego kapela – Koffin – od wielu lat wiedzie prym w światku metalu, jego właścicielowi przynosząc krociowe zyski. Tymczasem wokół Pulaski zaczyna ginąć coraz więcej osób, zacieśnia się pętla wokół niej, a Terry nie ma zamiaru się poddać. Przy jego pozycji i możliwościach, zemsta będzie wyjątkowo trudnym zadaniem.

Ale to wszystko ma drugie dno, i to naprawdę przerażające. Do połowy książki sądziłem, że cała będzie wyglądała jak pogoń za marzeniami, pełna złości, żalu i pretensji powieść o muzyce, przyjaźni i stracie. Potem pojawiło się coś, czego się szczerze mówiąc nie spodziewałem. A na pewno nie w takiej formie. Mianowicie – horror, i to ten, który działa na mnie najbardziej – mroczny, niedopowiedziany, lovecraftowski wręcz! Pojawia się owa tajemnicza kurtyna, zza której ktoś pociąga za sznurki, sterując ludźmi, mamiąc ich pieniędzmi i perspektywą spełnienia wszelkich marzeń. Tworząc z nich marionetki, które może wykorzystywać do własnych celów. A właściwie jednego celu – rzeczy, która trwa sekundy, ale która może wpłynąć na całą wieczność.

Druga część powieści Grady’ego Hendrixa to już totalna jazda bez trzymanki, ale uwierzcie mi, warto wsiąść do tego rollercoastera, bo prowadzi nas on przez mrok, zdradę, ufność, gorzką przyjaźń i śmierć. A na samym końcu torów, nie czeka na nas bramka z czerwonym, pulsującym „EXIT”, a gorąca, przepełniona smrodem, wrzaskiem i muzyką pustynia w Nevadzie – godzinę drogi na północ od Las Vegas. Tam historia naszych bohaterów znajdzie swój kres, ale czy na pewno…? To tam ma się odbyć Hellstock, kilkudniowa impreza dla fanów ciężkich brzmień, na której scenach zagrają największe i najsłynniejsze kapele metalowe, w tym oczywiście gwiazda wieczoru – Terry Hunt i Koffin. Akcja tej części powieści zdecydowanie przyspiesza, czuje się wiszące w powietrzu napięcie i oczekiwanie, setki tysięcy podekscytowanych i nabuzowanych młodych ludzi zmierzają ku Las Vegas i dalej na pustynię, do Strawberry Valley – ku niczym nieskrępowanej zabawie, pijaństwu i niestety przeznaczeniu. Bo wszyscy to pacynki, którymi bawi się ktoś wymykający się naszej wyobraźni, przepotężne zło, czające się w zakamarkach i cieniach.

Podczas lektury bawiłem się genialnie. Słyszałem wszystkie metalowe kawałki, kiwałem się na kanapie, gdy rozbrzmiewały odtwarzane na papierze przy pomocy słów autora. Świetne doświadczenie muszę przyznać – połączenie ciężkiej muzyki i subtelnego horroru, z dodatkiem zbrodni i solidną szczyptą bezwzględności. Klimatu powieści dodają także wstawki przed każdym rozdziałem. Są to stenogramy radiowe - wywiady, dyskusje, telefony od słuchaczy – wszystkie mające wspólny mianownik – muzyka i Terry Hunt. Dodatkowe mroczne grafiki które znajdziemy w kilku miejscach powieści, a za które odpowiada autor okładki Maciek Kamuda, także nie pozwalają czytelnikowi ochłonąć. Piękna robota!

Czytajcie! Wsłuchajcie się w rytm tej powieści, dajcie się porwać muzyce i grozie – polecam zdecydowanie!

 


"Dziki Ląd".

„Dziki Ląd”.

Świeżutka na naszym rynku oficyna – wydawnictwo LostInTime, na swój debiut wybrała przedstawienie polskiemu czytelnikowi świetnego komiksu ze stajni Vault Comics, mianowicie „These Savage Shores” – w spolszczeniu: „Dzikiego Lądu”. Projekt Rama Venkatesana  (scenariusz) i Sumita Kumara (grafika), łączy w sobie klasyczny horror i przygodę.

Mamy dwa miejsca w których toczy się historia, ale sądząc po możliwościach bohaterów i szerokiemu spektrum ich działań, wielce prawdopodobnym jest, że cały świat, prędzej czy później zostanie wplątany w intrygi i śmierć. Póki co, mamy dwie główne lokacje – Londyn oraz Indie. Ściśle związane ze sobą, nie tylko poprzez Kompanię Wschodnioindyjską, ogromne interesy i pieniądze, ale także poprzez głównych bohaterów, którzy „startując” z angielskiej stolicy, finalnie wszyscy pojawiają się w różnych częściach państwa Orientu.

Polskie wydanie „Dzikiego Lądu” podzielone jest na pięć rozdziałów – każdy z nich opowiada jakąś historię, wprowadza nowych bohaterów, uchyla rąbka tajemnicy i prowadzi czytelnika do finalnej konfrontacji i odpowiedzi. Akcja rozpoczyna się w 1766 roku kiedy to pewien wampir skutecznie ścigany przez łowcę, salwuje się ucieczką z Londynu do Kalikatu – aby działać tam jako łącznik pomiędzy Koroną a Indiami, a kończy w roku 1769, kiedy to Anglicy zostają zepchnięci aż za mury Madrasu i proponują traktat pokojowy oraz powrót do rozmów biznesowych. W międzyczasie poznajemy meandry ówczesnej polityki, relacje między wrogimi obozami, ale przede wszystkim historię Biszana i Kori, dwóch skrajnie różnych istot, ich relacje i miłość, której nie może przerwać nawet śmierć…

Fenomenalna historia o nieśmiertelności, jej przekleństwie i magii, miłości, zachłanności i znużeniu wiecznością. Znajdziemy tu całą gamę intryg, zarówno wśród ludzi, jak i potworów. Każda z przedstawionych w „Dzikim lądzie” postaci, ma swoje cele i plany, i nierzadko dąży do nich po trupach. Dosłownie. Relacje pomiędzy bohaterami są skomplikowane, często sięgające kilku pokoleń wstecz, ale pokazane w bardzo ciekawy sposób. Nie mamy tu bowiem do czynienia z tylko złymi i mrocznymi postaciami. Jest ich oczywiście sporo, ale poznamy także bohaterów rzuconych, mimo młodego wieku i zerowego życiowego doświadczenia, na głęboką wodę. Mamy relacje pomiędzy ludźmi i innymi istotami, których podstawą jest miłość i oddanie, mimo ogromu cierpienia i bólu, jakie przeżyły. Lektura wciąga jak znakomita powieść przygodowa, do tego dochodzi naprawdę potężna dawka grozy, i to w swej najbardziej tradycyjnej, wampirzej formie. Co warte odnotowania, postaci wampirów są tutaj pokazane NAPRAWDĘ klasycznie – nie ma żadnych udziwnień, super specjalistycznych broni czy zdolności – mamy tu nieśmiertelnych rodem ze Stokera, zarówno w wyglądzie, jak i zachowaniu. Ja to zapisuję na plus, lubię taką formę. Pojawiają się tu też jeszcze potężniejsze istoty niż klasyczni krwiopijcy, których życia sięgają samych początków czasu…

Dodatkowym smaczkiem dla czytelników, jest solidna dawka historii Orientu, nie wiem czy prawdziwa, bo niestety jest mi ona znana, ale na pewno porywająca i zachęcająca do zgłębienia jej dużo bardziej, niż zostało to ujęte na kartach komiksu.

Grafika w „Dzikim lądzie” fantastycznie prowadzi nas przez opowieść – rysunki w większej części są stonowane, kiedy rozmawiają nieśmiertelni – ociekają wręcz spokojem i doświadczeniem zdobywanym przez wieki. Kiedy natomiast do rozmów przystępują przyjaciele lub kochankowie, Sumit Kumar bezbłędnie dobiera kreskę, a Vittorio Astone kolory. Jednak zdecydowanie najwięcej dzieje się w warstwie wizualnej, podczas walk. A, że są to praktycznie za każdym razem pojedynki na śmierć i życie, pełne energii, szału i zwierzęcego szaleństwa, pokazane są genialnie dynamiczne i porywająco. Bardzo spodobało mi się używanie przez autorów pewnego rodzaju kolaży, to znaczy łączenia poszczególnych klatek w jedną scenę (zdjęcie z wypadającą z okna płonącą postacią). Nie spotkałem się chyba z tym wcześniej, a dodaje to przedstawianej scenie przedstawianej scenie potężnej dawki dynamizmu i strachu. Vittorio, mimo, że „tylko” kolorował, jest także niezmiernie ważną częścią ekipy twórczej, bo dzięki jego wyobraźni i barwom jakie wybrał pogłębia poszczególne wątki i historię jako całość. Kiedy akcja dzieje się w Londynie – czujemy zimno, mokniemy od nieustannej mżawki, jest mrocznie, szaro i mgliście. Natomiast kiedy przenosimy się do Indii, od razu uderza w nas gorąc, ogromna wilgotność powietrza i wszechobecny pył i piasek. Bardzo dobra robota, dodaje realizmu i pozwala łatwo wczuć się w miejsce akcji i odczucia postaci.

„Dziki Ląd” jest komiksem praktycznie kompletnym, na każdej płaszczyźnie. Historia jest zwarta, konkretna i prowadzona z należytą starannością i konsekwencją. Tam gdzie poznajemy bohaterów, ich relacje – czytamy spokojnie i uważnie, natomiast w scenach walk lub śmierci, nasze oczy nie wiedzą gdzie patrzeć i chłoniemy obraz z wypiekami na twarzach. I tu niewątpliwie swój ogromny udział ma kreska grafika - świetnie oddaje klimat XVIII – wiecznych realiów, a o kolorach, będących niewątpliwie ozdobą tego projektu, wspomniałem już wcześniej.

Wydawnictwo, mimo debiutu i z pewnością sporej niepewności, spowodowanej nie tylko pierwszą publikacją, ale także sytuacją jaką obecnie mamy w Polsce, nie szczędziło na jakości. Mamy doskonały papier, solidne szycie i zdecydowanie rzucającą się w oczy okładkę – czyli wszystko to, co jest potrzebne, żeby wejść na rynek razem z drzwiami i zrobić wokół siebie trochę szumu. Ja z chęcią poczytałbym i poznał więcej opowieści w tych klimatach, uważam, że romans grozy i przygody to jeden z najlepszych możliwych mariaży, nie tylko w komiksie, ale i innych dziedzinach sztuki – przede wszystkim w literaturze.

Jeśli mieliście tyle samozaparcia, żeby doczytać te moje wypociny i jakimś cudem Was zainteresowałem – wesprzyjcie wydawnictwo i kupcie komiks bezpośrednio u nich z 20% rabatem =è https://lostintime.pl/sklep/komiksy/dziki-lad/


Wojciech Gunia - "Miasto i rzeka".

„Miasto i rzeka”

Opowiadanie zrobi nieco wodę z mózgu każdemu odbiorcy, ale czytelników posiadających dzieci pożre, strawi, wypluje i każe się doczytać.

Głównym bohaterem „Miasta i rzeki” jest pewien mężczyzna, który posiada pakiet zdolności, w niektórych kręgach bardzo mocno poszukiwanych i docenianych. Jest perfekcjonistą i mistrzem w swym fachu do tego stopnia, że nie ima się go ani prawo, ani sprawiedliwość. Choć odnośnie tej ostatniej – mężczyzna ma swoją własną definicję, która prowadzi go przez smutne, okrutne, krwawe i puste życie.  Pewnego dnia bohater przybywa do zanurzonego we mgle i ciszy miasteczka, przytulonego do zbocza potężnej góry. Pod tę górę z hukiem wtacza się szeroka rzeka, która wcześniej przepływa przez miasteczko, niosąc wraz ze swym nurtem nie tylko wodę i muł, ale także coś więcej. Dary dla kamiennego olbrzyma górującego nad miastem. A raczej nie tyle dla samego olbrzyma, co dla kogoś lub czegoś skrytego pod nim…

Mężczyzna ma do wykonania w miasteczku pewne zlecenie. Mianowicie, ma odnaleźć tajemniczego doktora Kysta oraz jego przychodnię, która słynie z bardzo niecodziennych badań i sposobów leczenia problemów, z którymi przychodzą do doktora kolejni pacjenci. Ale mężczyzna ma nieco odmienne zdanie niż jego mocodawcy i wbrew nim ma do lekarza kilka pytań, a także poddaje się całej procedurze „leczenia”. Znalezienie jego kliniki nie jest jednak proste i chwilę zajmuje. Podczas poszukiwań i spacerów po tym dziwnym miasteczku, poznaje on jego mieszkańców, wdaje się w liczne rozmowy, odwiedza przedziwne i mroczne miejsca. Kiedy dociera w końcu do doktora i otrzymuje od niego to, czego pragnął od tak wielu lat, wszystko się zmienia. Powraca przeszłość i to niestety nie tylko w swym dobrym wymiarze, ale przede wszystkim w tym najgorszym. Mam wrażenie, że decyzje mężczyzny, jego kroki podejmowane przez kilkanaście ostatnich lat uczepiły się go i nie chcą puścić, ściągając go systematycznie i metodycznie w czarną otchłań…

Cała historia utrzymana jest w mocno lovecraftowskim i onirycznym klimacie. Mamy wrażenie, że płyniemy przez opowiadanie, słuchając całej historii na lekkim haju – przynajmniej ja to tak odbieram. Mimo, że mamy tu ogrom bólu fizycznego, zrujnowaną psychikę zarówno głównego bohatera jak i wszystkich pobocznych – czytało mi się „Miasto i rzekę” spokojnie i niespiesznie. Może dałem się porwać jednej ze spokojniejszych odnóg tytułowej rzeki i leżąc na plecach, z przymkniętymi oczami, dałem się omotać historii i ponieść wszędzie tam, gdzie zaprowadzi mnie nurt. Bardzo ciekawe wrażenie, rzadko udaje się jakiemuś autorowi coś takiego, ale nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczony. Widzę tu spory wpływ Mistrza z Providence, przede wszystkim w opisach jakie zastosował autor – długie, skomplikowane i „nasycone” mrokiem i niepewnością zdania. Tajemnica goni tajemnicę, nie wiadomo do końca co jest snem, a co przerażającą rzeczywistością. Hermetyczne miasteczko, którego mieszkańcy zespoleni są wspólną tajemnicą i niejako uwięzieni przez swoją przeszłość i decyzje, też kilka razy przewija się u Lovecrafta, chociażby w Dunwich czy Innsmouth.

Opowiadanie jest świetnym przykładem jak powinno pisać się weird fiction, na co zwrócić uwagę, czego się wystrzegać i jak zbudować niesamowity, ciężki, duszny, ciasny klimat, gdzie cała nasza psychika i życie, zawieszone jest na jednej cienkiej, ale na szczęście dość wytrzymałej, choć naprężonej do granic możliwości lince. Jeśli autor dołożyłby jeszcze troszkę, niechybnie wylądowalibyśmy w mroźnej, spienionej i pędzącej topieli. A nurt zaniósłby nas, tak jak wszystkich – w ciemność i śmierć.

Bonusowo takie spostrzeżenie - jeśli macie ochotę na wizualizację pewnych scen i wątków umieszczonych w treści „Miasta i rzeki”, to obejrzyjcie sobie film z 2009 roku, gdzie główną rolę gra Gerard Butler. Podczas czytania często przywoływałem sobie obrazy z tej produkcji – świetnie się wpasowują w opowiadanie Wojtka.

„Droga do zjednoczenia”

I znowu śmierć. I ciemność – dwie główne bohaterki tego opowiadania, prześcigają się i podnoszą sobie wzajemnie poprzeczkę od pierwszego do ostatniego zdania. Wkraczamy tu na jakąś karuzelę światów, a właściwie płaszczyzn rzeczywistości, do których zwykły człowiek nie ma dostępu, a na pewno brakuje mu samozaparcia, talentu i siły psychicznej oraz odpowiedniego poziomu otwartości umysłu. Opowiadanie jest snute niczym baśń, czasem przygodowa - rodem z dzieł braci Grimmów, czasem mroczna i chora, jakby zrodzona w przeżartym ciężkimi dragami mózgu starego pisarza.

Byli sobie dwaj bracia, zżyci ze sobą, spędzający razem każdą wolną chwilę, mający ojca-magika, który znikał często na wiele dni, aby wykonywać ku uciesze gawiedzi swoje sztuczki. Magia była obecna w tej rodzinie na długo przed tym, zanim chłopcy zaczęli zdawać sobie z tego sprawę. I będzie obecna w ich życiu aż do śmierci. Pewnego dnia ojciec rodziny zniknął w tajemniczych okolicznościach, a ścieżki dwóch braci rozeszły się, na zawsze.

Po śmierci jednego z nich, drugi przybywa do ich rodzinnego domu, w którym wraz z żoną i dwiema córkami mieszkał zmarły, i zaczyna prywatne śledztwo w sprawie dawnego zniknięcia swojego ojca, z którym śmierć brata wydaje się być nierozerwalnie związana. Wpada na trop być może sekty, być może tajemniczego stowarzyszenia, religii, doktryny…

Nie chcę zdradzić zbyt wiele, ale tekst jest niesamowity – jakbym miał go zobrazować, to powiedziałbym tak: „rzeczywistość i prawdziwe wydarzenia to rysunki na przezroczystych kawałkach folii, przyczepionych do ogromnego arrasu przedstawiającego dziwne światy, postaci, miejsca i sytuacje. W trakcie czytania, im bardziej zagłębiamy się w historię, zrywa się coraz większy wiatr, który stopniowo zrywa nam poszczególne folie, aż nie pozostaje ani jedna…”.

Jak dla mnie jeden z najlepszych krótkich tekstów jakie czytałem w życiu. Polecam wam zagłębić się w odmęty mroku, zagadek i czystego weirdu, z jakim niewątpliwie mamy tu do czynienia. Podczas wizualizacji tekstu w głowie, miałem mocne skojarzenia z Kubrickiem, a konkretnie „Oczami szeroko zamkniętymi”, zalatuje też nieco Lynchem i von Trierem, więc jeśli znacie twórczość tych panów i darzycie ją taką samą lub nawet większą estymą niż ja, to lepszej rekomendacji nie trzeba.

Oba opowiadania mają pewne wspólne cechy. Z całą pewnością można postawić tezę, że łączy je śmierć. Mało tego, jest ona katalizatorem późniejszych działań głównych (ale nie tylko) bohaterów, i kształtuje kręgosłup historii, zarówno „Miasta i rzeki” jak i „Drogi do zjednoczenia”. Śmierć w rozumieniu straty kogoś bliskiego, chociaż tu akurat pobudki postaci obu opowiadań nieco się różnią, ale wydaje mi się, że można to uznać za wspólny mianownik.

No i jest ciemność. Oczywiście, to hasło wydaje się trywialne i błahe, ale poprzez świetne, plastyczne opisy, czuje się jej głębię i nieskończoność. Ta ciemność nie bierze jeńców – ona zasysa, wciąga, powoduje szaleństwo, rozrywa na atomy, aby za chwilę złożyć nas w nieco innej konfiguracji, powodując obłęd i niewypowiedziany ból. Jeśli zdecydujecie się jej przeciwstawić lub chcecie podjąć z nią jakieś pertraktacje – powodzenia…

Mimo, że zbiorek jest fizycznie krótki (180 stron), to wypełniony jest po brzegi uczuciami, przemyśleniami i potwornie ciężkimi decyzjami i sytuacjami. Właściwie niewiele jest większych problemów od tych opisanych przez Wojtka. Autor poruszył tu tematy, które chyba nikomu nie są obojętne – bo śmierć i strata wywołująca pustkę w sercu i wyrywająca duszę z korzeniami, to dwie potężne moce, z którymi nie mamy szans, a jak widać po treści historii, powiedzenie „czas leczy rany” ma tyle samo sensu, co tłumaczenie świni składowych gwiazdozbiorów na nieboskłonie.


Bloodborne 2 - Pieśń Wron.

„Bloodborne”, tom 2 – „Pieśń wron”.

Ales Kot & Piotr Kowalski

Chyba nigdy nie byłem pod większym wrażeniem po przeczytaniu komiksu. Fakt, że nie mam ich za sobą zbyt dużo, ale myślę, że i starzy wyjadacze będą zbierać szczękę z podłogi po lekturze. Panowie Kot i Kowalski przeszli samych siebie i po świetnej pierwszej części Bloodborne’a, tom 2 wgniata w fotel, obija twarz, pożera i wydala jednocześnie. A potem daje chwilę na przemyślenia i uśmiech zadowolenia. W przeciwieństwie do pierwszego tomu opowieści o mrocznym Yharnam i jego bestiach czających się w ciemności, tom II skupia się na historii dwójki bohaterów. Przez prawie połowę grubości komiksu, poznajemy historię Eileen Wrony – dziwnej postaci, ni to Tropiciela polującego na bestie, ni to bohaterki, której udało się wyrwać z bezustannego cyklu śmierci i przebudzenia, aby zmienić cel swoich ataków – na tych Tropicieli, którzy sami zaczęli zamieniać się w potwory.

Eileen snuje swą oniryczną opowieść i objaśnia czytelnikom jak stała się tym czym jest, jakie koszmary ją dręczą, co uważa za swoją ogromna porażkę i co nie daje jej normalnie funkcjonować i nieuchronnie prowadzi w ramiona obłędu. Jednocześnie ta sama sytuacja, która męczy ją przez całe życie, była katalizatorem jej przemiany i powstania postaci Wrony. Eileen błąka się po Yharnam szukając przeciwników, a jeśli akurat na takowych nie trafia, zajmuje się pochówkiem spotkanych po drodze martwych Tropicieli. W zupełnie inny sposób niż ten, który praktykowany jest w pogrążonym w wiecznej nocy mieście…

Druga część graficznej opowieści, to historia pewnego mężczyzny, który pragnie poznać tajemnice Yharnam, i rozwikłać tajemnicę koszmarnej plagi, która nawiedziła miasto i jego mieszkańców, nazywanej chorobą spopielonej krwi. Jest to osoba można powiedzieć – światła – opiera się na nauce, poszerza horyzonty i stara się nie patrzeć na nic z jednej perspektywy, pragnie dostrzec cały obraz problemu, z każdej strony. Jest to podróżnik, ogromnie doświadczony ale i naznaczony życiem. Ciężkim życiem wojskowego, dla którego widok śmierci to jednocześnie coś powszedniego, ale nadal szokującego. Jego chłonny umysł przyjął przez kilkadziesiąt lat tak potworną ilość mrocznych i makabrycznych obrazów, że zaczyna go to prześladować i powoli niszczyć psychicznie. Każdej nocy nawiedzają go mroczne wizje, wspomnienia czynów jakich się w życiu dopuścił, a których po latach bardzo żałuje.

Powoli popada w obłęd, rzeczywistość miesza mu się z marami sennymi, zmieniają się miejsca, lokacje i czasy które, strona po stronie, wzbudzają w czytelniku niepokój ale i pewną fascynację. Co może zrodzić zainfekowany umysł zmęczonego człowieka? Absolutnie wszystko. Wyobraźnia zarówno bohatera, jak i czytelnika chłonie coraz to nowe obrazy i zdaje się systematycznie pogrążać w szaleństwie. W końcu mężczyzna w dziwny sposób natyka się w swych wizjach, czy może snach, na Eileen, ich losy się przeplatają, a czytelnik może zacząć snuć domysły i teorie, co łączy tych dwoje…

W krótkich momentach wytchnienia od koszmaru, mężczyzna stara się funkcjonować normalnie, ale mam wrażenie, że zastosowano taki zabieg tylko po to, żeby łatwiej było przenieść się w kolejne potworne i wynaturzone miejsce, pełne śmierci, czystego zła i wspomnień, które niczym ostrze, dźgają bezustannie serce i duszę bohatera.

A to tylko część z tajemnic i historii jakie poznacie na kartach tego komiksu. Jest tu jeszcze jeden ważny wątek, ale o nim nie wspominam celowo, bo mam wrażenie, że stanowi bramę do części trzeciej historii Bloodborne 😉

„Pieśń wron” to niesamowita podróż w odmęty szaleństwa. Jeśli lubicie filmy Lyncha, literaturę Clive’a Barkera czy Lovecrafta – będziecie zachwyceni tak jak ja. Ciężko jest nawet dobrze zarysować historię ukrytą na kartach tej obrazkowej księgi, bo nie ma punktu zaczepienia dla logiki – ktoś inny może odebrać historie w niej ukazane zupełnie inaczej, i nie znaczy to, że któreś z nas się myli.

Mamy tu do czynienia z ogromnym polem do interpretacji obrazów, które atakują nas wściekle z każdej stronicy. Oprócz FENOMENALNEJ warstwy graficznej, przede wszystkim okazywanej poprzez niesamowitą kolorystykę, za którą odpowiada Brad Simpson, historia która powstała w głowie Alesa Kota daje do myślenia, wpływa na wyobraźnię i zaraża niepokojem. Mroczne Yharnam i jego sekrety wydają się wręcz blaknąć przy tym, co wyprawia się w głowach dwójki głównych bohaterów. Jedynym odnośnikiem do „naszej rzeczywistości” jest fakt, że nawet w komiksie, nawet u wymyślonych bohaterów, ich decyzje i rzeczy które zrobili w przeszłości, wpływają na nich i kształtują ich psychikę aż po dziś dzień…

Jeśli zainteresowała was ta historia, macie chrapkę na komiks nietuzinkowy i przepięknie narysowany i wydany przez EGMONT – możecie kupić obie części tu: https://egmont.pl/szukaj?q=bloodborne


F. Paul Wilson - "Twierdza".

Mimo, że historia sama w sobie jest banalnie prosta i bazuje na jednym z najbardziej ogranych i przegadanych motywów, jakim jest walka dobra ze złem, najlepiej w wersji 1:1 – Wilson pokusił się także o poruszenie kilku ważnych i istotnych dla XX wieku kwestii. Pod płaszczykiem fantastycznej opowiastki o pradawnej, nieśmiertelnej, okrutnej i bezwzględnej sile, która przyczaiła się w tytułowej twierdzy na przełęczy Dinu w Karpatach, i umiejscawiając powieść w czasach II Wojny Światowej, autor bardzo dobrze omawia kwestię żydowską, przykładając do niej dużą wagę i dobitnie pokazując, jak ta mniejszość była w czasie wojny traktowana. Istotnym wątkiem są tutaj obozy przesiedleńcze, i chęć opanowania świata przez pewnego niskiego niemieckiego popaprańca, ale jednocześnie wątek ten staje się zarzewiem kilku poważnych konfliktów i mocno wpływa na fabułę powieści. Nikomu nie trzeba specjalnie tego tłumaczyć, każdy zna historię i dramat wojny, ale cała kwestia fanatyczno-religijna, fajnie koresponduje z grozą i fantastyką, wynosząc ją na poziom wyższy, niż zwykłe tanie czytadło.

Inny ciekawy aspekt, będący mocno zaznaczony w historii opowiadanej przez autora na kartach książki, ale też odnotowany w „prawdziwej” rzeczywistości wojennej – to tarcia i otwarta wrogość wśród niemieckich żołnierzy. Tu konkretnie SS i Wermacht – i nie chodzi tylko o dzierżenie faktycznej władzy, ale o podejście wysoko postawionych wojskowych do Hitlera i jego planów. Niektórzy otwarcie się z nim nie zgadzali i mówili o tym. Oczywiście nie na forum publicznym, ale jest to fakt godny odnotowania.

No dobra, ale zrobiło się historycznie, a miałem pisać o grozie. Książka ma tak naprawdę wielu głównych bohaterów, którzy zmieniają się i wymieniają, w zależności od danego fragmentu powieści. Oprócz wspomnianych nazistów, do twierdzy wezwany zostaje historyk i wykładowca uniwersytecki, chory na sklerodermię i przykuty do wózka inwalidzkiego, profesor Theodor Cuza. Przybywa na przełęcz Dinu w asyście córki, jedynej bliskiej osoby, w pełni mu oddanej i opiekującej się schorowanym mężczyzną.  Magda, jako jedyna kobieta na miejscu, wzbudza pożądanie i niezdrową fascynację absolutnie wszystkich zamkniętych w twierdzy żołnierzy. Zostaje więc odesłana do pobliskiej oberży, a jej ojciec może się spokojnie zająć studiowaniem znalezionych w podziemiach ksiąg, a  także dziwnego, nabazgranego krwią jednej z ofiar, napisu na jednej ze ścian, którego nikt nie potrafi przeczytać i zinterpretować… Żąda tego brutalny pozbawiony wszelkich skrupułów major SS – Kaempffer, przysłany z Warszawy, wraz z dwoma grupami Einsatzkommando w celu wyjaśnienia wcześniejszych śmierci ludzi porucznika Woermanna oraz zabezpieczenia tego strategicznego z punktu widzenia wojny, obiektu.

W tym samym czasie, przez pół świata, właśnie do karpackiej twierdzy, niestrudzenie zmierza pewien wysoki mężczyzna, wyposażony w pas ze złotem i tajemniczy, bardzo stary futerał. Jest niezwykle zdeterminowany, aby dotrzeć na miejsce jak najszybciej. Jakby gonił go sam diabeł. Nie cofnie się też przed niczym, aby wykonać swą misję…

Wielowątkowość tego horroru, mimo że wszystko jest przewidywalne i prowadzone właściwie jak po sznurku, no może jest jeden ciekawy twist, którego można się nie spodziewać, powoduje, że powieść czyta się doskonale i bardzo szybko. Mimo, że to 430 stron, a cała główna intryga, dzieje się dosłownie w kilku pomieszczeniach zamku i oberży – „Twierdza” nie nuży ani przez chwilę. Każdy z wątków opisany jest ciekawie i dokładnie, postaci są wręcz trójwymiarowe i wzbudzają adekwatne do swoich poczynań uczucia. Najlepszym przykładem może być porucznik Wermachtu, Woermann – któremu wręcz kibicowałem!

Nie wiem czy wam też, ale mnie cały finał bardzo kojarzył się z pewną walką, opisaną kilkadziesiąt lat wcześniej, pomiędzy potężnym demonem, a równie mocarnym czarodziejem…napiszcie czy też tak macie.

Mimo ogólnej pozytywnej oceny powieści, jestem nieco zawiedziony jej drugą częścią. O ile pierwsza miała w sobie bardzo dużo historii i tajemnicy – nie wiadomo było co czai się w piwnicach twierdzy, i czemu giną niemieccy żołnierze, o tyle w części drugiej, kiedy wszystko zaczyna się powoli klarować i poznajemy wiele odpowiedzi, w moim odczuciu klimat niestety siada. Robi nam się taki trochę horror klasy B, nie mówię, że to jest jakiś straszny zarzut, bo Wilson nie miał zamiaru wydawać drugiego „Egzorcysty” – bardzo poważnej powieści, jednak klimat niepokoju i strachu, jaki stworzył na początku, rozpływa się mocno pod koniec.

Niemniej, ja bawiłem się przy lekturze świetnie – również dlatego, że wydanie Vespera to kolejny ich majstersztyk. Miałem pewne obiekcje co do okładki zaprojektowanej przez Mariusza Gandzela, ale trzymając książkę w dłoniach i przypominając sobie historię (czytałem „Twierdzę” w pierwszym wydaniu, z dwadzieścia lat temu), muszę przyznać, że zarówno grafika okładkowa, jak i te wewnątrz książki, zdecydowanie dodają klimatu i mroku. Do tego dochodzi twarda oprawa, solidnie zszyty grzbiet i szum papieru, przy przerzucaniu kolejnych stron…organoleptyczny orgazm! Do którego zresztą wydawnictwo zdążyło nas już przyzwyczaić.

Jeśli macie ochotę na ciekawą, prostą historię bazującą na walce dobra i zła, lubicie czytać jak nocami coś potwornego morduje nazistów, ale nie pogardzicie też dużą dawką historii i fantastyki – „Twierdza” Paula Wilsona jest dla was, i myślę, że będziecie się bawili przy niej tak dobrze, jak ja.