"Później" - Stephen King.

Stephen King – „Później”.

Dwudziestodwuletni Jamie Conklin jest jednocześnie narratorem i głównym bohaterem najnowszej powieści Stephena Kinga. Jego życie zdecydowanie odbiega od tego co przeżywają jego rówieśnicy, problemy również wykraczają daleko poza „normalność”. Cała historia opowiedziana jest w formie retrospekcji, czy też może raczej lawiny wspomnień, opisujących jego dzieciństwo i okres nastoletni, którymi chłopak dzieli się z czytelnikami. Ja zacząłem go słuchać, wciągnąłem się i polecam wam także sięgnąć po najnowszą książkę „króla horroru”, bo grozy tu nie brakuje, choć mam wrażenie, że mimo jej ilości i znaczenia jakie pełni w powieści, musi podzielić najwyższy stopień podium z innymi literackimi gatunkami.

Jamiego poznajemy jako 6-latka, nie do końca rozumiejącego jeszcze otaczający go świat, ale przyjmującego wszystko w naiwnością i łatwowiernością małego dziecka. Chłopak ma bowiem wyjątkowy dar – widzi zmarłych. I nie byłoby to jeszcze może jakoś specjalnie dziwne, gdyby nie dwa fakty – po pierwsze, zmarli ci pamiętają swoje życia, doświadczenia, mają wspomnienia. Przynajmniej do pewnego czasu, bo już kilka godzin lub najdalej dni po swej śmierci znikają, robią się coraz mniej widoczni, ich głosy stają się coraz słabsze, aż w końcu Jamie przestaje ich słyszeć i widzieć. A po drugie – mogą odpowiadać na pytania chłopca, i nie mogą w nich skłamać.

Życie Jamiego Conklina nie jest łatwe, wychowuje się bez ojca i dziadków, jest przy nim jedynie matka. I mimo, że chłopiec jest jej oczkiem w głowie, nie może poświęcać mu tyle czasu ile by chciała. Prowadzi bowiem agencję wydawniczą, zaczytuje się w maszynopisach, jeździ na spotkania i stara się jakoś powiązać koniec z końcem. Z różnymi skutkami. Jamie jest więc zdany niejako na siebie. Mimo swojego unikatowego daru, chłopak próbuje żyć normalnie. Zmarli przeważnie ograniczają swoje kontakty z nim do machnięcia ręką lub jedynie smutnego spojrzenia. Aż do pewnego dnia, w którym życie Jamiego powoli zacznie zamieniać się w piekło. A udział będzie miał w tym oczywiście pewien zmarły – Bombiarz…

Podczas lektury mamy ciągłe i zupełnie naturalne skojarzenia z „Szóstym zmysłem” Shyamalana, ja osobiście miałem kilka innych. Najbardziej sceny opisywane przez autora, a zwłaszcza momenty kiedy pojawiali się zmarli, kojarzyły mi się z filmem „Coś za mną chodzi”. Ale na przykład scena na cmentarzu, kiedy Liz pierwszy raz zabrała Jamiego na „przejażdżkę”, i kiedy chłopak widział zmarłego spokojnie patrzącego na swój grób, nieruchomego i jakby zamyślonego – od razu wizualizują mi się niektóre sceny z filmów o zombie. Właściwie wszystkie momenty, kiedy nasz bohater styka się ze świeżo umarłymi ludźmi, przywodzą na myśl właśnie zombiaki. Żywi chodzą, biegają, jedzą, rozmawiają, a trupy czy też to co po nich zostało, stoją lub siedzą bez ruchu, zapatrzeni gdzieś w przestrzeń, często z makabrycznymi ranami, które są pamiątkami po rodzaju śmierci jaka ich spotkała. Z kolei samo „trupie światło” przebijające się przez skórę, od pierwszej chwili skojarzyło mi się z Pennywisem, i formami jakie przybierał, objawiając się bohaterom powieści „TO”. No i oczywiście najważniejsza kwestia, jaka pada z ust czegoś z czym walczy Jamie: „Zagwiżdż, a przyjdę do ciebie” – nie można nie zobaczyć zbieżności z innym grozowym tekstem, klasyka M.R. Jamesa – „Przyjdę na twoje wezwanie, mój chłopcze”. Pewnie jest tego więcej, ale nie skupiałem się na porównaniach, wspominam tylko o tych, które pojawiały się u mnie na bieżąco, podczas lektury.

Oprócz niewątpliwie pierwszoplanowej grozy, King pokazał, że dobrze czuje się także w kryminale, bo spora część „Później” to doskonały przykła­­d powieści kryminalnej, momentami nawet sensacyjnej. Cała rola Liz, policjantki z którą związana była matka Jamiego, to nic innego jak porcja solidnego, klasycznego kryminału – są narkotyki, brudne gliny, śledztwa, bomby i zwroty akcji, powodujące co najmniej solidne podwyższenie pulsu 😉. Dodałbym jeszcze do tego kociołka szczyptę powieści obyczajowej, bo i tego tu nie brakuje. We wspomnieniach chłopaka, często możemy dostrzec jego delikatność, momentami subtelność. Szacunek wobec matki czy chociażby emerytowanego profesora Burketta, który odegrał w życiu małego Conklina niezwykle ważną rolę, przemyślenia, decyzje jakie podejmował, dobitnie pokazują, że nie jest to typowy nastolatek, którego myśli kręcą się jedynie wokół dziewczyn, gry na konsoli czy sportu – oczywiście nie stronił od tego, ale jego „dar” ukształtował nie tylko jego dzieciństwo, ale i psychikę. Czy pozytywnie czy nie, to już inna sprawa. King bardzo mocno podkreśla i uwypukla wszelkie uczucia jakie targają Jamie’m – od miłości do matki, poprzez strach związany z całą sytuacją Bombiarza w którą wplątuje go Elizabeth, aż po smutek, którego w tym dzieciaku jest zdecydowanie zbyt dużo.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że nie jestem wielkim fanem Kinga. Chociaż może to trochę krzywdzące… w sumie jestem fanem, ale wybiórczym. Uważam, że dużo lepiej niż horrory, wychodzą mu książki obyczajowe czy też dramaty, w które wplata wątki horrorowe lub nadnaturalne. Taki miszmasz mamy też w tym przypadku, i moim zdaniem jest to bardzo solidne czytadło. Krótkie jak na możliwości Kinga, 380 stron w papierze, chociaż u mnie na czytniku było ich 260. Widać od razu, kiedy Stephen rezygnuje z tego, z czego niewątpliwie jest najbardziej znany – wielowątkowości, mnogości bohaterów oraz soczystych i obfitych opisów wszystkiego wokół. Książkę pochłania się jednak bardzo szybko i przyjemnie – jest jak opowieść przyjaciela, usadowionego wygodnie przy buzującym ogniem kominku, jak reportaż z wojennego frontu – wciąga od pierwszego zdania i wypuszcza dopiero kawałek za epilogiem. I chociaż sama końcówka rozczarowuje, bo spodziewałem się czegoś więcej, może nawet finału rodem z „Łowcy Snów”, to generalnie jestem zadowolony i mam nieodparte wrażenie, że to nie są ostatnie przygody Jamiego, jakie dane nam było poznać…


"Przesmyk" - Marek Zychla.

„Przesmyk” – Marek Zychla.

Będzie sporo spojlerów, bo ta książka po pierwsze zasługuje na głębszą analizę, a po drugie, nie bardzo da się ją opisać, bez ujawniania treści.

Już sam tytułowy Przesmyk, może być odbierany na wiele różnych sposobów i odgrywać kilka ról w całej powieści. Począwszy od najprostszej, wydawałoby się najbliższej nam rzeczywistości – jest miejscem gdzie dochodzi do potwornego, okrutnego czynu, zmieniającego całe dalsze życie głównych bohaterów. Możemy jednak zgłębić nieco temat i dojść do pewnych wniosków, że być może Przesmyk jest wąską furtką do innej, nieznanej rzeczywistości. Że może być również katalizatorem wydarzeń, których efekty sięgać będą daleko w przyszłość. Że bez niego nic by się nie wydarzyło, a droga pewnych osób mogłaby nigdy nie dojść do zaskakującego finału opisanego przez autora. A skoro mamy tak wiele ścieżek którymi mogą udać się nasze myśli, analizując sam Przesmyk, to pomyślcie sobie, że tak samo wypadałoby postąpić z resztą historii, z jej bohaterami -pierwszo i -drugoplanowymi, z miejscami, z odczuciami, z uczuciami, z całą otoczką, która choć brzydka, przykra, depresyjna, jednostajna i szara, kryje w sobie dużo więcej, niż widzimy na pierwszy rzut oka.

Postaciami, które złączył Przesmyk, są Kuba i Marzena, alternatywnie nazywani Młodym i Lochą. Mieszkają w bliżej nieokreślonym mieście, na wielkim, smutnym betonowym osiedlu. „Złączył”, to idealne słowo, bo Marek Zychla opisuje ich dalsze życie w swoistej jedności, tak jakby scalili się wtedy zarówno fizycznie jak i psychicznie – zsynchronizowali myśli i ciała, złączyli i razem przemierzali puste, brudne i pachnące wanilią uliczki osiedla. Osiedla otoczonego dziwnym murem z ciał mieszkańców, którzy zmarli lub zbliżyli się zanadto do granicy, której przekraczać nie wolno. Mur jednocześnie jest, i nie jest murem, ma prześwity, osnuty jest mgłą, przez którą od czasu do czasu dostrzec można po drugiej stronie olbrzymie, ruchome kształty. Locha od pamiętnego spotkania w Przesmyku, opiekuje się Młodym, wprowadza go w życie, sprawuje nad nim pieczę, i chroni przed wszelkimi zagrożeniami. A Locha ma posłuch na osiedlu – wyrobiła sobie pozycję niepisanej królowej tego skrawka świata, pełnego głodu, brudu i alkoholizmu. Tysiące pustych, niszczejących mieszkań, brak Internetu oraz innej łączności ze światem powoduje, że ludzie zamiast zadawać pytania, godzą się na taki los, a żeby było lżej – piją na umór. Młody jest osobą wycofaną, spokojną i ustępliwą – czyli dokładnym przeciwieństwem Marzeny. Ona jest władcza, brutalna i nieprzyjmująca sprzeciwu. Dogadują się jednak, dzielą jedno ciało, a umysły sterują nim na zmianę – kiedy jedno śpi, drugie rozmyśla i spaceruje, przy wtórze dźwięku postukiwania nieodłącznej drewnianej laski. Dziesiątki bójek, zadym, a także spasione cielsko Lochy, nie poradziłoby sobie bez niej. Mimo przytłaczającej ich nudy, marazmu, zlewających się i mylących ze sobą takich samych dni, starają się jakoś funkcjonować, a ich życie w dużej mierze opiera się na wspólnych rozmowach, wymianie poglądów i ocenianiu innych.

Lecą tygodnie, miesiące i lata, aż w końcu pewnego dnia Młody chce czegoś więcej, chce odpowiedzi na pytania, chce poczuć i zrozumieć co dzieje się z osiedlem, będącym całym znanym mu światem. Krążą na nim dziwne historie o żółtym świetle i tajemniczych istotach, mających kolorowe włosy. Istotach pochodzących nie z Ziemi, a niezbadanych odmętów kosmosu…

Brzmi chaotycznie i dziwacznie? Bo taki jest „Przesmyk” – mimo, że to „tylko” 150 stron, Markowi udało się na nich zmieścić potężnie sugestywną historię, którą rozpatrywać można na rozmaite sposoby i na wielu poziomach – od oczywistych i banalnych, aż po te totalnie odjechane i niewiarygodne. Choć Marek w zasadzie na finiszu powieści tłumaczy czytelnikowi bardzo dużo, czego według mnie nie powinien robić, to nie ujmuje to „Przesmykowi” smaku, dziwności i chęci zgłębienia i analizowania przeżyć Młodego i Lochy, na długo po skończeniu czytania. Widać w tej powieści ogromną ilość przemyśleń autora, widać że pewne jego przeżycia i doświadczenia bardzo mocno wryły się w psychikę, i stały zalążkiem potrzeby wyrzucenia z siebie niemałej porcji uczuć i wrażeń. A, że Marek ma piękny dar pisania w nieoczywisty sposób, to dobrze, że te przeżycia trafiły właśnie na niego 😉

Autor „Przesmyku” wodzi czytelnika za nos, przeskakuje między rzeczywistościami, podpowiada rozwiązania, steruje, ale robi to tak subtelnie i z takim wyczuciem, że wręcz nie sposób się w tych „puszczanych oczkach” połapać. To powieść bardzo smutna, a robi się jeszcze smutniejsza, kiedy dojdziemy do pewnych wniosków, bo wydaje mi się, że dobrze rozwikłałem to, co Marek chciał czytelnikowi przekazać i co zaserwował w fenomenalnie weirdowym stylu. Kręcąc, szokując, onieśmielając, a na końcu pokazując, że poszliśmy zupełnie inną ścieżką, a finał całej historii wbija nas w fotel i powoduje opadnięcie szczęki do podłogi.

Nie ma tu oczywistej grozy, chociaż dla mnie przerażające są wnioski jakie wyciągnąłem z lektury. Przerażające, ale i niezmiernie pociągające. Zawsze bowiem interesowała mnie i fascynowała ludzka psychika, umysł, wyobraźnia i procesy chemiczne, które mogą z nas stworzyć zarówno osobę nieskończenie dobrą, jak i seryjnego mordercę, pozbawionego empatii i będącego złem w czystej postaci. Podobnie rzecz się ma z chorobami psychicznymi. Niezmierzona wyobraźnia, w połączeniu ze schorzeniem może stworzyć nam alternatywne życie, inny świat, ludzi, przeżycia i wspomnienia. Możemy przeżywać przygody, rozmawiać, analizować, poznawać, tracić, a nawet umierać – a tak naprawdę wszystko to nie ma miejsca, dzieje się w ciszy, pomiędzy głębokimi oddechami, spokojnie ułożonego na szpitalnym łóżku ciała…

Nie dajcie się zwieść, czytajcie ze skupieniem i uwagą, bo tylko wtedy uda wam się wyciągnąć z tej historii to, co autor chciał abyśmy z niej pozyskali. Dziwcie się, dajcie się porwać, otwierajcie szeroko oczy, rozmyślajcie i podążajcie ścieżkami, które wykreował dla was Marek. A potem, po skończonej lekturze, zastanówcie się jakimi cudem udało mu się tak was zmanipulować, oszukać i wyprowadzić na manowce?

A najlepsze będzie to, że nie poczujecie złości, a wdzięczność i chęć uściśnięcia mu dłoni i podziękowania, że zdecydował się kiedyś, dawno temu, usiąść przy biurku i oddać w słowach część swoich przeżyć i przemyśleń. Chciałbym napisać więcej, ale po prostu nie mogę – i tak mam wrażenie, że obnażyłem zbyt dużo, a nie chciałbym abyście stracili przez mnie choć cząstkę magii, którą udało się autorowi w tej książce przemycić.


"Rodzina z domku dla lalek" - Hill House.

„Rodzina z domku dla lalek”.

Nowa na naszym rynku komiksowym seria „Hill House”, którą wymyślił i w którą tchnął życie Joe Hill, wydawana w Polsce przez EGMONT w ramach DC Black Label, liczy sobie póki co dwa tytuły: „Kosz pełen głów” oraz „Rodzina z domku dla lalek”. I to właśnie po lekturze tego drugiego komiksu jestem, napiszę Wam więc o nim kilka słów.

Akcja dzieje się w dwóch liniach czasowych, w których częściowo występują ci sami bohaterowie, a częściowo mamy do czynienia z ich dalekimi krewnymi lub potomkami, zależy jak na to spojrzeć. Większość przygód dzieje się więc raz w XX wieku, by po chwili zabrać czytelnika w podróż w czasie do pierwszej połowy wieku XIX. Akcja i główny trzon historii skupia się wokół rodziny Kentów, a rozpoczyna ją, w 1826 roku Joseph Kent i jego tajemnicze znalezisko. Mężczyzna podczas wykonywania pomiarów gruntu natrafia na nieoznakowaną na żadnej mapie jaskinię, a ciekawość i chęć jej eksploracji doprowadza go do ogromnej pieczary, w której natyka się na piękną i zmysłową kobietę. Efekty tego spotkania wpłyną na bardzo wielu ludzi i ukształtują życia kilku kolejnych pokoleń Kentów, a także innych rodów.  Główną bohaterką części „teraźniejszej” jest Alice Kent, która otrzymuje na swoje szóste urodziny misternie wykonany i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, drewniany domek dla lalek. Podczas zabawy dziewczynka odkrywa, że małe figurki nie są jedynie zabawkami, a czymś zdecydowanie więcej. One żyją, i podobnie jak sam domek, pragną aby Alice dołączyła do nich i stała się częścią rodziny. Za pomocą magii, dziewczynka może zmniejszać się i towarzyszyć swoim nowym przyjaciołom w ich życiu i harcach. Rodzina z domku dla lalek przyjmuje ją z otwartymi ramionami i z ogromną serdecznością. Alice, której prawdziwe życie nie jest usłane różami, chętnie i często wraca do zabawkowego domu, nie podejrzewając nawet, że nie jest on do końca tym czy się wydaje, że ma także swoje mroczne oblicze. Oblicze, które coraz mocniej wpływa zarówno na małą dziewczynkę, jak i jej realne życie. Dom przewija się na różnych jego etapach i bardzo wpływa na Alice i jej decyzje. Najczęściej niestety jest to wpływ negatywny, ale zdarzają się momenty, że kobieta może pewne sprawy dzięki niemu poukładać i naprawić. Kiedy, wiele lat później, potężne niebezpieczeństwo zaczyna zagrażać zarówno jej, jak i ukochanej córce Uno – Alice postanawia wziąć sprawy we własne ręce, dowiedzieć się czym jest domek dla lalek, i dlaczego to akurat na niej tak bardzo mu zależy. Wydawać by się mogło, że to opowieść rodem z klasycznej fantastyki, kojarzy się na pewno mocno z „Alicją w krainie czarów”, ale tak naprawdę jest to historia o odwiecznej walce przepotężnych sił, dla których nasz świat, Ziemia, jest tylko kolejną areną i miejscem starcia. Dla których czas i przestrzeń nie stanowią żadnej bariery, a ludzie znaczą mniej niż drobinki pyłu. Walka ta, nierozstrzygnięta od wieków ciągle trwa, zmienia jedynie swoją formę, dostosowuje się do otaczających ją aktualnie warunków. Ludzie służą bóstwom i demonom jako narzędzia do przechylenia szali zwycięstwa na swoją stronę, wykorzystują ich słabości, uczucia, rozterki i pragnienia jedynie do tego, aby zwyciężyć. Widzę tu lekki ukłon w stronę mitologii stworzonej przez Lovecrafta, w której również mamy wszechpotężne i wszechobecne byty, z których obecności często nie zdajemy sobie sprawy, a które wpływają na naszą psychikę, życie i uczynki, kształtując je pod swoje dyktando.

Mimo, że jest to historia w gruncie rzeczy prosta i zamknięta, czyta się ją dobrze. Momentami nieco przeszkadza zbyt duże nagromadzenie skoków w czasie i retrospekcji, ale ani nie ma zbyt wielu bohaterów ani miejsc akcji, więc połapać się w tym wszystkim nie jest trudno. W budowaniu klimatu ogromną zasługę ma przede wszystkim Vince Locke, który odpowiada za rysunki, ale także Peter Gross, który przygotował poszczególne plansze według scenariusza Mike’a Careya, znanego z całą pewnością fanom komiksów ze świetnie przyjętych serii „Lucyfer” czy „Pandora”. Postaci stworzone przez twórców szybko wzbudzają odpowiednie uczucia. Podoba mi się ta lekko „rozmazana” kreska i mnóstwo gry cieniami. Warte odnotowania są też bardzo klimatyczne zdjęcia rozdzielające poszczególne rozdziały. Sceny walk, których jest całkiem sporo, narysowane są dynamicznie i łamią klasyczny podział kadrów, co wprowadza nieco kontrolowanego chaosu i powoduje, że faktycznie czytelnik może poczuć się nieswojo. A jak już jesteśmy przy strachu, to wszelkiej maści fani grozy mogą się za ten tytuł spokojnie zabierać, ponieważ horroru wszelakiego tu nie brakuje. Mamy potwory, tajemnice, sporą dawkę fantastyki, a same wyobrażenia dwóch ścierających się od eonów potężnych sił, wyczerpują zdecydowanie definicję rysunku grozy.

Nie jest to komiks długi, ale ta godzina przy nim spędzona, to czas zdecydowanie dobrze wykorzystany i pozwalający na wczucie się w klimat i całą historię zmagań Kentów ze złem. Delikatne światło, lampka lub szklanka czegoś dobrego, koc, i można oddać się przyjemności obcowania z tajemniczymi siłami, które powołały do życia dom dla lalek, a w jego pokojach i korytarzach uwięziły małe ludzkie sylwetki, pragnące jedynie spokojnego życia, ale także magię i strach, czające się od dawien dawna w Czarnym Pokoju, do którego drzwi znikają i pojawiają się niespodziewanie w przeróżnych częściach tego dziwnego domostwa, powstałego w naprawdę oryginalny sposób…


"Dom Pokuty" - Peter Tomasi & Ian Bertram.

Historia Sary Winchester i jej domu którego nie przestawała budować aż do śmierci, posiada ogromny potencjał, i aż dziw, że nikt do tej pory nie pokusił się o stworzenie o tym ciekawej powieści graficznej. A przecież wszystko podane jest jak na tacy – wystarczy wrzucić nieco klimatu, trochę strachu, nutkę nadnaturalności i mamy gotowy produkt. Dokonali tego dopiero panowie Peter Tomasi i Ian Bertram, twórcy „Domu Pokuty”. Czy im wyszło – zobaczmy…

Dom Pani Winchester istnieje naprawdę i faktycznie budowany, rozbudowywany i zmieniany był przez jego właścicielkę przez 38 lat (!), aż do jej śmierci w 1922 roku. Sara sama kierowała wszelkimi pracami, zlecała nowe zadania robotnikom, zmieniała, wyburzała i dobudowywała ich rękami nowe skrzydła, aranżowała stare, i tworzyła na nowo pokoje, przedsionki, piwnice i wieżyczki. Aż do wielkiego trzęsienia ziemi, które miało miejsce w San Francisco w 1906 roku, dom posiadał aż siedem pięter. Obecnie dom ma cztery piętra, posiada 160 pokoi, 40 sypialni i 10.000 szyb okiennych. Podobno właścicielka miała w zwyczaju codziennie nocować w innym miejscu (mało prawdopodobne, ale jakże sugestywne). Patrząc na liczby, trzeba przyznać, że wdowa po Williamie Winchesterze miała fantazję i oczywiście fundusze na takie życie. Odziedziczyła po zmarłym mężu 20 mln dolarów oraz ponad 50% udziałów w firmie Winchester Repeating Arms Company, co dawało jej dzienny przychód w postaci 1.000 dolarów (obecnie ok 26.000) – miała więc za co spełniać swoje zachcianki. Ale pani Winchester nie robiła tego bo jej się nudziło, albo była zblazowaną i rozpuszczoną młodą kobietą. Po śmierci męża i jedynej córki, co miało miejsce w odstępie sześciu miesięcy, Sara popadła w marazm i depresję. Zaczęła interesować się okultyzmem, chodziła do zaprzyjaźnionego medium, i to od niego dowiedziała się, że utrata rodziny może być karą za działalność firmy Winchester, a duchy ludzi zabitych z karabinów tej marki, pragną zemsty i zadośćuczynienia. Sara wyprowadziła się więc z New Haven w stanie Connecticut, osiadła w San Francisco i zaczęła swój projekt życia. Według popularnej legendy, medium powiedziało wdowie, że dopóki będzie rozbudowywała swój nowy dom, a duchy będą miały gdzie przebywać, ona sama nigdy nie umrze…

Historia zdecydowanie działająca na wyobraźnię i będąca doskonałym przykładem zobrazowania tragedii młodej kobiety, ale jednocześnie dająca autorom komiksu ogromne pole do popisu, co panowie skrzętnie wykorzystali. Każda ze stron „Domu Pokuty”, aż promieniuje kolorami, mimo że to w zamyśle horror i wydawałoby się, że najodpowiedniejszymi kolorami są czerń, szarość i ich pochodne, tutaj klimat budowany jest właśnie za pomocą barw. Feerii barw. Właśnie ich dobór, a także styl kreski w „Domu Pokuty” warte są podkreślenia. Dziwnie wypaczone twarze wszystkich bohaterów, kontrastują dość mocno z prostymi, równiutkimi ścianami domostwa, które często pokazane na jednym kadrze zwracają uwagę na drugi plan, w którym pokazany jest dom, górujący nad bohaterami i przytłaczający ich swym ogromem. Wzrok czytelnika błądzi po wieżyczkach, balkonach, murach i krzywiznach dachów, by po chwili wrócić do pierwszego planu i zagłębić się w odczuciach i przeżyciach postaci. Ma to swoistą głębię i bardzo mi się podoba. Często dom wręcz „wpycha” się do pierwszego rzędu bohaterów, spychając ich samych gdzieś na bok.

Robotnicy, którzy pracują non stop w domu, nie są zwykłymi rzemieślnikami. To mordercy, rabusie i złodzieje, których dom przyciąga i którzy poprzez swoją ciężką pracę, chcą w jakiś sposób odpokutować swoje winy. Pewnego dnia do domu trafia Warren Peck, płatny zabójca, człowiek dla którego odbieranie życia to chleb powszedni, ale jednocześnie gdzieś w środku również osoba o dużej wrażliwości i empatii (skomplikowane i nieco wykluczające się, ale tak go odbieram). Poznaje on powoli zasady panujące w rezydencji, jej tajemniczą historię oraz samą właścicielkę, która wydaje się być opętana ciągłymi zmianami, nadzorowaniem budowy, a przede wszystkim faktem, że w domu nigdy nie może panować cisza. Słychać więc, ciągle i nieustannie, stukot młotów, odgłosy burzenia, szurania, przestawiania i pokrzykiwania robotników. Świetnie zostało to narysowane przez Iana Bertrama. Z początku nie rozumiałem co oznacza „BLAM” poukrywane na co drugim kadrze obrazującym dom i jego otoczenie, ale musze przyznać, że wraz z lekturą, zacząłem te uderzenia młotów wręcz słyszeć. Świetny zabieg, dodaje wielowymiarowości całej historii i angażuje w czytanie kolejny zmysł czytelnika. Nieczęsto bowiem czytając komiks słyszymy jakieś dźwięki, wykreowane przez jego twórców, które materializują się w naszej wyobraźni.

Kolejną rzeczą, która doskonale buduje klimat i potwierdza, że dom przepełniony jest złem, śmiercią i duchami, są dziwne czerwone macki które widzimy dosłownie wszędzie, wdzierające się przez podłogi, okna, oplatające bohaterów i pojawiające się często w snach Sary oraz Pecka. Szybko domyślicie się czym są, i że ich obecność wszędzie, jest zdecydowanie uzasadniona i w zasadzie niezbędna.

Ale w moim odczuciu groza tu pokazana nie jest kwintesencją całej historii, a jedynie pomaga ją zbudować i właściwie ukierunkować czytelnika. Trzonem historii jest samotność i żal, ogromne nagromadzenie negatywnych emocji, które wpływają na Sarę, i które w połączeniu z fascynacją okultyzmem i radami medium, tworzą w jej umyśle niekończące się retrospekcje śmierci i straty. Kobieta nie potrafi pogodzić się z tym, że jej najbliżsi odeszli na zawsze, stara się w jakiś sposób przywrócić ich do życia, rozmawiając z nimi, śniąc o nich czy trzymając blisko siebie ich rzeczy. Jest to zdecydowanie niezdrowe zarówno dla psychiki jak i zdrowia fizycznego pani Winchester. Popada ona w paranoję, ma omamy i halucynacje przepełnione złem, krwawymi obrazami i strachem. Nierzadko nieustający huk młotów przeplata się z krzykami właścicielki domu, pogrążonej w rozpaczy i traumie.

Swoją drogą, to mogło mieć miejsce naprawdę, i wyobraźcie sobie, że jest początek XX wieku, pracujecie przy tak absurdalnym i wymagającym projekcie, chodzicie po ciemnych korytarzach i pokojach, i co chwilę słychać dziwne krzyki, a echo niesie je przez domostwo w każdym kierunku…brrr.

Nie chcę streszczać całej historii, bo co prawda jest prosta i nieskomplikowana, ale czyta się ją wybornie. Jest zwarta, prowadzona konsekwentnie i zamknięta tak jak należy. Pokazywanie różnych obliczy szaleństwa wyszło autorom perfekcyjnie. Bardzo podoba mi się systematyczność, z jaką pokazują pogrążanie się w nich Sary Winchester, a z drugiej strony, dla zrównoważenia, mamy postać Warrena Pecka, silnego, „prawdziwego mężczyzny” z tamtych czasów, przepełnionego własnymi demonami, ale nie porzucającego innych w potrzebie. Nieco romantyzmu w komiksie także znaleźć można. Uważam, że to jeden z najlepszych horrorów komiksowych jakie dane mi było poznać. Ale nawet jeśli nie przepadacie za rysowaną grozą, ta historia jest tak plastyczna i ma w sobie to „coś”, że i tak warto po „Dom Pokuty” sięgnąć. Dziękuję przy okazji Wydawnictwu KBOOM, za podesłanie mi wersji z limitowaną okładką. Świetna zawartość opakowana jest tutaj w duży format i twardą oprawę – wydanie jest solidne, ciężkie i wyróżnia się na półce. Jest doskonałym uzupełnieniem historii w nim zawartej. Historii o niepowetowanej stracie, bólu rozrywającego człowieka od środka, ciemności czającej się w umyśle, i duchach, które są jednocześnie tłem historii, ale i jej fundamentem – bez nich, bez wątku paranormalnego, dzieje pani Winchester, z całą pewnością potoczyłyby się zupełnie inaczej.


Michele Penco - "Koszmary".

75 stron, 4 opowiadania, za których scenariusz i oprawę wizualną odpowiada Michele Penco. Coś na co zdecydowanie warto zwrócić uwagę i wziąć na warsztat. Fani Lovecrafta, mroku, weirdu i niepokojących czarno-białych kadrów z pewnością nie poczują się zawiedzeni. Jedyny zarzut może brzmieć: „dlaczego tak mało?!” Ale o tym w podsumowaniu.

Pierwszym ogromnym plusem zaraz po otwarciu komiksu, jest w moim odczuciu wstęp Patricio Valladaresa, chilijskiego reżysera, scenarzysty i twórcy komiksowego. Jest idealnie wyważony, treściwy i pokazujący jak wielką estymą autor darzy innego twórcę, a także jego następców. Wspomina, oprócz oczywiście samego Michele’a Penco, również Johna Carpentera i Joe Hilla, którzy swymi filmami i komiksami, oddali swego rodzaju hołd Cieniowi z Providence. Hołd jak najbardziej zrozumiały, bo bez Howarda Phillipsa Lovecrafta, nie byłoby horroru kosmicznego, a na pewno nie byłby on tak ciężkim, smutnym i przerażającym jak ten, którego twórcą był właśnie najsłynniejszy mieszkaniec Providence.

Kiedy, jako nastolatek zaczynałem poznawać twórczość Lovecrafta, miałem wrażenie, że podczas lektury brnę zanurzony po pas w gęstym śluzie. Czytając powoli i uważnie, dosłownie należałoby mieć obok siebie ręcznik i butelkę wody, bo lektura chociażby pierwszego wydania „Zewu Cthulhu” to była mordęga, ale i ogromna czytelnicza satysfakcja. Nigdy wcześniej ani później, nie miałem aż takiego efektu „wow” po skończeniu książki. Ten zbiór dosłownie ukształtował mnie literacko, uplastycznił wyobraźnię i spowodował, że od 20 lat jestem absolutnym i wiernym fanem Mitologii Cthulhu, gęstych, soczystych opisów i tej wiecznie otaczającej nas grozy, którą zawiadują istoty nieskończenie potężne, dla których nie jesteśmy niczym więcej, niż kurzem na mackach czy kopytach. Ta oniryczność, możliwość zerknięcia poza błonę otaczającej nas rzeczywistości, posmakowanie kompletnie nieznanego wcześniej rodzaju strachu, jest bezcennym darem Mistrza z Providence dla nas, kolejnych pokoleń zafascynowanych jego twórczością i wyobraźnią.

I Michele Penco zbiorem „Koszmary”, wydanym nakładem Wydawnictwa Mandioca pokazuje, że do powyższej grupy szaleńców zdecydowanie się zalicza. Te cztery, krótkie historie doskonale obrazują to, co Lovecraft chciał w swoich tekstach przekazać. Że to co widzimy, niekoniecznie musi być prawdziwe, że potwory istnieją, a wokół nas działają siły, z którymi nie warto zadzierać, ani nawet wiedzieć o ich istnieniu. Dla dobra swojego zdrowia, zwłaszcza psychicznego.

Już pierwsza historia - „Autoportret”, doskonale pokazuje nam, że powinniśmy się dobrze zastanowić, zanim zaczniemy interpretować otaczającą nas rzeczywistość. Że być może to co, i jak widzimy, wcale nie musi być prawdziwe i realne. Można też zastanowić się, czy malarze nie są swego rodzaju magikami, pokazującymi nam poprzez swoje prace jak widzą świat lub może nawet mają jakiś specyficzny dar, umożliwiający kształtowanie go… ? A może rozwiązaniem zagadki tej graficznej nowelki jest to, co mnie osobiście chyba najbardziej w grozie przeraża – że istnieją nieskończone światy równoległe, a ich rzeczywistości przeplatają się z naszą? Że są miejsca, w których granica się zaciera, a w odpowiednich momentach między-wymiarowa błona przerywa się, wpuszczając do naszego świata coś zza niej? Lub podmieniając? A potem nie jesteśmy w stanie właściwego świata odnaleźć i przez wieczność błąkamy się po innym…

„Miasto nad oceanem” to ukłon w stronę jednego z najlepszych opowiadań Lovecrafta – „Widma nad Innsmouth”. Pewien mężczyzna w wyniku awarii autokaru którym jechał, zmuszony jest zostać jedną noc w pewnym nadmorskim miasteczku. Obskurne, brudne i zniszczone, wyludnione i ciemne – tak najlepiej opisać miejsce w którym dzieje się akcja tej historii. Mężczyzna jednak czuje wewnętrzny niepokój, coś mu tutaj nie gra, wydaje mu się, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo, choć nie potrafi zlokalizować ani jego źródła ani nikogo, kto chciałby mu z jakiegoś powodu zagrozić. Przynajmniej do czasu, ponieważ ciszę nocy zaczynają przerywać dziwne dźwięki, skrzypienie i człapanie, powoli zbliżające się do jego hotelowego pokoju…

Żałuję, że potraktowano jedno z kanonicznych dzieł Mistrza tak pobieżnie, akcja urywa się tak, jakby autor wstał rozprostować kości i zrobić krótką przerwę w pracy, a potem już nigdy nie powrócił do tematu. Wielka szkoda, bo uwielbiam Innsmouth, jego mieszkańców i ich tajemnice. Mam wrażenie, że to takie trochę badanie terenu przez Penco, na zasadzie: „co ludzie powiedzą”. Mam nadzieję, że wróci do tego projektu i pociągnie go zdecydowanie dalej, bo widać, że „czuje” te klimaty, warsztat i poczucie smaku również ma na wysokim poziomie, moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś wydać wielkie, czarno-białe tomiszcze historii inspirowanych Lovecraftem.

„Model” koresponduje nieco, moim zdaniem, z „Horrorem w muzeum”. Z tym, że tutaj ponownie mamy malarza, niedocenionego przez pewną galerię, i zmuszonego tworzyć w zatęchłej i mrocznej piwnicy. Twórca ów, ma wiernego fana swoich prac, którego pewnego dnia przyprowadza do swej specyficznej pracowni, aby pokazać mu swoje najnowsze dzieło. Miejsce to, ponure i ciemne, kryje w sobie pewien sekret. Sekret, będący jednocześnie furtką do odpowiedzi na pytanie, skąd artysta może czerpać inspirację…

I tu także jestem zawiedziony długością historii. To powinno być dopiero preludium, bo wzbudza zainteresowanie i czytelnik chce zdecydowanie więcej! To podwaliny pod świetne graficzne opowiadanie, widzę tu ogromny potencjał. Ale niestety, kiedy już ślinka nam pocieknie, obracamy rozgorączkowani kolejną stronę, by dowiedzieć się co dalej – koniec :(.

Ostatnim opowiadaniem zbioru jest „Postać ze snów”. Najdłuższe i z największymi możliwościami „rozwoju”. Fantastycznie niepokojący klimat, historia w nim opowiedziana ocieka oniryzmem, ciężko połapać się co wydarzyło się naprawdę, a co jest jedynie senną marą głównego bohatera, którego fragmenty dziennika czytamy. Odnalazł je jego przyjaciel, kiedy udał się na poszukiwania naszego protagonisty, gdyż ten zniknął w dziwnych okolicznościach. Poznajemy więc historię niepokoju, koszmarów, tytułowej postaci ze snów i tajemniczego, zniszczonego przez czas domostwa na odludziu, w którym przychodzi naszemu bohaterowi spędzić upiorną noc. Kolejny raz jestem jednocześnie zadowolony i zdołowany, bo po lekturze całości upewniłem się finalnie, że Michele Penco zrobił wielki czytelniczy test. Narysował i napisał scenariusze do czterech opowiadań, ale wszystkie pozostawił z otwartymi zakończeniami, wręcz ucięte. Pełne niedopowiedzeń oraz już nawet nie uchylonych, a otwartych na oścież furtek. Ciekawe było to przeżycie, choć lektura zajmuje dosłownie niestety jedynie pół godziny. Tak jak pisałem, widzę tu ogromny potencjał, widzę zaangażowanie autora, i próby jak najwierniejszego oddania ducha Lovecrafta w swoich pracach, ale finalnie chyba jestem bardziej zły niż zachwycony. Niebezpieczne to są manewry, bo mogą zrazić potencjalnych odbiorców do twórczości Penco. Kupujemy komiks, w którym mamy cztery historie, ale tak naprawdę to większość pracy autor zrzuca na czytelnika. „Co dalej?”, „Ale jak to, już koniec?” etc etc. Finalnie uważam, że to nie jest dobry zabieg, i rzucanie takich niedopracowanych i niedokończonych prac, nie jest dobrym rozwiązaniem. Liczę na to, że inni też w ten sposób odbiorą „Koszmary” i wspólnymi siłami „zmusimy” twórcę do dania z siebie czegoś więcej, i traktowania fanów z należytym szacunkiem. Relacja twórca-odbiorca musi iskrzyć, oczywiście głównie pozytywnie, ale szpila od czasu do czasu również jest mile widziana i stawia do pionu.

Całe „Koszmary” w takiej formie, powinny być traktowane jako element CV i reklama czegoś większego. Wszystkie opowiadania zawarte w zbiorze w moim odczuciu, są jedynie próbkami możliwości Penco, a nie zamkniętymi pracami. Szkoda, bo miałem wielką chrapkę na ten komiks. Nie zawiodłem się oczywiście nawiązaniami do Lovecrafta, stylem, klimatem – to jest zdecydowanie na „5”, ale Michele strzelił sobie moim zdaniem w stopę długością swoich prac.


Uniwersum Sandmana - "Księgi magii" - EGMONT.

„Tylko dla dorosłych” – znaczek znajdujący się na dole tylnej części okładki kolejnego tomu komiksowego z Uniwersum Sandmana „Księgach Magii”, jest dla mnie zupełnie niepotrzebny. Ja bym wręcz rekomendował ten tytuł młodszym czytelnikom. Może nie dzieciom, bo niewiele zrozumieją, ale młodzież już jak najbardziej będzie miała frajdę z lektury. Nie ma tu wiele brutalności, nie ma krwawych scen, owszem zdarzają się nieco mocniejsze graficznie epizody, ale myślę, że mieszczą się w ramach tego, co młodzi ludzie powinni oglądać. A umówmy się, w dobie internetu, dostępność wszelkich dziwactw i rzeczy niestosownych jest ogromna i ograniczona jedynie chęciami i wyobraźnią szukającego. Tutaj wydawca odbiera sobie sam pewną część czytelników. A szkoda.

Bohaterem „Ksiąg magii” jest Tim Hunter, londyńczyk mieszkający jedynie z ojcem, ponieważ matka Tima zniknęła kilka lat temu, i o ile jego tata pogodził się z jej odejściem, chłopak nie daje za wygraną i próbuje na wszelkie sposoby uzyskać o niej jakieś informacje. Na pewno pomoże mu w tym fakt, że pewnego dnia jego nowa nauczycielka, Pani Rose, opowiada mu o pewnej przepowiedni, wedle słów której, Tim ma predyspozycje aby zostać najpotężniejszym czarnoksiężnikiem na świecie. W szarym i smutnym życiu szkolnego odludka i klasowej ofermy, taka informacja jest jak dar z niebios. Ale żeby tak się stało, Tim musi nauczyć się magii od podstaw, zaczynając od tajemniczej księgi podarowanej mu przez nauczycielkę. Ale jak to zwykle bywa, nie może być zbyt słodko. O chłopaku i jego zdolnościach wiedzą także siły zła, głównie w postaci Zimnego Płomienia, organizacji która nie cofnie się przed niczym, aby go powstrzymać. Tim jest jednak zmotywowany i powoli zaczyna przemieniać się z gnębionego i zaszczutego chłopaczka, w tryskającego potężnymi mocami młodego czarodzieja. Intryguje mnie również postać Hettie, bezdomnej dobrej znajomej Tima. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że odegra ona istotną rolę w życiu chłopca, a to jak siebie przedstawia, to jedynie teatrzyk dla ciekawskich oczu 😉

Poznając tę historię, bardzo szybko doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze: znajdziemy tu bardzo dużo zbieżności z Harrym Potterem. Główny bohater nie dość, że jest bardzo podobny wizualnie, to też na początku swojej magicznej drogi jest trochę ciamajdowaty i przygaszony przez innych. Towarzyszy mu również jak w przypadku postaci stworzonej przez Rowling, sowa. Co prawda odgrywa inną rolę, ale jednak jest to to samo zwierzę, a wybór mamy całkiem spory. Wątek poszukiwania matki także w jakimś stopniu pokrywa się z przygodami Harry’ego – tęsknota, chęć zobaczenia jej. W szkole pomaga i opiekuje się nim nauczycielka – uśmiech w stronę postaci Hagrida z serii Rowling. I pewnie można by tak wymieniać jeszcze długo. Po drugie: akcja gna szalenie szybko. Na 160 stronach poznajemy naprawdę sporą część całej historii, nie ma czasu na przestoje, nasz bohater uczy się i zdobywa nowe umiejętności w zastraszającym tempie, a oprócz tego nie brakuje akcji i walk. Widać również zmiany w jego charakterze i zachowaniu. Jak tak sobie o tym myślę, to uznaję to chyba za ukłon właśnie w stronę młodszych czytelników, bo jak wszyscy wiemy, młodzież nie lubi dłużyzn, nie ma czasu na całe strony rozmów, dywagacji i przekomarzań między bohaterami. Liczy się akcja! A to komiks zdecydowanie nastawiony na dynamikę i sporą dawkę przeróżnych dziwnych zdarzeń i sytuacji. Czekałem na jakieś mocniejsze nawiązanie do Sandmana, ale nie czuję tu tego onirycznego, sennego klimatu głównej serii stworzonej przez Neila Gaimana. Fajnie, że pojawiło się Śnienie – tutaj musze przyznać, że z ciekawością śledziłem losy Tima i ciekaw byłem jak odbierze ten świat i jak sobie w nim poradzi.

Podsumowując – „Dobór składu” to komiks na jedno posiedzenie, bo wciąga i czyta się go bardzo szybko. Grafiki stworzone przez Toma Fowlera świetne, doskonale dopasowane do klimatu historii. Podobnie jak kolory, uwydatnione zwłaszcza w świecie Śnienia, ale i w naszej rzeczywistości bardzo dobrze dobrane przez Jordana Boyda. Sama historia, której twórczynią jest Kat Howard jest niestety prosta, czerpie z popkultury pełnymi garściami, ale zarówno jej bohaterowie jak i sama akcja są przyjemne i zjadliwie podane.

Ciekaw jestem kolejnych przygód Tima, mam nadzieję, że scenarzystka nieco bardziej pogmatwa jego losy i wprowadzi więcej akcji do Śnienia, ale i bez tego na pewno sięgnę po następne tomy Uniwersum Sandmana, bo to po prostu przyjemnie spędzony czas.


Marcin Majchrzak - "Stacja".

Marcin Majchrzak – „Stacja”

Wszyscy fani horroru znają na pewno słynne sceny z „Silent Hill”, kiedy to z nieba sypie się pył, będący efektem wiecznego podziemnego pożaru. Czytając debiut Marcina Majchrzaka miałem podobne obrazy przed oczami. I to nie tylko dlatego, że akcja powieści dzieje się na „słynącym” z bardzo zanieczyszczonego powietrza Śląsku, ale głównie poprzez klimat jaki stworzył autor. Ciężki, duszny, smutny, szary i przesycony ludzkimi dramatami. Odnosząc to do powyższego filmowego kadru ja to widziałem podobnie, z tym, że zamiast płatków bladego pyłu, z nieba powinny lecieć maleńkie skrawki starego papieru, na których, jeśli ktoś zechciałby jakiś złapać i przyjrzeć mu się, zapisane byłyby maleńkimi literami: „marazm”, „beznadzieja”, „śmierć”. To była ciekawa lektura, bo wszystkie obrazy jakie wizualizował sobie mój mózg, były w różnych odcieniach szarości, brudne, lepkie i swoim brakiem jakichkolwiek innych kolorów, wysysające z czytelnika życiodajne soki. I to według mnie jest największy plus książki i coś, co ją wyróżnia z wielu innych, podobnych. Bo, umówmy się, historia oryginalnością nie powala, nie ma w niej szalonych twistów, nie ma w niej zbyt wiele klasycznej grozy. Tak naprawdę to jest opowieść o smutku, apatii, walce z samym sobą aby w ogóle wstać rano z łóżka. To hołd złożony jakiegoś rodzaju drętwocie umysłowej, zakorzenionej we frustracji, przygnębieniu i inercji. To opis walki z przeszłością i jej demonami. Tymi prawdziwymi, jak i wytworzonymi przez zbolały umysł i wyobraźnię. Choć oczywiście pewnej dawki grozy tutaj nie brakuje. Ale jest to według mnie jedynie tło. Jest to motor napędowy wszelkich działań głównego bohatera, Piotra – który po kilkunastu latach wraca do rodzinnego miasta, aby przygotować mieszkanie po swojej zmarłej matce do wynajmu, ale zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się coś innego, o czym postaram się napisać poniżej.

Piotrek nie chciał tu wracać, chciałby o tym miejscu zapomnieć, ale niestety życie rzadko daje nam okazje do spełniania swoich marzeń czy nawet zachcianek. Kiedy nasz bohater mieszkał jeszcze w miasteczku, doszło w nim do kilku tajemniczych śmierci i zaginięć. Prawie wszystkie dotyczyły niestety osób z jego najbliższego otoczenia. Mimo, że Piotr od zawsze był na uboczu, nie kumplował się z połową szkoły, nie był lubiany, to udało mu się znaleźć paczkę przyjaciół z którą spędzał każdą wolną minutę życia. Zwyrol, Petrol, Nastia, Gładki – ekipa wyrzutków, nie liczących się z niczyim zdaniem młodych ludzi, nie mających specjalnych celów ani marzeń. Bo jakie można mieć marzenia, pochodząc z małego, zapyziałego, brudnego i wiecznie smutnego miasteczka? Nawet jeśli się jakieś pojawią, są szybko gaszone przez otaczającą rzeczywistość i możliwości jakie człowiek w niej ma.  Jednak dzieciaki próbują jakoś żyć, uczyć się i urozmaicać sobie czas wyprawami w różne dziwne miejsca w okolicy. I tak też jest pewnego feralnego jak się później okaże dnia, kiedy to ekipa wybiera się do starej kolejowej nastawni, Chomiczówki. Miejsca dawno opuszczonego, zdewastowanego, pełnego niebezpiecznych miejsc, prętów wystających z ziemi i wszelkich możliwych pułapek wynikających z zapuszczenia i zapomnienia. Cała piątka nie wie jeszcze, że ta z początku niepozorna wyprawa wpłynie na całe ich życie i to w sposób często brutalny i wyniszczający. Tu zaczyna się groza, która otaczać ich będzie i wpływać na nich do końca życia. To będzie od tej chwili epicentrum wszelkiego zła i wszystkiego co najgorsze. Od tamtej pory wszyscy będą unikać tego miejsca jak ognia, podświadomie wyczuwając, że nie jest ono zwyczajne i to co czai się w jego murach, nie jest z tego świata…

Najbardziej tamtego dnia ucierpiał właśnie Piotr, stając się celem mrocznych i tajemniczych mocy, które zagnieździły się na terenie starej nastawni. A teraz chłopak, nie chcąc przeżywać dramatycznych wspomnień na nowo, nie bardzo garnie się do powrotu na stare śmieci, po trzynastu latach od opuszczenia domu. Ktoś jednak musi się tym zająć, jego ojciec niespecjalnie się do tego kwapi, bo od kiedy opuścił Piotra i jego matkę dawno temu, przeprowadził się do Australii i założył nową rodzinę, nie angażuje się w życie swojego pierworodnego. Piotr przyjeżdża więc, mając w planie szybkie załatwienie niezbędnych spraw i powrót do swojego życia. Nic bardziej mylnego – rodzinne miasteczko zasysa go momentalnie, powoduje całą paletę negatywnych odczuć, wrażeń, przywołuje traumę i powoli dobija mężczyznę smutkiem. Nie pomaga również fakt, że Piotr spotyka dość przypadkowo starą najbliższą przyjaciółkę, Nastię, co powoduje kolejne fale wspomnień. Dość niechętnie zaczyna się z nią spotykać i dużo rozmawiają o przeszłości. Okazuje się, że moc Zła przez tyle lat nie osłabła ani trochę, a przyjazd mężczyzny jakby wybudził je z letargu…

Historia opowiadana przez Marcina, toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy rok 2019 i przyjazd Piotra do miasteczka, z drugiej co chwilę wracamy do feralnego roku 2006, oglądamy retrospekcje i wizualizujemy sobie przeszłość głównego bohatera. To wszystko bardzo zgrabnie się przeplata i finalnie spaja w całość. Z tym, że finał można łatwo przewidzieć dużo wcześniej, bo Zło, które zagnieździło się w małym Śląskim mieście i jednocześnie w głowie Piotra, jest dość „proste” i niewyszukane. Szybko połapiecie się o co chodzi i jak to prawdopodobnie się skończy. Ale nie jest to wielki problem i absolutnie nie odbiera ani grama przyjemności z lektury. To fajna, choć przejrzysta historia o walce, ale też o odpowiedzialności i piętnie jakie przeszłość potrafi odcisnąć na człowieku. Powieść napisana jest bardzo dobrze, płynnie, gdzieniegdzie autor wplótł nawet pewne humorystyczne wątki, co dodatkowo dodaje weirdowego smaku całości. Wszyscy bohaterowie są wspaniale skonstruowani i wiarygodni, bardzo mocno się z nimi zżyłem, mimo że są od siebie tak naprawdę bardzo różni, łączy ich ten wewnętrzny smutek i życiowa beznadzieja.

I powiem wam, bo dość dużo o tej powieści sobie rozmyślałem, że cieszę się iż Marcin Majchrzak postanowił tak to wszystko poprowadzić i rozwiązać. Jest to opowieść z pozoru nieskomplikowana, ale można z niej wyciągnąć dużo więcej niż zostało napisane. Nie warto skupiać się na „grozie” i stawiać jej jedynie na półce z Mastertonem i Smithem. Jej moc to doskonałe współgranie ze sobą mroku i powieści tak naprawdę obyczajowej – nie boję się tego stwierdzenia! Według mnie mocą „Stacji” nie jest horror, a studium psychologiczne bohaterów. Ich rozmowy, relacje między sobą, dogryzanie, ale tak naprawdę świadomość, że oprócz siebie nie mają nikogo, odpowiadają moim wspomnieniom z czasów młodości. Pewnie dlatego książkę tak dobrze mi się czytało. Oczywiście Zło, które zagnieździło się w Chomiczówce ma decydujący wpływ na ich życia, ale dla mnie chyba ważniejsze jest to, że poznałem Piotra na wskroś, że jego lęki, ból, straty i ogólne życiowe niepowodzenia, nie zabiły w nim odpowiedzialności i cywilnej odwagi. Jakby spojrzeć na to z nieco innej perspektywy, to jest nawet powieść trochę super-bohaterska, powieść o sile charakteru i wewnętrznej chęci pokonania Zła, które wypaczyło i zniszczyło tak wiele osób, w tym i samego Piotrka.

Dobra rzecz, czytajcie, analizujcie i chłońcie ten ciężki, duszny i psychotyczny klimat małego, brudnego śląskiego miasta i jego tajemnic.

 


Edward Lee - "Miasto Piekielne".

„Miasto Piekielne” – Edward Lee

Edward Lee znany jest z tego, że za punkt honoru postawił sobie obrzydzenie czytelnikowi lektury jego książek maksymalnie jak się tylko da. Jego ekstrema, wyuzdana seksualność i dewiacje rozpalają zmysły kolejnych rzesz jego fanów od lat. Tym razem autor nieco zaskoczył, przynajmniej mnie, bo napisał powieść dość stonowaną, gdzie brutalność i niczym niezmącone okrucieństwo to aż trzeci plan. Co jeszcze dziwniejsze, główna bohaterka i jej przygody w Piekle, nie są w mojej ocenie wcale najważniejszym i najmocniejszym punktem tej książki. Jeśli macie chęć zanurzyć się w siarkę, plugastwo i wieczne potępienie, zapraszam do lektury (najpierw tej krótkiej recenzji, a potem oczywiście samego „Miasta Piekielnego!).

Powieść mi się podobała, czyta się ją bardzo lekko, mimo opisów jakie stosuje Lee, momentami dość „grubych”. Ale to całkowicie zrozumiałe, bo mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju literackim kombosem – nie dość, że autor lubuje się w ekstremie, to jeszcze pisze o Mefistopolis, czyli po naszemu – Piekle. A jak wszyscy wiemy, ani słodko, ani wesoło tam nie jest. Postaci wymyślone przez Edwarda są proste, nie nastawione na głębię, ot mają odgrywać przypisywane im role i tyle. Ciężko się z nimi utożsamić czy zżyć jakoś wyjątkowo. Są poprawnie zbudowane i dobrze wtapiają się w akcję. I tu trzeba dodać, że „Miasto” nie jest typowym horrorem. Na samym początku lektury tak uważałem, ale wraz z przewracaniem kolejnych stron moje zdanie się zmieniało. To właściwie bardzo konkretny misz-masz gatunkowy. Oczywiście grozy jest sporo, rzekłbym że jest szkieletem powieści, ale równie dużo mamy tu wątków fantastycznych czy wręcz rodem z rpg-ów. Akcja w przeważającej części dzieje się w domenie Lucyfera i to się czuje. Ja czytając ciągle miałem przed oczami widoki w kolorach żółci i pomarańczy, nieznośny skwar, brud, wszechobecny ogień i zagrożenie czyhające na bohaterów na każdym kroku. Czułem wręcz wyraźne ochłodzenie, kiedy Cassie wracała do realnego świata, przechodząc przez tajemne Martwe Przejście. Muszę wam przybliżyć nieco moją wizję Piekła, którą pielęgnuję i która strasznie podoba mi się od dawna – idealnie zobrazowane to zostało w filmie „Constantine” z Keanu Reevesem. Tak samo ja to sobie w głowie wizualizuję i przy lekturze nowej książki Edwarda, takie obrazy sprawdzają się doskonale.

Zdecydowanie najmocniejszym i najlepszym punktem programu jest właśnie sam opis Piekła. Poziom rozbudowania tego miejsca w wyobraźni autora jest niesamowity. Nie jest to jałowa pustynia czy jaskinie z kotłami, w których smażą się udręczone dusze. Piekło to stworzone przez Lucyfera doskonale prosperujące i usystematyzowane ogromne miasto. Takie wiecie – z ulicami, knajpami, burdelami, podzielone na dzielnice dla biedoty i dla tych lepszych. Chodzi się tam do pracy, mieszka i generalnie jakoś stara się „żyć”, przez wieczność będąc potępionym. Można zjeść w drogiej restauracji „ludzinę”, płacąc prawdziwymi kośćmi, które w Infernie mają wartość złota 😉

Fenomenalnie przedstawił autor klasowość i poszczególne poziomy piekielnego społeczeństwa. W pewnym momencie miałem mocne skojarzenie z Tolkienem, i mam wrażenie że Lee ciutkę sobie z jego wielkiego dzieła uszczknął, tworząc swojego rodzaju „Demoniczny Silmarillion” 😉. Powiem wam, że można się we wszystkich nacjach i nazwach wymyślonych przez autora, srogo pogubić na początku. Czarci Pomiot, Piekielnicy, Heksaklony, Dwulicowcy, Uszerowie, Haratacze, Golemy, Infernoty, Potwoperze, Widmoszczury czy Piekleszcze – a to tylko część z plugastwa jakie zamieszkuje Mefistopolis i na które możecie natknąć się tam, spacerując ulicą. I to właśnie wszelkie związki pomiędzy poszczególnymi rasami i sam fakt, że w uniwersum stworzonym przez autora istnieje zorganizowany Ruch Oporu, że są bojówki szlachtujące skazanych na wieczne potępienie na ulicach, że Piekło ma swoją walutę oraz telewizję, a także wielce oryginalny odpowiednik ziemskiej elektryczności – to wszystko powoduje, że powieść Lee jest bardzo oryginalna i czyta się to wszystko w wielkim zainteresowaniem. Dlatego pisałem wyżej, że dla mnie to jest trzonem i najistotniejszym argumentem, dla którego warto sięgnąć po ten tytuł. A to nie jest częste, że cała historia opisana w powieści przyćmiona jest przez coś, co powinno być w sumie tłem, a zdecydowanie wyrywa się na pierwszy plan i powoduje efekt „wow” u czytającego.

No dobra, ale o czym właściwie to „Miasto Piekielne” jest? Oprócz powyższego rzecz jasna 😉

Jest to historia rodziny Heydonów, a właściwie Cassie i Lissy Heydon, bliźniaczek które trafiają do tytułowego Miasta. Nie razem i nie z tego samego powodu, ale finalnie się tam spotykają. Lissa popełnia samobójstwo, a Cassie targana olbrzymimi wyrzutami sumienia udaje się w podróż po Mefistopolis, w poszukiwaniu siostry. A dowiaduje się o Piekle i prawach w nim rządzących od nowych przyjaciół, których poznaje w Blackwell Hall – ogromnej posiadłości, do której przeprowadza się z Waszyngtonu wraz z ojcem, aby ukoić zszargane nerwy i spróbować ułożyć sobie życie na nowo. Tymczasem los nie daje jej odpocząć i praktycznie od pierwszego dnia rzuca ją w wir tajemniczych, mrocznych i makabrycznych wydarzeń. Via, Hush i Xeke, to jedyne osoby które ją rozumieją i chcą pomóc. A kiedy dowiadują się, że Cassie jest naprawdę wyjątkową osobą, w ich głowach zaczyna rodzić się pomysł, którego realizacja może zmienić wszystko, łącznie z samym Piekłem… Oczywiście o planach dziewczyny i jej przyjaciół dowiaduje się sam władca Mefistopolis i dla niego Cassie także jest łakomym kąskiem, bo żywa osoba w Piekle nie zdarza się często. Pętla wokół naszych młodych bohaterów zaczyna się niebezpiecznie zaciskać, demony i przeróżne hybrydy depczą grupce po piętach, ale od czego jest magia i potężni sprzymierzeńcy? Nie chcę wam za dużo zdradzić, ale powiem tak: nie wszystkim w Mefistopolis podobają się rządy Lucyfera i są tacy, którzy chętnie zrzuciliby go z tronu i zaprowadzili nieco inne porządki. Wychodzi więc na to, że decyzja młodej Heydon o wkroczeniu na piekielne ziemie, tak czy siak pociągnie ze sobą srogie konsekwencje dla tego miejsca i zamieszkujących go stworzeń. I tu mamy kolejny duży plus dla książki. Konkretnie chodzi mi o warstwę „religijną” powieści, odwieczną i wszechobecną walkę dobra ze złem, która nawet w takim miejscu jak Piekło istnieje i toczy się nieustannie od wieków. To trochę jak zburzenie pewnego mitu, że w domenie Szatana nie ma miejsca na żadne przejawy dobra czy przyzwoitości.

Podsumowując – sporo grozy, całkiem dużo makabry, do tego solidna porcja dark fantasy, a wątek główny podróży i misji Cassie, spokojnie spełnia kryteria powieści przygodowej. Wyszedł z tego przyzwoity sos, zarówno dla smakosza samego Edwarda Lee, jak i dla kogoś kto chce jego literatury dopiero spróbować, a boi się rzucić od razu na głęboką wodę makabry. Bardzo przyjemnie spędzony czas, chociaż brakuje mi fajnych twistów i nieliniowości zarówno fabuły jak i poczynań bohaterów, bo idą jak po sznurku. Czasem sznurek ten się pali, czasem przyczepi się do niego kawałek mózgu albo wątroby, ale nic nie jest w stanie go zerwać ani nawet poplątać, a szkoda, bo powieść by na tym zyskała na pewno.

 


Tomasz Sablik - "Winda".

Tomek Sablik – „Winda”

Gdyby na Wikipedii można było rozwijać nieco bardziej definicje, to nowa powieść Tomasza Sablika, powinna znaleźć się w odpowiednim okienku jako idealny przykład opisu do hasła: „zasłona dymna”. Zainteresowani? To zapraszam 😊

Tytułowa winda zainstalowana jest w pewnej kamienicy w Bielsku-Białej. Budynek ten, mieszczący się przy ul. Emilii Plater 18 był i jest świadkiem wielu przerażających i niewyjaśnionych zniknięć lokatorów, tajemniczych i krwawych wydarzeń, których epicentrum wydaje się znajdować na ostatnim, czwartym piętrze. Winda jest również źródłem wręcz panicznego lęku budzącego się w pewnym mężczyźnie, mieszkańcu lokalu numer 19, który jednocześnie jest głównym bohaterem tej powieści i absolutnie pierwszoplanową postacią na wielu płaszczyznach. Robert Rot jest taksówkarzem i mieszka razem z ukochaną żoną Alicją i dwiema uroczymi córeczkami. Jest to potężnie zbudowany mężczyzna, niemal dwumetrowy kolos, który niegdyś tytułował się „królem Bielska” i korzystał z życia jak tylko mógł. Obecnie spokojny, stonowany, cichy ojciec i mąż. Robert cierpi na potężne migreny, ból praktycznie codziennie atakuje go i uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Rot próbuje z nim walczyć mocnymi lekami, opiatami, które co prawda szybko pomagają, ale także silnie uzależniają i mogą powodować poważne skutki uboczne, na przykład halucynacji…

Mimo przeciwności Robert stara się jak może, aby jego rodzinie niczego nie zabrakło, tym bardziej że jest z żoną na małym małżeńskim zakręcie i walczy z całych sił, aby wszystko było idealnie. Pewnego dnia nasz bohater poznaje w taksówce młodego chłopaka – Andre, z którym szybko łapie kontakt i który staje się po części powiernikiem jego problemów i przyjacielem, bo z tymi u Rota bardzo krucho. Tymczasem Robert zaczyna mieć dziwne omamy i brutalne wizje. Zawiesza się, ma zaniki pamięci i coraz gorzej się czuje. Kiedy pewnego wieczora traci świadomość na kilka godzin, dochodzi do wniosku, że musi wziąć się w garść i rozwiązać te tajemnicze zagadki. I jeszcze ta winda… która napawa go bezgranicznym strachem i wywołuje panikę ilekroć mężczyzna znajduje się niedaleko niej.

Tyle grozy, bo mamy tu także proszę państwa naprawdę solidną dawkę kryminału i nawet powieści detektywistycznej! Akcja prowadzona jest bowiem dwutorowo, z jednej strony widzimy świat oczami taksówkarza, z drugiej zaś mamy lekkoducha o imieniu Samuel, pracownika osiedlowej administracji, który nikogo i niczego nie traktuje poważnie. Ale niedługo ma się to zmienić, bo pewnego dnia dostaje z pozoru proste zlecenie przesłania naszemu bohaterowi zapisu z kamer w klatce schodowej kamienicy w której mieszka rodzina Rotów. Jedno nierozważne kliknięcie na „play” zmienia jednak wszystko w życiu tego młodego człowieka. Wątek detektywistyczny wiąże się również z tajemniczymi zaginięciami i samobójstwami osób mieszkających w kamienicy przy ul. Plater. Samuel nieco wbrew sobie, a na pewno wbrew zdrowemu rozsądkowi angażuje się w prywatne śledztwo i pragnie rozwikłać coraz bardziej zapętlające się zagadki… I tyle wam powiem, resztę musicie sobie przeczytać sami, ponieważ każde następne zdanie ujawni zbyt wiele istotnych dla fabuły i dobrej zabawy informacji.

Podobnie jak w przypadku debiutanckiej powieści Tomka – „Próby sił”, której redakcja i korekta zostały zmasakrowane kompletnie przez nieudolność i absolutnie olewcze podejście pracowników Novae Res, także tutaj mocnym punktem są dialogi. Widać, że autor pracuje nad ich realizmem i szlifuje mocno warsztat, bo czyta się je naturalnie i właściwie nie zwraca na nie specjalnej uwagi, co moim zdaniem stanowi o ich sile i jakości. Tomkowi udało się także doskonale zabawić z czytelnikami. Ja pewnych rzeczy się domyśliłem, ale finalny twist i tak wywołał we mnie efekt WOW. Jedna z końcowych scen książki, kiedy Samuel odwiedza żonę Roberta - Alicję aby pomóc jej w naprawie komputera, i rzeczy które się tam dzieją, to kwintesencja grozy i perfekcyjnie skonstruowane zakończenie historii. To jeden z lepszych finiszów w grozie jakie czytałem w ostatnich latach. Chapeau bas dla autora. Podoba mi się również bardzo fakt, jak dojrzale autor prowadzi akcję. Jest oczywiście wątek główny, ale odchodzące od niego i przeplatające się z nim nitki poboczne, są wyraźnie zarysowane i bardzo ładnie rozpisane. Nawet bohaterowie pojawiający się „na chwilę” są wyraziści i trójwymiarowi.

Genialnie pokazane jest także szaleństwo jakie opanowuje umysły osób uwikłanych w przedziwne zdarzenia opisane na kartach książki. Powolne staczanie się niektórych osób w odmęty szaleństwa, mylenie koszmarów z realnym życiem, nieustanne nerwy, stres i próby odnalezienia się w otaczającej ich rzeczywistości, to bardzo mocny punkt programu. Rzekłbym nawet, że nadaje całości kolorytu i głębi. Można na tę historię spojrzeć bowiem wielorako. Ja dostrzegłem w niej nawet pewne bardziej i mniej oczywiste nawiązania do wiodącej u nas religii. Można też „Windę odbierać tak, jak napisałem wcześniej – horror lub studium psychologiczne szaleństwa. Złotym środkiem będzie chyba opcja aby to wszystko wymieszać w wyobraźni, i stworzyć naprawdę apetyczny koktajl. I taki odbiór powieści Tomka zdecydowanie wam polecam.

Są jednak także lekkie minusy, żeby nie było zbyt słodko. Ale dotyczą jedynie warstwy logicznej i w niewielkim stopniu wpływają na odbiór całości. Właściwie jak czytam to co sobie wypunktowałem w trakcie lektury, to podejrzewam że zdecydowana większość z was niczego nie zauważy. Ja taki trochę czepliwy jestem w kwestii ciągłości i logiki zdarzeń 😉

W kilku miejscach są też proste powtórzenia, które moim zdaniem powinny być wyłapane na etapie korekty i redakcji przez wydawnictwo. Ale tak jak mówię, to drobiazgi i z perspektywy czytelnika który „Windę” ma za sobą, nie warto się nad nimi pochylać. Ja podesłałem Tomkowi prywatnie swoje uwagi po to tylko, żeby wprowadzić ewentualne poprawki w pliku i aby kolejne dodruki (a nie mam wątpliwości, że będzie ich sporo) były jeszcze lepszej jakości.

Już czytając „Próbę sił” wiedziałem, że Tomasz Sablik przejawia duży talent do snucia tajemniczych historii, i nawet warsztat debiutanta oraz Novae Res nie były w stanie zepsuć ogólnego wrażenia, że ten gość zajdzie daleko i wysoko, jeśli tylko będzie się należycie skupiał na pracy i nieustannie szkolił. „Winda” utwierdziła mnie tylko, że moje przypuszczenia są jak najbardziej prawidłowe. Jeśli to wasze pierwsze spotkanie z tym autorem, to zapiszcie sobie gdzieś jego nazwisko. On jeszcze w polskiej (i mam nadzieję, że nie tylko) grozie srogo namiesza. Wiem, że ostro pracuje nad kolejnymi powieściami i szczerze mówiąc nie mogę się ich doczekać, bo już jest bardzo dobrze, a myślę że będzie tylko lepiej. „Winda” to pełnokrwisty horror, świetnie podany i zbalansowany. Znajdziemy tu zarówno mocne i krwawe sceny, z wypływającymi gałkami ocznymi i masakrowaniem ciał, jak i kameralne, klimatyczne, czarno-białe niepokojące przygody głównego bohatera i nie tylko. Wszystko kręci się wokół tej piekielnej windy, ale czy na pewno? Może autor tylko się z nami bawi, może snuje swą historię tak zawile i pokrętnie, że w końcu sami nie możemy połapać się w tym co jest prawdą, a co sennym koszmarem? Siadajcie wygodnie w fotelu, zróbcie sobie dobrą herbatę, przygaście światła i zanurzcie się w otchłań szaleństwa dzieloną z pewnym bielskim taksówkarzem…

Na sam koniec, klasycznie kilka słów o samym wydaniu. Jak zwykle Vesper stanął na wysokości zadania, podobnie jak Dawid Boldys i jego Shred Perspectives Works. Tym razem oprócz fenomenalnej okładki, Dawid stworzył też klimatyczne ilustracje, które pojawiają się w książce. Świetna robota, zdecydowanie podtrzymuje klimat powieści i pozwala na chwilę przerzucić się z literek na obrazki, nie tracąc nic z mroku i atmosfery 😉


Garth Ennis - "Hellblazer" tom 2.

Miałem chwilę przerwy od Ennisowego Johna Constantine’a, ale te kilka miesięcy zupełnie nie wpłynęło na fakt, że go uwielbiam! 😊 Współpraca scenarzysty z rysownikiem Steve’m Dillonem to czysty ogień. Panowie rozumieją się doskonale i jest między nimi wyraźnie zauważalna chemia. Specyficzny, czarny i bezkompromisowy humor Johna Constantine’a idealnie wpisuje się w mój gust i wielokrotnie podczas lektury albo uśmiechałem się szeroko albo wręcz parskałem śmiechem, oglądając jak słynny Hellblazer podchodzi do życia, problemów zsyłanych na niego przez Niebo i Piekło i jego dość niekonwencjonalnych metod ich rozwiązywania. Taka mieszanka demonologii, okultyzmu i śmieszkowania moim zdaniem jest gotowym przepisem na sukces serii.

Run ten zaczyna się dość spokojnie, ale dla mnie od razu świetnie, bo uwielbiam przygody które dzielą ze sobą John i jeden z niewielu jego prawdziwych przyjaciół – Chas. Tym razem muszą zmierzyć się z tajemniczym prywatnym koncernem, prowadzącym na pustkowiu dziwne badania, do których nieustannie potrzebne im są świeże zwłoki… Jak to zwykle bywa z planem Constantine’a, początkowo wszystko idzie dobrze, ale wykrzacza się mniej więcej po pięciu minutach akcji. Nie inaczej jest tym razem, i nad bohaterami znowu zawisa widmo nieuchronnej śmierci. Ale do głosu dochodzą bardzo silne siły, które nie mogą poradzić sobie i pogodzić się z eksperymentami popełnianymi w ośrodku.

Początkowa część tego potężnego, 460-stronicowego tomiszcza, skupia się jednak głównie na można już powiedzieć „odwiecznym” pojedynku Constantine’a z pewnym rogatym typem, któremu John już dwa razy zaszedł solidnie za skórę i który planuje srogą zemstę i ściągnięcie tego pyskatego śmiertelnika w czeluści Piekła. Jak możecie się domyślić, dopóki John będzie miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia, Diabeł może się pocałować o tam, pod ostro zakończony ogon 😉

Podoba mi się, że poznajemy sporo historii i przeszłości Johna, przeskakujemy w czasie nawet o kilkadziesiąt lat, kiedy to młody Constantine stanął przed dużym wyzwaniem oszukania zarówno „góry” jak i „dołu”. Pewnego dnia do jego drzwi zapukała dziwna para, najwyraźniej myląc go z położnikiem. Kobieta była w zaawansowanej ciąży i twierdziła, że tylko on może im pomóc. Co okazało się prawdą, nasz bohater starał się z całych sił, lawirował i używał całej swojej wiedzy aby nie dopuścić do końca świata dla tych dwojga. O tym co z tego wynikło musicie przekonać się sami, ja mogę wam jedynie zdradzić, że Constantine zdobył w tej przygodzie wieloletnią przyjaciółkę i powierniczkę sekretów. Przyjaciółkę, która mogła bardzo zaszkodzić jego największemu rywalowi z zaświatów. Kiedy upokorzony Diabeł dowiedział się o wszystkim, postanowił rzucić naszemu bohaterowi kolejne wyzwanie.

Żeby jednak czytelnik nie zanudził się ciągłymi utarczkami, wojenkami i wymianą ciosów między dobrem i złem, Ennis wprowadził w tym tomie sporo wątków obyczajowych, dotyczących oczywiście Johna i jego najbliższych. Bo mimo że jest to typ bezczelny, oschły, charakterny i czupurny, to ma też głębsze uczucia – kocha równie mocno co nienawidzi. Oczywiście na pierwszym miejscu jest jego Kit, o którą dba i stara się stworzyć z nią namiastkę rodziny, nie wprowadzając jej zupełnie w „swój” świat. Taką mają umowę. Ale oprócz dziewczyny są też siostra Johna, Sheryl oraz jej córka a siostrzenica Constantine’a – Gemma. I to właśnie jej dotyczy jedna z zebranych w tym tomie historii. Ktoś próbuje ją zaznajomić z okultyzmem, delikatnie wprowadzić w arkana aby nastolatka mogła zemścić się na pewnej zołzie… Na szczęście nasz okultystyczny samiec alfa szybko orientuje się o co biega, i załatwia sprawę jak na niego przystało – skutecznie i z klasą.

Fajnie, że cały tom to nie tylko wieczna walka, bo to by się prędzej czy później znudziło, nawet mimo genialnego humoru. Dzięki wątkom takim jak powyżej, czy chociażby kilkudziesięciu stronom poświęconym imprezie urodzinowej Hellblazera który kończy 40 lat, cała historia nabiera rumieńców i głębi. Postaci stają się trójwymiarowe, nie są płytkimi wytworami scenarzysty, ale widać doskonale że targają nimi dobrze nam znane uczucia, mają rozterki, i oprócz tych rodem z horroru, także przyziemne problemy. Byłem nieco zaskoczony częścią „urodzinową” a zwłaszcza naprawdę mocnym poluzowaniem atmosfery i przede wszystkim gośćmi! Ale o tym słowa nie powiem, nie chcą psuć wam zabawy. Rzeknę tylko na zachętę – morze alkoholu, tona zioła i ekipa rodem z… komiksu!

Ale to wszystko moi drodzy jest jedynie preludium do akcji właściwej. Bo po pozornie sielskim fragmencie, i John i my dostajemy obuchem w potylicę. W przenośni i dosłownie. Historia zaczyna pędzić na łeb na szyję, wielka polityka upomina się o swoje, pewna diaboliczna panienka upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu, a trup będzie słał się gęsto. I to niestety nie tylko tych złych ☹

Życie Johna wywróci się o sto osiemdziesiąt stopni za sprawą jego ukochanej Kit i pewnych decyzji które podejmie. Constantine chyba pierwszy raz w życiu aż tak poważnie się załamie, stoczy, straci sens i chęci do życia. Ale zapuści też brodę, a to na plus. Druga połowa tego tomu, to zdecydowane postawienie na poznanie osoby Hellblazera, jego rodziny, błędów, wspomnień i nierzadko ciężkich przeżyć, które z całą pewnością ukształtowały go i stworzyły go takim jakiego go znamy z późniejszych przygód. Fajny zabieg, początek jest ostry, opisuje kolejne śledztwa naszego paranormalnego detektywa, obrazuje jak bardzo podpadł Piekłu i jego zarządcy, który nie ustaje w kombinowaniu jak dobrać się temu nędznemu śmiertelnikowi do gardła. Końcówka zdecydowanie inna, spokojniejsza choć przepełniona super ciekawymi historiami, retrospektywami i również przygodami, lecz nieco innymi. A ja po tym wszystkim mam nieodparte wrażenie, że John nam dorasta. Za fasadą twardziela i nieustraszonego pogromcy wszelkiego zła czają się różne nowe dla niego myśli. Odwiedza nawet pewnego krewnego w Irlandii, aby pozyskać cenne informacje i zabezpieczyć się na wszelkie sposoby przed nieuniknioną batalią z Piekłem. Mimo lat język i bezczelność nie stępiły się wcale, ale na przestrzeni tych kilkuset stron widać, że zmieniły się i chyba cały czas zmieniają priorytety. Że podświadomie toczy walkę pomiędzy chęcią stabilizacji, a zadaniem jakie ma do wykonania. Jest już też chyba trochę zmęczony. Coraz częściej popada w jakąś lekką apatię, zwłaszcza jak w pobliżu jest ukochana Kit. Po przeczytaniu tego tomu jestem szczerze zachwycony. Autorom doskonale udało się zbalansować ilość bitki i momentów przemyśleń, akcji i czasu kiedy podejmują się ważne decyzje, wpływające na przyszłość głównych bohaterów tej sagi. Zdecydowanie polecam i fanom grozy i osobom które lubią przeczytać sobie po prostu dobry komiks. Ten jest godny tych kilku spędzonych nad nim godzin. Na koniec mały tip – czytajcie przy stole albo biurku, bo ta część runu Ennisa waży dobrze ponad 2 kg 😉