"DIE 1 - Fantastyczne rozczarowanie"

Rok 1991, sesje RPG to jedna z największych przyjemności młodych ludzi. Uciekanie w fantazje, tworzenie wyidealizowanych postaci i spędzanie godzin lub całych nocy w wyimaginowanych światach, z prawdziwymi przyjaciółmi ze świata rzeczywistego. Tak czas uwielbiała spędzać paczka znajomych nastolatków, gdzieś w Anglii. Ten wieczór nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo, ot szóstka graczy zbiera się w domu jednego z nich, Mistrza Gry – Solomona. Tworzą swoje postaci, losują kości i rozgrywka się rozpoczyna…ale coś idzie nie tak jak zwykle, coś się zmienia i młodzi ludzie zostają wessani do tajemniczego erpegowego świata. Znikają z naszej rzeczywistości na 2 ziemskie lata…

Po takim początku „Fantastycznego rozczarowania” przyznam szczerze, że wróciły wspomnienia moich lat 90’, kiedy to na Zielonej Szkole poznałem kilku starszych gości i Warhammera! Te opowieści, historie snute nocami, krasnoludy, magia, nieustanne rzuty kośćmi, tworzenia postaci i delektowanie się walką i zdobyczami – ahh cóż za błogie czasy to były 😊

Z wielką przyjemnością przeczytałem komiks stworzony przez Kierona Gillena (scenariusz) oraz Stephanie Hans (rysunki) w świetnym jak zawsze tłumaczeniu Pauliny Braiter, znanej polskim czytelnikom doskonale z prac nad polskimi wydaniami książek Stephena Kinga, Neila Gaimana czy J.R.R. Tolkiena. Nawet byłem nieco zaskoczony szczerze mówiąc, że pani Braiter zajmuje się też komiksami. Polskie, dość niepozorne wydanie pierwszego tomu „DIE” zawdzięczamy NonStopComics, a ja osobiście Pawłowi Deptuchowi, który jak zwykle o mnie pamiętał i podesłał egzemplarz do recenzji. Nie wiem czy wpadłbym na ten komiks gdyby nie Paweł, bo nie jest to stricte groza, powiedziałbym że to sentymentalne dark fantasy, ze sporą dawką ukłonów dla czytelnika w postaci odniesień do literatury, różnych systemów gier fabularnych czy filmów. Grozy oczywiście także nie brakuje, momentami jest dość krwawo i brutalnie, ale wszystkie takie sceny mają miejsce w tajemniczym Świecie Kości, nasza ziemska rzeczywistość występuje głównie w retrospekcjach bohaterów. Ale wracając do fabuły, nie chcę spoilerować, ale nasi odważni gracze będą musieli jeszcze raz pojawić się w grze, przenieść do innego czasu i wymiaru, ponieważ zostały tam pewne niedokończone sprawy i zadania. Mimo, że minęło kilkadziesiąt lat, a z nastolatków zrobili się ludźmi po 40-tce, coś ich do Świata Kości przyzywa, daje znaki i nie odpuszcza. Zbierają się więc jeszcze raz – Dyktatorka (krzyżówka Kleopatry z Machiavellim), Rycerz rozpaczy (przekuwa smutek w broń, dosłownie), Neo (tu mamy do czynienia z postacią typowo cyberpunkową), Bogodzierżca (najciekawsza postać, potrafiąca kontaktować się z bogami) oraz Głupiec (randomowe zdolności, wie że sobie poradzi 😉), i wracają do świata wykreowanego przez Nadmistrza Gry…

„Fantastyczne rozczarowanie” to kompilacja klasycznego przygodowego erpega, pełnego magii, nadnaturalnych stworów i krasnoludów, z cyberpunkowymi metalowymi smokami, mrocznymi knowaniami elfów, wieloma różnorakimi lokacjami, które albo są kompletnie wymyślone i stworzone od podstaw tak jak Szklane Miasto, lub też nawiązującymi do rzeczywistych – Wieczne Prusy, w których trwa ciągła wojna i rzeź. Nasi bohaterowie, jeśli chcą wydostać się z fantazji, wrócić do prawdziwego świata i prawdziwego życia, bo każdy przecież ma swoje zobowiązania, rodziny, dzieci i pracę, będą musieli przebrnąć przez misje które przygotował dla nich nowy Nadmistrz – a miał na to bardzo dużo czasu, właściwie tyle samo, ile oni spędzili po powrocie ze Świata Kości na Ziemię…

Najnowszą powieść graficzną Gillena czyta się szybko i płynnie, rysunki i kolory są wyraziste i doskonale budują klimat historii. Bohaterowie i ich moce są dosyć infantylni, bo wiadomo jak to jest jak się tworzy postać w grze fabularnej 😉. Ale już relacje, uwagi, pretensje i uczucia jakie krążą wśród nich są jak najbardziej prawdziwe i realne. Pewnie dlatego, że gromadzone były przez kilkadziesiąt lat, a ponowne przeniesienie się do świata zmyślonego pobudziło wspomnienia, zatargi i miłostki z lat młodzieńczych. I to jest, obok fantastyki bardzo ważny wątek całej opowieści, bo na nim budują się relacje i decyzje jakie paczka przyjaciół podejmuje. Jest sporo rozmów, wyjaśnień, przeprosin i generalnego oczyszczania atmosfery w grupie. Ale jak to zwykle bywa, nie każdemu wszystko się podoba i nie każdy ma takie same plany na przyszłość. A w tym przypadku, jedna wyłamująca się osoba to bardzo poważny problem. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, bierzcie się do lektury „DIE”, na pewno nie będzie to czas zmarnowany, a jak macie takie wspomnienia związane z grami RPG jak ja, to i uśmiech nostalgii powinien się na waszych buziach pojawić. „Fantastyczne rozczarowanie” skierowane jest przede wszystkich właśnie do fanów wszelakich gier fabularnych, a co za tym idzie także fantasy i sci-fi. Jest nieco grozy, liźnięta jest powszechna historia w wersji alternatywnej, sporo tu nawiązań do klasycznych dzieł pokroju „Władcy Pierścieni”, ale nie ustrzeżemy się także oczywistych powiązań chociażby z „Jumanji” czy „Stranger Things”. I bardzo dobrze, konwencja jak najbardziej to dopuszcza, a historia jest na tyle rozbudowana i luźna, że w ogóle takie skojarzenia nie przeszkadzają.

Czekam na kolejne historie tworzone przez duet Gillen-Hans, bo to po prostu świetna rozrywka nie wymagająca specjalnego angażowania się. Ale i takie komiksy, ładne i proste, są nam potrzebne do szczęścia.


"Posiadłość" tom 1

„Posiadłość” tom 1 – Tim Daniel, Michael Moreci

Miałem pewne obawy czy stawianie na aż tak klasyczny horror to dobry pomysł dla wydawnictwa które dopiero raczkuje na naszym rynku. Ograne do bólu motywy śmierci, nawiedzonego domostwa wśród bagien, potworów czających się w ciemności i wszechobecnej tajemnicy. Znając te elementy, każdy z nas w głowie może ułożyć sobie scenariusz jak przebiegała będzie akcja i jakie elementy na bank się w tej historii pojawią. No i się pojawiają, ale mimo wszystkich powyższych wątpliwości, mnie przygoda z pierwszym tomem „Posiadłości” bardzo się spodobała. Nic tu nie jest przesadzone, klimat grozy czuć od pierwszej do ostatniej strony, a sama końcówka wywołuje w czytelniku agresję, bo komiks kończy się w najlepszym i najgorszym momencie jednocześnie. Najlepszym dla wydawcy i autorów, bo każdy czytelnik sięgnie po kolejną część historii, z ciekawości i chęci poznania dalszych losów rodziny Blainów, a najgorszym - bo trzeba czekać! Mimo, że ten fenomenalnie dopracowany wizualnie komiks to zbiór jedynie pierwszych czterech zeszytów oryginalnego „The Plot”, autorstwa Tima Daniela i Michaela Moreci, wydawnictwo zapewne już pracuje nad kontynuacją, to po przerzuceniu ostatniej strony czuje się ogromny niedosyt i smutek że to już koniec…

Mimo, że sama historia jest w gruncie rzeczy oklepana i przewidywalna, to autorom udało się zbudować niesamowity klimat małego miasteczka gdzieś wśród bagien Maine, pełnego tajemnic i otwartej wrogości dla rodu Blainów, którzy Cape Augusta założyli ale jednocześnie są dla niego przekleństwem. Sam ród także nie stronił w swej długiej historii od dziwnych zdarzeń i niewytłumaczonych po dziś dzień historii oraz trupów wręcz wysypujących się z szaf ich rodzinnej siedziby. Coś zdecydowanie złego i potwornego przyczepiło się do tej rodziny i od wielu lat powoduje niekończący się korowód śmierci. Akcja tomu pierwszego dzieje się w 1974 roku, a wątkiem głównym jest śmierć Charlesa Blaine’a i jego żony, a tym samym osierocenia dwójki dzieciaków – Mackenzie i Zacha, nad którymi pieczę przejmuje zakała rodziny, czarna owca, wieczny lekkoduch i unikający obowiązków jak tylko się da – Chase Blaine, brat rodzony Charlesa. Zabiera on dzieci do rodowej siedziby w Cape Augusta aby postarać się odnaleźć w zupełnie nowej dla siebie roli opiekuna i zapewnić młodym jak najlepsze warunki. I praktycznie od pierwszego kroku postawionego na ziemi Blainów zaczynają się kłopoty. Miejscowy szeryf, który doskonale orientuje się w historii rodu oraz zna Chase’a i jego podejście do życia, wyraźnie daje mu znać że nie życzy sobie żadnych kłopotów a najlepiej byłoby jakby chłopak odwrócił się na pięcie i wrócił tam skąd przyszedł. Tymczasem rodzeństwo zaczyna zwiedzać posiadłość i okoliczne włości, i od razu wyczuwa że z tym miejscem jest coś bardzo nie tak. Nie zdają sobie jednak zupełnie sprawy z czym będą musieli się zmierzyć, jakie okropieństwa czają się wokół nich i jak historia poprzednich pokoleń ich rodziny jeszcze wielokrotnie wpłynie na ich losy.

Jest naprawdę ciekawie, mrocznie, ciemno, mgliście i tajemniczo. Niby oczywiste w horrorze, ale ja wsiąkłem w ten klimat i kupuję historię z całym dobrodziejstwem inwentarza. Autorzy powoli odsłaniają nam kolejne wątki i tajemnice, a ja mam wrażenie że każdy mieszkaniec miasteczka, a nawet każdy krzak i drzewo coś ukrywają. Autor grafik Joshua Hixson spisał się doprawdy fenomenalnie, bo jego wizja tej historii powala aurą niesamowitości, sceny „strachu” są dynamiczne i genialnie oddają uczucia bohaterów, a kiedy coś skrada się nocą po pustych korytarzach, zostawiając mokre, błotniste ślady na dywanach i deskach podłóg, dosłownie słychać ciche plaśnięcia dziwnych, wynaturzonych stóp…Chociaż muszę przyznać szczerze, że od strony graficznej „Posiadłość” bardzo kojarzy mi się z „Potworem z bagien”, częściowo też zapewne przez historię i wspólne cechy obu komiksów. Początkowo też nie do końca trafiały do mnie niektóre rysunki, zwłaszcza twarze bohaterów, ponieważ wyglądały na nieco niedorobione, niedokończone. Ale finalnie taka kreska doskonale wpasowuje się w klimat, jest nie do końca wyrazista, nieco zamazana i jakby „rozcieńczona” (if you know what I mean). Zdecydowanie jednak warto dać tym grafikom szansę się wykazać, bo im dalej w historię, tym bardziej wczuwamy się w problemy i strachy bohaterów.

Oprócz wątków czysto horrorowych i potwornych, ważną część pełnią także elementy obyczajowe, zwłaszcza postać Blaine’a i jego stopniowych zmian w sposobie myślenia i podejściu do życia. Z olewającego wszystkich i wszystko mentalnego gówniarza, mężczyzna dość szybko przeistacza się w czułego i opiekuńczego faceta, który zaczyna odkrywać w sobie uczucia i odpowiedzialność. A nie jest w tym osamotniony, bo pomocną dłoń wyciąga ku niemu dawna, młodzieńcza miłość - Reese, która zostaje nauczycielką rodzeństwa i od razu czuje z nimi swoistą więź.

Przeplatające się tu wątki społeczno-obyczajowe z tajemnicami oraz czystą grozą w postaci zarówno duchów jak i przeróżnych monstrów, tworzą bardzo ciekawy i pociągający misz-masz. Komiks czyta się bardzo szybko, w pewnym momencie złapałem się nawet na tym, że specjalnie zwalniam i analizuję bardziej niż zwykle, żeby tylko maksymalnie odwlec w czasie przewrócenie kolejnej strony.

Muszę zdecydowanie pochwalić także „Wydawnictwo Lost in Time” za dobór tytułów, bo zarówno ich debiutancki „Dziki Ląd”, jak i „Posiadłość” wręcz ociekają klimatem i każdy fan grozy czy niesamowitości będzie w pełni usatysfakcjonowany z lektury. Chociaż oba tytuły diametralnie różnią się fabułą, lokacjami i tematami przewodnimi, co też uważam za plus, bo poprzez takie subtelne badanie rynku wydawca zdobywa doświadczenie, ugruntowuje swoją pozycję na rynku i kłania się czytelnikom oraz ich gustom, aby w przyszłości inwestować w tytuły, które będą sprawiały im frajdę. Jeśli dodamy do tego jakość wydawanych albumów, twardą oprawę, doskonały papier i kolory, otrzymujemy pełnowartościowy produkt, który niezwykle przyjemnie się trzyma w dłoni i czyta. Połączenie doskonałe. Z niecierpliwością czekam zarówno na kolejne części „Posiadłości”, jak i na nowe tytuły nad którymi Lost in Time pracuje, bo czuję że każdy z tych tytułów będzie długo wyczekiwany i zajmie w biblioteczce fana komiksowej grozy zaszczytne miejsce.

 


Garth Ennis - "Hellblazer" tom 1

Garth Ennis – „Hellblazer” tom 1 (Ennisa, lub 3 całości)

Do kupienia ===> https://egmont.pl/Hellblazer.-Tom-3,24431640,p.html

To moje pierwsze spotkanie z komiksowym Johnem Constantinem. Jestem wielkim fanem filmu z 2005 roku, w którym Keanu Reeves wcielał się w tytułową rolę nałogowego palacza, który przez całe życie walczy z demonami, odsyła je do Piekła i ma nadzieję że sam do niego po śmierci nie trafi, chociaż jego los zdaje się być od dawna przesądzony.

Run Gartha Ennisa w tym zbiorczym wydaniu obejmuje oryginalne historie z zeszytów #41-56, wydanych przez DC Comics. Za rysunki odpowiadają William Simpson, Steve Dillon oraz David Lloyd, i muszę przyznać że z początku niespecjalnie mi te grafiki i ich styl przypadły do gustu. Kojarzą mi się mocno z TM-Semicami z początku lat 90’. Z biegiem czasu jednak stwierdziłem że pasują do scenariusza Ennisa świetnie i zazębiają się doskonale z jego historiami. Komiks prowadzi nas i rozkręca się bardzo powoli, więc jeśli od pierwszych stron oczekujecie hordy zombiaków i krwawej jatki, to musicie uzbroić się w cierpliwość i poczekać. A naprawdę jest na co. Kilka początkowych historii, to bardziej dramat i obyczaj, ponieważ Constantine nie zajmuje się demolowaniem demonów, nie tłucze namiętnie swoich przeciwników i nie studiuje okultyzmu, a…umiera. Powoli wykańcza go rak płuc, ponieważ John od kilkudziesięciu lat pali po dwie paczki dziennie. Czując się coraz gorzej, wymiotując krwią i dziwną czarną mazią postanawia zrobić coś dobrego dla bliskich mu osób. Przede wszystkim oddać „długi”, przeprosić i pogodzić się z tymi których w jakiś sposób skrzywdził. A nie jest to dla niego wcale takie proste jak mogłoby się wydawać, bo jego twardy i nieustępliwy charakter egoisty nie ułatwia zadania. Całe swoje życie wykorzystywał zarówno postronnych ludzi, jak i przyjaciół do własnych celów, wielokrotnie ich krzywdził i ranił, ale nigdy nie kajał się i nie starał poprawić relacji z nimi. Teraz, w obliczu nieuniknionego końca, kiedy doskonale zdaje sobie sprawę z tego gdzie za chwilę trafi, postanawia wybielić nieco swój wizerunek i zamazać nieco grzechy przeszłości. Odwiedza starych znajomych, ale także poznaje nowych, niestety śmierć zdaje się podążać za nim krok w krok i w wielu przypadkach niestety są to ich ostatnie wspólne chwile. Przepełnione prawdą, historiami z przeszłości i sentymentem nieprzystającym wręcz do charakteru Johna. Znamy go jako buca, śmieszka, skupionego jedynie na sobie nieustraszonego pogromcę demonów – i na szczęście hardość jego charakteru i sposób bycia bardzo szybko się przydaje. Ponieważ łączy fakty i ustala czym jest to dziwne coś co systematycznie z siebie wyrzyguje. Wpada w furię i stawia sobie za cel wbicia jeszcze jednej szpili złu. Kiedy przybywa do Irlandii aby odwiedzić dawno nie widzianego przyjaciela Brendana Finna, jego umiejętności i doświadczenie powodują, że całe Piekło wybucha wściekłością. Nawet w obliczu śmierci, nie mając już tak naprawdę żadnego wyjścia z tej nieciekawej sytuacji, Constantine nie porzuca swego stylu bycia i doprowadza do wściekłości Jednego z Trzech, wysoko postawionego mieszkańca czeluści, którego udaje mu się sprytnie oszukać i odesłać tam skąd wypełzł. Przy okazji czyniąc dobry uczynek dla przyjaciela. I zaczyna mu się to podobać. Jeśli ma odejść, jeśli czeka go nieskończoność w męczarniach i bólu, to chce to zrobić na własnych warunkach i po swojemu. I akcja zaczyna przyspieszać!

Nasz bohater jest nadal dość zagubiony i pogodzony z losem, ale zaczyna kombinować i stara się wymyślić sposób żeby jednak odwlec nieuniknione i wymknąć się śmierci spod topora. Wpada na pomysł pewnego fortelu, pozornie niemożliwego wręcz do wykonania i oczywiście jak to Constantine – próbuje za pomocą wiedzy, charyzmy i nieustępliwości dokonać cudu, który spowoduje że nadal będzie mógł robić to co kocha, a nie być rozrywanym na strzępy w czeluściach i mroku. Rozpoczyna bardzo niebezpieczną grę ze Złem i jakimś przedziwnym zrządzeniem losu udaje mu się osiągnąć sukces. Wygrywa i nie dość że przeżywa, to zostaje też uleczony z raka, który toczył jego gnijące powoli ciało. Mało tego doprowadza do sytuacji gdzie Zło nie może nawet myśleć o zemście i odegraniu się na tym irytującym śmiertelniku. Miejmy przynajmniej taką nadzieję…

John, jak nowonarodzony może wrócić do tego co lubi najbardziej – palenia, picia i pokonywania kolejnych potworów. A tych ostatnich nie brakuje. Od tego momentu coraz więcej w komiksie pojawia się duchów, zjawisk paranormalnych, demonów, upiorów i wszelkiej maści nadnaturalnego syfu, z którym Constantine jako jeden z najlepszych, musi sobie poradzić. Poszczególne zeszyty przybliżają nam przeróżne historie – jedne mniej, inne bardziej mroczne. Są też opowieści całkiem pozytywne, co jest w sumie zaskoczeniem. Wszystko od tego momentu mknie do wielkiego finału tego tomu, który jest już przesycony czystą grozą. I tą nadnaturalną i tą czającą się w ludziach – i ciężko powiedzieć jednoznacznie która jest gorsza. Pazerność, brak hamulców, egoizm, pieniądze i władza mieszają bohaterom tych zeszytów w głowach. Chęć spełniania chorych marzeń, wynaturzone żądze są na porządku dziennym, a biedny John co chwilę wrzucany jest w kolejne śledztwo, w którym musi stawiać czoła brutalności i obrzydliwościom których dopuszczają się ludzie aby zdobyć to czego pragną i zaspokoić swe nieludzkie fantazje.

Nasz protagonista w swym zniszczonym prochowcu i z nieodłącznym papierosem w ustach, pomaga. A po ciężkich bojach z demonami i potworami w ludzkiej skórze wraca do domu. Ale to nie są powroty które zna. Nie ma już pustego pokoju, zimna i samotności. John wraca do ciepłego, pachnącego mieszkania, bo nie jest już sam! I także dzięki temu widać w nim pewne zmiany, staje się nieco delikatniejszy i bardziej otwarty na dobroć, która drzemie w ludziach. Mimo tego jaki jest, ma swoje przemyślenia, wspomnienia i pamięta o strachu który nie tak dawno czuł niemalże nieustannie. Jako że jest wyczulony na świat niematerialny, a także ma wyrobioną reputację nieposkromionego i nieco szalonego zabójcy wszelkiego zła, zgłaszają się do niego czasem przedziwne istoty chcące zwerbować go na swoją stronę lub oferujące mu pracę. Biorąc pod uwagę jego umiejętności i charakter, możecie domyślić się jak te spotkania się kończą 😉

Ale zło nie śpi, przeciwnicy są coraz potężniejsi, a ludzka głupota i zachłanność klasycznie nie zna granic. Aby czytelnik nie znużył się pomysłami i historią Constantine’a naturalną koleją rzeczy jest rzucanie mu pod nogi coraz większych kłód i stawianie na jego drodze co i raz straszniejszych i trudniejszych do pokonania przeciwników. Same scenariusze nie są specjalnie skomplikowane i łatwo domyślić się którą ścieżką scenarzysta pójdzie, niemniej czyta się kolejne zeszyty z zapartym tchem i ciekawością. Mimo że to do bólu klasyczny układ – jeden bohater na którym opiera się całokształt projektu, więc nietrudno domyślić się, że raczej musi przeżyć każde spotkanie ze złem. Pakty, układy i próby „zakręcenia” fabuły jego kolejnych przygód doceniam, ale nadal nie tworzą one specjalnej głębi.

John Constantine to człowiek którego nie da się nie lubić. Zawadiaka, cwaniak, pewny siebie twardziel, stereotyp detektywa dla którego nie ma zbyt ciężkiego zadania. Charyzmatyczny kozak, co chwilę wdający się w bójki i pyskówki, nieważne czy ma przed sobą potwora z Piekła rodem czy wysoko postawionego arystokratę. Robienie sobie z każdego jaj i uważanie siebie samego za nieustępliwego i najlepszego w swoim fachu nadaje tej postaci głębi i wielowymiarowości. I mimo że przejaskrawione często mocno, podoba się czytelnikom i mnie także się spodobało. John wzbudza sympatię i śledzimy jego losy z zapartym tchem, przerzucając te ponad 400 stron w tempie ekspresowym chcąc dowiedzieć się z czym za chwilę przyjdzie mu się zmierzyć i czy w końcu znajdzie się ktoś lub coś czemu być może nie podoła. Ciekawym zabiegiem jaki wykorzystuje Garth Ennis w swych opowieściach o Constantinie, jest ukazanie pewnej równowagi zła. To znaczy, prawie tyle samo jest zła nadnaturalnego, piekielnego czy demonicznego co tego które żyje w człowieku i które wynika z jego charakteru, chęci bycia lepszym, posiadania władzy czy zaspokojenia swoich chorych i wynaturzonych fantazji. Dzięki takiemu zobrazowaniu rzeczywistości Hellblazera, łatwiej możemy się utożsamić z jego bohaterami i przyjąć iż świat ten nie różni się specjalnie od tego naszego, prawdziwego. Oczywiście pomijając pałętające się po ulicach trupy i Króla Wampirów czającego się w lesie 😉

Mariaż grozy i przygody, to według mnie jeden z najlepszych sposobów na przyciągnięcie czytelnika lub widza. Każdego z nas kręci nieznane i to czego nie możemy doświadczyć w prawdziwym życiu. Chętnie sięgnęlibyśmy po magię, kręcą nas okultystyczne rytuały i seanse z tabliczką Ouija. Ale jednocześnie potrzebujemy mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, furtki której nie domykamy dla własnego bezpieczeństwa. Fajnie jak jest też ktoś, kto ma wiedzę i umiejętności by w razie gdybyśmy zapuścili się zbyt daleko w mrok, mógł nam pomóc wrócić do światła…

Ja zdecydowanie serię o Hellblazerze polecam, bo jest to świetna zabawa i doskonale spędzony czas. Oczywiście tradycyjnie ukłony należą się EGMONTowi i jego zbiorczym wydaniom, które klasycznie powalają jakością i wykonaniem. Zabieram się za tom drugi, bo na początku października ukaże się kolejny, także ze scenariuszami Gartha Ennisa, a chciałbym być na bieżąco z serią. Bez odbioru.


Palcojad 3 + podsumowanie serii

Palcojad 3

BĘDĄ SPOJLERY – NAJLEPIEJ PRZECZYTAĆ PO ZAKOŃCZENIU SERII 😊

W końcu zaczynają się pojawiać odpowiedzi! I dość zaskakujący nowi pierwszoplanowi bohaterowie, którzy do tej pory przedstawiani byli w zdecydowanie negatywnym świetle, a tymczasem nagle zyskują nowe oblicza. Co prawda nie wszyscy, bo z niektórymi mamy niestety sytuację dokładnie odwrotną…jednym słowem – dzieje się! Akcja pędzi na łeb na szyję, nieuchronnie zbliżamy się do najważniejszych momentów całej historii, czyli odpowiedzi na kluczowe pytania! Od samego początku przygody z „Palcojadem” miałem wrażenie, które utwierdziło się teraz ostatecznie, że jest to komiks narysowany i napisany pod film, lub serial. To gotowy materiał, który bardzo łatwo można przenieść na ekran. Wszystkie ciekawe fabularne zabiegi, retrospekcje, wtrącenia, opisy – to po prostu scenariusz – wystarczy nieco funduszy, zdolny reżyser i mamy gotowy murowany hit. Widać także w całej opowieści Williamsona i Hendersona bardzo dużo nawiązań do kinematografii, mnie się komiks mocno kojarzy z filmowymi adaptacjami prozy Stephena Kinga – „TO” czy „Dreamcatcher” pojawiały mi się w głowie dosyć często. Widzę tu też uśmiech w stronę fanów „Stranger Things”, a pewnie takich smaczków jest dużo więcej.

Powoli zazębiają się wszystkie wątki, ale to nie jest tak, że w trzecim „Palcojadzie” mamy już tylko prostą drogę do finału. Twórcy postarali się o to, żeby maksymalnie długo przytrzymać czytelników w niepewności i tajemnicy. Pojawiają się nowe powiązania pomiędzy bohaterami, jedne oczywiste, inne kompletnie zaskakujące. Do naszej „wielkiej trójcy” głównych bohaterów, a więc Warrena, Crane i Fincha, dołącza czwarta osoba, o której jakiś czas temu pisałem że odegra tu zdecydowanie większą rolę niż początkowo mogłoby się to wydawać. Dosłownie ze strony na stronę zmieniają się także diametralnie stosunki i uczucia jakimi postaci nawzajem się darzą i jest to niezły rollercoaster wrażeń. Alice i Shannon godzą się, Finch zostaje porwany, Warren postrzelony a agentka Barker, opętana żądzą mordu i zemsty ucieka ze szpitala psychiatrycznego, w którym została zamknięta po zamordowaniu agenta Carrolla…jak sami widzicie akcji nie brakuje. Kiedy dołożymy do tego objawienie nam się Pana – głównego sprawcy całego chaosu w miasteczku i osoby, która od wielu lat pociąga za wszelkie mroczne sznurki – atmosfera nam się bardzo mocno zagęszcza. Cała trójka w pewnym momencie zostaje ranna i wydaje się, że szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na korzyść potwora, który za cel obrał sobie tworzenie innych ludzkich bestii i wykorzystywania ich do własnych celów, a teraz czując zaciskającą się na gardle pętlę, podejmuje bardzo drastyczne kroki aby tajemnica Buckaroo nigdy nie wyszła na światło dzienne…Odnośnie światła dziennego, to zauważyłem że w tej części bardzo mało jest akcji za dnia – zdecydowana większość komiksu to lokacje mroczne, ciemne, wilgotne – tunele pod miastem, dziwne jaskinie i zaciemnione pomieszczenia. Przynajmniej do pewnego momentu, bo chwilę przed tym kiedy cała nasza ekipa zostaje porwana i doprowadzona przed oblicze Pana, wielka jasność spływa na Buckaroo. Ale z tą jasnością niestety przychodzi śmierć i pożoga.

Cały finał historii Palcojada ma miejsce oczywiście w najbardziej tajemniczej lokacji ze wszystkich. Dowiadujemy się tam (o ile ktoś się wcześniej nie domyślił, bo były bardzo mocne sygnały) kim jest Pan, co odkrył i co stworzył w ogromnej sieci tuneli ciągnących się pod całym miasteczkiem. Znowu dużo przeszłości i retrospekcji, bólu i niezrozumienia, ale samo wyjaśnienie odpowiedzi na pytanie, które przewija się i nurtuje czytelnika od samego początku, nieco mnie zawiodło. Spodziewałem się jakiejś petardy, czegoś szokującego i głębokiego. Tymczasem otrzymujemy właściwie powód najprostszy ze wszystkich możliwych. Ten mały zawód osładza nam nieco postać Warrena który znów, niczym kameleon zmienia obozy jak rękawiczki, nie wiadomo kiedy można mu wierzyć, a kiedy do głosu dochodzi jego prawdziwe „ja”. Cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem tego gościa, jego wielowymiarowości, wszystkich ról które odgrywa, tego co dzieje się w jego głowie nawet nie próbują pojąć, bo coś czuję że to naprawdę konkretna czarna otchłań z kłębiącymi się wewnątrz mackami szaleństwa. Warto poświęcić te kilka godzin i przeczytać całość chociażby tylko dla Warrena.

Żeby nie zdradzać już więcej i nie psuć wam zabawy, nie pozostaje mi nic innego jak powoli kończyć i dołożyć kilka zdań podsumowujących moją przygodę z „Palcojadem”. Nie mam jeszcze wielkiego doświadczenia w komiksowym świecie, wiele znakomitych serii przede mną, ale póki co te trzy zbiorcze tomy w kategorii grozy wyczerpują temat bardzo solidnie. Jest mrocznie, tajemniczo, momentami bardzo krwawo, historie poszczególnych seryjnych morderców także zasługują na uwagę, podobnie jak warstwa psychologiczna całości. Mimo, że faktyczną odpowiedź na jedno z pytań postawionych w historii otrzymujemy pod koniec trzeciego tomu, to tak naprawdę od samego początku autorzy starają się nam wytłumaczyć, że ci skrzywieni ludzie nie zawsze są źli z natury, chociaż często tak bywa niestety. Jest szereg czynników warunkujących i niejako pchających „normalnych” ludzi w odmęty szaleństwa i brutalności. Złe wychowanie, molestowanie, słaba psychika, a nawet rzecz tak z pozoru błaha jak dokuczanie w szkole. I to wszystko nie tyczy się tylko tego komiksu, bo w rzeczywistości jest podobnie. Cieszę się, że ekipa tworząca „Palcojada” nie poszła na skróty w tanią, brutalną i płytką rozrywkę, a starała się pokazać ciut więcej. Oczywiście komiks ma nas bawić (nie mylić z rozśmieszaniem), straszyć, niepokoić ale też intrygować i pozostawiać niedosyt po każdym zakończonym tomie. I to się chłopakom zdecydowanie udało, bo jak tylko kończyłem czytać którąś z trzech części, od razy praktycznie zabierałem się za kolejną, tak bardzo wciągnęły mnie historie i postaci, z doskonale wykreowanymi charakterami i świetnie narysowane oraz pokolorowane (tu mamy polski akcent, bo kolorem zajmował się w tej serii nasz rodak Adam Guzowski). Jest to zamknięta, pełna ludzkich tragedii, nieco zakręcona, i dość straszna w pewnych aspektach opowieść – z wiadomych przyczyn momentami kojarzyła mi się ze świetnym „Mindhunterem”, który również przepełniony jest tym swoistym lepkim mrokiem. A może tylko ja to tak odbieram, bo od zawsze fascynowali mnie seryjni mordercy, pisałem nawet o nich licencjat dawno temu. Więc to był też troszkę taki powrót na studia, i wspomnienie tych zarwanych nocy, wypełnionych krzykami ofiar, psychologią, pytaniami bez odpowiedzi i ciemnością, która czai się w wielu osobach…a może w każdym z nas?


Palcojad 2

Po część pierwszą zapraszam tu: http://fanigrozy.pl/2020/08/15/palcojad-1/

Druga część wspólnego projektu Williamsona i Hendersona zaczyna się z solidnym przytupem, bo Finch w końcu pokazuje swoje umiejętności w wydobywaniu informacji od ludzi. I jest to dobry punkt wyjścia do tej kilkuset stronicowej części całej historii, bo nadal bez odpowiedzi pozostaje pytanie: „dlaczego akurat Buckaroo produkuje taką ilość seryjnych?”

„Palcojad 2” jest zdecydowanie mroczniejszy i brutalniejszy w moim odczuciu niż część pierwsza. Od pierwszych stron atmosfera widocznie się zagęszcza. Błąkamy się po nowych lokacjach, tajemniczych tunelach, jaskiniach z przedziwnymi naskalnymi malunkami, natykamy się na ruiny azteckiej świątyni, nurkujemy w jeziorze na którego dnie czeka niemała niespodzianka. To wszystko doskonale buduje klimat i ja osobiście wsiąkłem w tę historię bez reszty. Twórcy prowadzą nas nieoczywistymi ścieżkami, tempo akcji jest bardzo dobre, mamy przybliżonych wiele nowych historii, zarówno mieszkańców miasteczka jak i napomknień o poprzednich seryjnych, którzy się z Buckaroo wywodzili. Klimatu dodaje także nieustanny pojedynek psychologiczny pomiędzy Warrenem a Finchem oraz panią szeryf Crane, która jak wiemy podchodzi do Palcojada inaczej niż wszyscy, i agentką Barker - jej rola w tej części zdecydowanie wzrasta. Strasznie podoba mi się w całej opowieści to, że ciężko rozgryźć kto jest tak naprawdę kim, w sensie dobra i zła. I nie pomaga w tym fakt, że miasteczko cały czas oddziałuje na wszystkich, najbardziej widać to po Barker, miewającej coraz więcej dziwnych bóli głowy i „wizji”,  które początkowo wprowadzają czytelnika w błąd, a finalnie robią nam naprawdę konkretne zakończenie tego tomu, zapraszając jednocześnie do natychmiastowego sięgnięcia po część trzecią, bo akcja urywa się w idealnym momencie, żeby krzyknąć: „kurwa, serio?!?” :D

Zamiast zbliżać się do rozwiązania zagadki Buckaroo i jego mieszkańców, bohaterowie muszą skupić się na nowych zagadnieniach które wyrastają jak grzyby po deszczu (nomen omen), wszystko się plącze, przeplata i komplikuje. Panowie twórcy spisali się na medal, bo jeśli oczekujecie jakichkolwiek odpowiedzi w tym tomie, to niestety ich nie otrzymacie. Dostaniecie za to solidne nowe wątki i kolejną lokację, którą jest Atlanta. Jeśli czytacie tę recenzję, to zakładam, że pierwszy tom macie już za sobą i pewne informacje nie będą już dla was spojlerami. Jak wiadomo z tomu pierwszego, mordercy „aktywują” się dopiero po opuszczeniu Buckaroo. I jakiś czas temu grupka młodych osób przeniosła się z mieściny właśnie do Atlanty. A od jakiegoś czasu po mieście zaczął krążyć potworny zbrodniarz, który morduje i okrutnie okalecza swoje ofiary, upodabniając je do demonów…miejscowa policja z nieco nadgorliwym komendantem wpada na pewien trop, ściśle wiążący się z Buckaroo. Finch i Barker muszą więc porzucić na chwilę śledztwo w miasteczku i udać się do Atlanty, aby spróbować rozwikłać nową zagadkę oraz zbadać wszelkie powiązania pomiędzy demonicznym i krwawym „Diabłem”, a Buckaroo właśnie. A miejscowa policja i tak zrobi wszystko po swojemu…

Oprócz nowych krwawych i brutalnych nitek fabularnych, pojawia nam się też wątek obyczajowy, dotyczący szeryf Crane i Alice, o której wspominałem dość mocno w pierwszej recenzji – ja się domyśliłem o co chodzi dość szybko, właściwie już w pierwszym tomie, bo scenariusz zdecydowanie na to wskazywał. Dość typowa i oklepana rzecz, ale nie bruździ w fabule i zapewne zostanie też bardziej rozwinięta.

To co mi się najbardziej podoba w całym tym mrocznym projekcie, to głębia i złożoność postaci. Wszyscy są naprawdę dobrze wykreowani i prowadzeni. Każdy ma swoją mroczną przeszłość, która coraz mocniej zaczyna wpływać na obecne działania bohaterów. Każdy ma także swoje tajemnice, które tak naprawdę jedynie utrudniają i komplikują możliwość dojścia do prawdy. I w końcu – każdy z nich ma swoje cele. Jedni kierują się faktycznym dobrem ogółu społeczności i chęcią zakończenia wszechobecnej makabry, ale są też tacy, którzy przedkładają przed wszystko własne, prywatne pragnienia, czym zdecydowanie utrudniają i przedłużają śledztwo. Autorzy wprowadzili też dość częste retrospekcje, dzięki którym możemy poznać przeszłość wielu osób i kryjące się w jej odmętach najczęściej smutne, przykre i mroczne historie. Każdy z bohaterów aż kipi emocjami, dzięki czemu my czytelnicy łatwo się z nimi utożsamiamy. A uzyskanie takiego efektu, wbrew pozorom, nie jest takie proste. Niektóre z nich wywołują zdecydowanie ambiwalentne uczucia – w jednej scenie komuś współczujemy, by za chwilę zobaczyć że zupełnie niepotrzebnie, bo to osoba zupełnie tego nie warta. Huśtawka emocjonalna gwarantowana.

Znowu dałem się zaskoczyć końcówką, bo ostatnie kilkadziesiąt stron to ponownie znane nam z tomu pierwszego, materiały bonusowe – okładki, oryginalny scenariusz, galeria postaci i mnóstwo grafik koncepcyjnych. I o ile w tomie pierwszym to było bardzo spoko, to tutaj jednak wolałbym poznać jeszcze ciut historii :D Niemniej zabieg fajny, chwalony przez czytelników i przez mnie w sumie też.

Celowo nie pisałem zbyt wiele o fabule, bo wątków jest bardzo dużo, rozciągają się w czasie, angażują całą masę postaci i tak naprawdę ciężko jest opisać co dzieje się w tomie drugim „Palcojada” bez rozwlekania się na 10 stron i spojlerów. Ok, zabieram się za część trzecią bo nie mogę się już doczekać jakichś rozwiązań i odpowiedzi na mnożące się pytania! A was zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł, bo zdecydowanie warto zagłębić się w mroczną i duszną historię Palcojada z Buckaroo.


Palcojad 1

Buckaroo, małe miasteczko niedaleko Portland w stanie Oregon, w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, na wybrzeżu Pacyfiku. Małe, ale jedyne w swoim rodzaju, bo wywodzi się z niego aż szesnaścioro ludzi uznanych powszechnie za seryjnych morderców, czyli osób mających na koncie przynajmniej pięć morderstw. Najsłynniejszym z nich jest zdecydowanie Edward Warren alias „Palcojad”. Oskarżany o cały szereg ciężkich przestępstw, m.in. porwań, gróźb karalnych, obnażania się publicznie, czynnej napaści czy wreszcie o 45 zarzutów morderstwa pierwszego stopnia…zostaje uniewinniony przez sąd w Los Angeles i wraca na „stare śmieci”, właśnie do Buckaroo… Ten bardzo inteligentny i wyrafinowany oraz pewny siebie mężczyzna wybrał sobie na modus operandi porywanie ludzi, którzy obgryzają sobie paznokcie. Więził ich, bił, a kiedy ich paznokcie odrosły, obgryzał palce do kości, po czym zabijał…nic więc dziwnego, że mieszkańcy miasteczka „są nie do końca zadowoleni” z wyroku sądu i faktu, że seryjny morderca, a teraz wolny człowiek, mieszka tuż obok. Mają jednak związane ręce, chociaż nie brakuje prób wymierzenia Warrenowi sprawiedliwości na własną rękę.

Do miasta przybywa agent NSA Eliot Carroll, który jest zafascynowany mroczną historią miasteczka i pragnie rozwikłać tajemnicę, dlaczego akurat tutaj rodzi się tak wielu seryjnych morderców. Co sprawia, że mała mieścina wypluwa z siebie tyle zła? Kiedy wydaje mu się, że rozgryzł całą historię, prosi o przyjazd swojego wieloletniego przyjaciela Nicholasa Fincha, specjalistę w kategorii wyciągania z ludzi zeznań, torturowania i uzyskiwania odpowiedzi na czyjeś konkretne pytania, aby podzielić się z nim rezultatami swojego prywatnego śledztwa. Początkowo sceptyczny i niechętnie do tego nastawiony Finch finalnie zgadza się i przybywa do mieściny gdzie bardzo szybko okazuje się, że Eliot zaginął…

A to dopiero zarys wstępu, bo dzieje się w pierwszym Palcojadzie bardzo dużo. Wątki przeplatają się, dobrze wykreowani bohaterowie zawierają sojusze i starają się dowiedzieć co tak naprawdę się wokół nich dzieje, a ponieważ ofiar brutalnych morderstw przybywa, tubylcy są zestresowani i nerwowi. Dodatkowo gdzieś z mroku przygląda im się ktoś lub coś, co pociąga za większość sznurków zwisających z ciemnego, deszczowego nieba, które rozciąga się nad samym Buckaroo, ale także nad okolicznymi lasami i górami. Wydaje się, że miasto jest jakimś przedziwnym tyglem zła, przedsionkiem Piekła na Ziemi i miejscem które tworzy z ludzi potwory. Mieszkańcy którzy nie wiedzieć czemu nadal tam mieszkają, pracują i starają się żyć normalnie, mimo że praktycznie każdy z nich ma jakieś, mniejsze lub większe, powiązania z którymś z morderców, wydają się mieć swoje tajemnice. Coś demonicznego wisi nad tym miejscem i ma bardzo zgubny wpływ na ludzi, a zwłaszcza na dzieci. Ktoś sączy do ich uszu czyste zło, i powoli, systematycznie zmienia ich myślenie i postępowanie.

Są jednak osoby którym leży na sercu dowiedzenie się prawdy o miejscu w którym żyją i być może doprowadzenie do sytuacji, że Buckaroo przestanie być kojarzone jedyne ze śmiercią. Są wśród nich miejscowa szeryf – Shannon Crane, która bardzo szybko znajduje wspólny język z Finchem i wspólnie zaczynają zastanawiać się nad tajemnicami i mrokiem spowijającym miasteczko, oraz licealistka Alice Glory, która jest dość niezdrowo zainteresowana wszelkimi tematami związanymi z mordercami i ich ofiarami. Wydaje mi się, że może odegrać w całej historii znaczącą i ogromną rolę.

Komiks został stworzony przez Josha Williamsona i Mike’a Hendersona, a ten tom wydany u nas przez EGMONT, to 10 pierwszych zeszytów serii wypuszczonej pierwotnie przez Image. Muszę przyznać, że dawno nic mnie tak nie zaintrygowało i z niepokojem i fascynacją śledzę poczynania głównych bohaterów „Palcojada”. Mimo, że czekają mnie jeszcze dwa polskie zbiorcze wydania, za które zabieram się z wielką przyjemnością za chwilę, to wprowadzenie do historii i prowadzenie jej przez chłopaków jest świetnie wykonaną pracą. Nic nie wydaje się być tu oczywiste, ciężko się czegoś domyślić, a ja sam zdążyłem w trakcie lektury kilka razy zmienić swoje nastawienie do niektórych postaci, przede wszystkim do Warrena który swoim zachowaniem wzbudza naprzemienny niepokój i fascynację. Świetnie wykreowana postać. Co więcej nie mamy tu jednego czy dwóch wiodących charakterów, ale całą gamę postaci, które na pewno na dłuższy czas zagoszczą w wyobraźni czytelników, bo ich konstrukt, role i działania doskonale wpisują się w mroczny, ciężki i mokry klimat amerykańskiego miasteczka. Momentami miałem wrażenie, że czytam scenariusz Twin Peaks, tylko dużo bardziej krwawy i brutalny. Jestem po niedawnej lekturze komiksu „Coś zabija dzieciaki”, który także jest horrorem, także mamy małe miasteczko, potwory (dosłownie) i tajemnice, ale porównując złożoność historii Palcojada do dzieła Jamesa Tyniona i Werthera Dell’edera – dzieli ich przepaść pod praktycznie każdym względem.

„Palcojad” to uczta nie tylko dla wyobraźni, ale także dla oka. Wydanie EGMONTU to majstersztyk – twarda oprawa, format a4, minimalistyczna przykuwająca wzrok okładka, świetnej jakości papier i kolory – czuć że mamy do czynienia z profesjonalistami i ja osobiście chciałbym mieć u siebie tylko takiej jakości komiksy, nie tylko od jednego wydawcy, ale zdecydowanie optuję za opcją aby inni się na nim wzorowali 😉

Pierwszy tom Palcojada kończy się dość niespodziewanie, bo ostatnie kilkadziesiąt stron to ukłon w stronę czytelnika w postaci całego mnóstwa materiałów bonusowych. Zaczynając od dość klasycznego zabiegu jakim jest Galeria Okładek, poprzez scenariusz do pierwszego zeszytu, aż po oryginalną propozycję wydawniczą oraz szkicownik. Dzięki temu możemy jeszcze chwilę pozostać w klimacie historii, zobaczyć skąd, jak i po co się to wszystko wzięło, a także docenić ogrom pracy jaki wykonali twórcy tego projektu. Mimo, że sam temat seryjnych morderców, małego miasteczka i jakiegoś „zła” wydaje się do bólu i na wszelkie strony przeorany, to ta historia jest naprawdę warta uwagi. Tutaj będzie jeszcze drugie, a może i trzecie dno – zbyt wiele osób jest w tę historię zaangażowanych i za dużo poruszono tu wątków, na które zerkamy z różnych perspektyw, aby finalnie otrzymać coś słabego i płytkiego. To byłaby ogromna przykrość i zawód, ale myślę że do tego nie dojdzie.


Coś zabija dzieciaki! Tom pierwszy

https://nonstopcomics.com/produkt/cos-zabija-dzieciaki-tom-1

Scenarzysta James Tynion i ilustrator Werther Dell’edera wzięli na warsztat mocno popularny ostatnimi czasy motyw – małe miasteczko, znikające dzieciaki, krwawe mordy, potwory i nieustraszonego ich pogromcę, a w tym przypadku nawet pogromczynię! Po lekturze tomu pierwszego ma się nieodparte wrażenie, że to wszystko już było, że jest wtórnie i schematycznie – niestety. Przed czytaniem przejrzałem sobie opinie i blurby z tylnej okładki i szczerze mówiąc nie rozumiem ich i nie zgadzam się z nimi. Komiks jest ok, fajnie narysowany, dynamiczny, postaci są wyraziste i konkretne, ale w życiu nie podsumowałbym go słowami: „Na wszystkich, którzy ośmielą się wkroczyć do tego świata, czekają mroczne zagadki i fascynujący bohaterowie. Pozycja, której nie wolno przegapić”. No moim zdaniem to duża przesada. Brakuje mi w historii jakiegokolwiek twistu, zaskoczenia, czegoś w tej historii, dzięki czemu powiem: „wow, no tego się nie spodziewałem” – wtedy blurbowe słowa byłyby prawdą. Chyba, że ten krótki opis traktuje o całości serii, a nie tylko o tomie pierwszym, może dalej jest dużo lepiej, może czytelnik będzie zaskakiwany?

Do małego miasteczka przybywa dziwna, młoda dziewczyna – Erica Slaughter – tak, można o niej powiedzieć że „nazwisko zobowiązuje”. Praktycznie od razu poznaje Jamesa, zagubionego i przerażonego chłopaka - jedynego ocalałego z niedawnej masakry. Razem starają się dociec co zagnieździło się w lasach okalających Archer’s Peak i rozwiązać zagadkę brutalnych morderstw. Jamesowi wydaje się jednak, że Erica wie zdecydowanie więcej niż mówi, a jej działania mimo że z pozoru dziwne i nieco szalone, okazują się doskonale przemyślaną i wielokrotnie testowaną strategią. Od początku właściwie wiadomo po co dziewczyna się pojawiła, jakie ma zadanie i że prawdopodobnie jej się powiedzie, bo jest wyrazista, charyzmatyczna i pewna siebie. Tryska z niej życiowe doświadczenie, wie jak rozmawiać z ludźmi, jak ich podejść i co komu i kiedy ofiarować aby uzyskać potrzebne informacje. Troszkę mi się to gryzie z jej wiekiem, który co prawda nie jest określony i może to celowy zabieg na przyszłość, ale jednak jest osobą młodą.

Co mnie również nieco zdziwiło już w samej historii miasteczka Archer’s Peak i jego mrocznej zagadki to fakt, że nikt się tym nie interesuje…przecież zaginięcia dzieci oraz późniejsze odnajdywanie ich zmasakrowanych i rozczłonkowanych ciał, to woda na młyn każdej telewizji i możliwość wybicia się dla reportera będącego na miejscu i relacjonującego na żywo poczynań policji oraz całej akcji. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, w sumie ginie prawie dwadzieścioro dzieci a w mediach cisza. Być może to wpływ pewnej wpływowej grupy ludzi, którzy nie chcą aby kraj i świat dowiedział się o fakcie, że prawdziwe potwory istnieją, że małe dzieci widzą i wiedzą więcej niż nam się zdaje, a dorastając z czasem tracimy pewne umiejętności? Do tej tajemniczej organizacji zdaje się też należeć nasza główna bohaterka – aczkolwiek i tutaj nie byłbym taki pewny, bo mam wrażenie że coś jest tutaj na rzeczy mocno 😉

Moim zdaniem dobrze byłoby opowiedzieć też nieco o ofiarach i przeżyciach rodzin zaginionych i zamordowanych dzieciaków, bo to w końcu przynajmniej kilkadziesiąt osobistych tragedii każdej z tych osób, a nie pojawiają się one na kartach komiksu ani na chwilę. Żadnego poganiania organów ścigania, żadnych samosądów, żadnego bawienia się w detektywa na własną rękę (może oprócz jednej osoby). W ogóle mam wrażenie, że tom pierwszy „Coś zabija dzieciaki”, to dopiero wprowadzenie w historię i wszystko co się tu dzieje jest preludium przed akcją właściwą. Mam nadzieję, że pojawią się nowi charakterystyczni bohaterowie i jakiekolwiek solidne zagadki, trzymam kciuki.

Komiks wpisuje się idealnie w ogromnie popularny teraz kanon, nazwijmy go ogólnie „Stranger Things”. Historia ta mogłaby być spokojnie jedną z odnóg serialu, bo punktów stycznych jest mnóstwo. Trochę szkoda, że autorzy nie pokusili się o coś oryginalniejszego, bo czyta się i ogląda ich pracę przyjemnie, ale niestety tylko przyjemnie, ponieważ tak naprawdę średnio ogarnięta w popkulturze osoba bez problemu dopowie sobie jakieś nieścisłości i przewidzi co będzie dalej, jakimi torami historia będzie przebiegała i jak się skończy. Obym się mylił, i oby kolejne tomy „Dzieciaków” przyniosły nam więcej niespodzianek i zakrętów fabularnych, bo taki średniak za długo chyba nie pożyje w świadomości fanów komiksu.

Na plus na pewno zapiszę kreskę i dobór kolorów w poszczególnych scenach. Sam początek komiksu robi świetne wrażenie, bo zarys pewnej mrocznej historii którą opowiada główny bohater swoim kumplom, okraszony jest jedynie bladobłękitną poświatą z telewizora. Podobnie dobre wspomnienia mam po finałowej scenie, która przebiega naprzemiennie w półmroku i świetle chemicznym wydobywającym się z fluorescencyjnej pałki. Bardzo fajny zabieg, zdecydowanie buduje klimat. Generalnie samego klimatu w komiksie nie brakuje, pod tym względem jest naprawdę w porządku, ale jest to hmm, klimat przewidywalny i powiedziałbym „klasyczny” – takiego należało się spodziewać i taki otrzymaliśmy.

Ja dam jeszcze szansę serii „Coś zabija dzieciaki”, bo liczę na to że autorzy zakręcą nieco tę zbyt prostą historyjkę, ale jeśli spodziewacie się po tomie pierwszym fajerwerków i powiewu świeżości, to moim zdaniem niestety obu tych rzeczy zabrakło. Przez całą historię idziemy jak po sznurku, żałuję że nie pojawiła się choćby wzmianka o jakichś postaciach które w przyszłości mogłyby przejąć pierwszy plan i wprowadzić nieco wielowymiarowości. Póki co, jest to przyjemna lekturka na jedno niezbyt długie posiedzenie. A sądzę, że można z tego pomysłu i z talentu grafika wyciągnąć zdecydowanie więcej.

   


"Niebo, ptaki i robaki" - Anna Maria Wybraniec

Niesamowity jest to zbiór. To książka, która swoją jakością parafrazuje nieco Schrodingera, ponieważ  „chcesz ją skończyć, i jednocześnie nie chcesz jej skończyć”. Autorka zaserwowała nam dwanaście krótkich opowieści, z których każda bez wyjątku wciąga, mieli, trawi i wypluwa szlochającego czytelnika w błoto i szarość codzienności. Rzadko zdarza się tak, żeby cały zbiór trzymał równy poziom, a jeśli jeszcze do tego ten poziom jest bardzo wysoki i to pod każdym względem, to już robi nam się biały kruk (ładnie nawiązałem do tytułu 😉). Wybraniec bardzo przyjemnie, plastycznie i przy tym mrocznie bawi się językiem i fenomenalnie tworzy ze swoich zdań obrazy, które odciskają się w umyśle i wyobraźni czytającego. A jak już jesteśmy przy temacie wyobraźni, to autorka ma naprawdę konkretną i rozbudowaną – momentami poziom absurdu przypominał mi twórczość Neila Gaimana, z jego najlepszych opowiadań i powieści, więc myślę że to zdecydowany plus.

Ja nie znalazłem w tym zbiorze zbyt dużo tradycyjnej grozy, chociaż tutaj mamy spore pole do dyskusji co jest i co może być interpretowane jako groza w tym przypadku. Mnie przede wszystkim w oczy rzucił się smutek, ból istnienia i samotność. Praktycznie każdy bohater opisywany w tym krótkim zbiorku jest w jakimś stopniu i z jakiegoś powodu wyalienowany i wyrzucony nieco poza nawias społeczeństwa czy danej grupy. Czasem z własnej woli, czasem przez to co się z nim i wokół niego dzieje. A przeważnie dzieje się naprawdę sporo rzeczy i wszystkie bez wyjątku są przedziwne, a czasem wręcz właśnie absurdalne. I tutaj, ewentualnie, można doszukiwać się właśnie grozy – ale nie grozy która straszy nas, czytelników. Horroru który przeżywają bohaterowie, narażeni na niezwykłe i chore sytuacje, stawiani przed bardzo trudnymi, życiowymi problemami i decyzjami. Najczęściej w bardzo młodym wieku. Najbardziej rzuciło mi się to w oczy w pierwszym i przedostatnim opowiadaniu ze zbiorku, czyli „Aberracji mrozowiska” i „Mnemonice termitiery”. Młodzi ludzie rzucani na głęboką, czarną i lepką wodę w sytuacjach kiedy rodzice w jakiś sposób zawodzą i na nich spoczywa opieka nad sobą i ewentualnym rodzeństwem. Chociaż dzieciństwo powinno jeszcze trwać - kończy się, a na głowę spadają problemy i sprawy dorosłości. A wszystko to w otoczeniu ciężkich, smutnych i często brutalnych wspomnień.

Operowanie smutkiem wychodzi autorce wyśmienicie. W „Morarium” starsza, schorowana kobieta musi rozstać się ze swoim wieloletnim czworonożnym przyjacielem i w tym celu udaje się w bardzo ciekawe i oryginalne miejsce, prowadzone przez jeszcze ciekawszą i bardziej oryginalną osobę…Opowieść przepełniona żalem, tęsknotą i bólem, ale wbrew pozorom to opowiadanie zawiera w sobie także największą ilość ciepła i dobroci, moim zdaniem. I to się zupełnie nie wyklucza, ogromny smutek i niewyobrażalna strata współistnieje tutaj z dobrocią i ogromną potrzebą niesienia pomocy. Najbardziej pozytywne opowiadanie w całym zbiorze. Nie jest ciężkie, traumatyczne, a raczej nostalgiczne.

Nieco inne podejście do kwestii smutku mamy w „Holometabolii lucyferazy”. Tutaj też chyba dawka weirdu jest największa. I jest też zdecydowanie najwięcej tytułowych robaków. Każdego z nas przytłaczają jakieś problemy, mniejsze lub większe, z niektórymi szybko sobie radzimy, inne ciągną się za nami miesiącami i coraz bardziej wpływają na nas i nasze życie. A gdyby tak istniał sposób żeby szybko je rozwiązać i odetchnąć pełną piersią? Łucja pracuje w firmie, która zajmuje się obsługą ubezpieczeniową bogaczy. Do jej zadań należy także rozwiązywanie wszelkich problemów z jakimi jej klienci spotykają się np. na wakacjach. Praca niezwykle stresująca i odpowiedzialna. Pewnego dnia dziewczyna zauważa, że coś dziwnego dzieje się z jej koleżanką, potem z kolejną. Zaczyna się tym interesować zaniedbując pracę, śledząc dziewczyny i dochodząc do pewnych strasznych wniosków. Historia oniryczna, nadająca się na długi nocny koszmar. Dużo mroku, który rozświetlany jest z różną częstotliwością rozbłyskami tajemniczych świetlików…

Sporo tytułowych owadów znajdziemy też we wspomnianej już „Aberracji mrozowiska” oraz w opowiadaniu „XYZ”. Choć są to historie kompletnie inne, inna jest też w nich rola owadów. W „XYZ” odgrywają rolę raczej marginalną, nie są pierwszoplanowymi postaciami, a jednak są w opowieści potrzebne. Zdecydowanie większą odgrywają jednak w „Aberracji” która otwiera zbiór. Jest to historia rodzeństwa, które musi się zmierzyć z zagadkowymi „mroźnymi punktami” w różnych częściach miasteczka w którym żyją. Mimo wiosny, a później gorącego lata, co kilka dni ludzie znajdują w swoich sadach zamarznięte, oszronione drzewa. Nikt nie potrafi wyjaśnić tych anomalii, powstają różne teorie, brane pod uwagę jest nawet UFO. Tymczasem w domu młodych ludzi, którymi „opiekuje” się chora psychicznie matka robi się coraz zimniej…być może wyjaśnienie przedziwnych odchyłów temperatury jest bliżej niż im się wydaje? To opowiadanie zrobiło na mnie chyba największe wrażenie, nie tylko z powodu oryginalności pomysłu, ale także wątku społecznego i odpowiedzialności jaka spoczywa na młodym chłopaku.

Drugim takim opowiadaniem są króciutkie „Gołębie minuty”. Niezwykle oryginalne podejście do kwestii czasu i gołębi. Plastyczność opisów, łatwość zwizualizowania sobie całej historii jest niesamowita. Mamy tutaj także ukłon w stronę ofiar zawalenia się hali podczas Międzynarodowych Targów Katowickich w 2006 roku. A więc znowu potężna dawka smutku.

Jak na zbiorek legitymujący się sformułowaniem „weird fiction”, nie mogło tu zabraknąć potężnej dawki dziwactw, przeróżnych chorych sytuacji i zdarzeń z którymi muszą sobie dawać radę bohaterowie poszczególnych opowiadań. A także ptaków! Mam nieodparte wrażenie, że Anna ma do tych latających stworzeń ogromny sentyment i słabość. Często nadaje im konkretne cechy i pewną dozę władczości. Stawia je ponad ludźmi, nakazuje rządzić i dzielić, podejmować decyzje które wpływają na bohaterów historii i nie dawać im zbytniego pola manewru oraz możliwości decydowania o sobie. Tak ptaki przedstawione są w kilku opowiadaniach, ale przede wszystkim w „Nieżyczliwości kruków”, „Ptaśnięciu” oraz „Lelkobiciu”. Tutaj to nasi skrzydlaci przyjaciele (?) wiodą prym, manipulują ludźmi, nakazują i sterują ich życiem. Z różnym skutkiem dla głównych, ludzkich bohaterów. O ile w „Lelkobiciu” przyjmują rolę poniekąd naszych władców, są nam przypisani i nierozerwalnie z nami związani, o tyle już w „Ptaśnięciu” mam wrażenie, że symbolizują rodziców, bardzo wymagających i chorobliwie wręcz pilnujących aby dziecko wypełniało swoje obowiązki i zadania. Z kolei „Nieżyczliwość kruków” obrazuje nam ptaka jako hmm…zaborczego przyjaciela? Trochę pasożyta, który poprzez swoje działania wpływa na daną osobę i jej najbliższe środowisko. W każdym z powyższych przypadków, mamy do czynienia z pewnym wypaczeniem, być może nawet z jakiegoś rodzaju złem, które przyczepia się do danej osoby i narzuca jej swoją wolę.

„Piaskun” – ten króciutki tekst na dłuższą chwilę zagościł w mojej wyobraźni, głównie dlatego że nie pasuje mi zupełnie do tego zbioru. Co absolutnie nie oznacza, że jest zły – wręcz przeciwnie, jest świetny, wielowarstwowy i mroczny. I coś mi się wydaje, że znalazłem drugie dno, bo wszystko mi w mojej teorii pasuje, ale nie chciałbym wam tego zdradzać – spróbujcie sami nad tym pomyśleć.

Jest to historia małej dziewczynki, wychowywanej jedynie przez ojca, który pracuje bardzo dużo i z tego powodu pomaga im pani Nina. Starsza osoba, która na dobranoc opowiada Klarze o Piaskowym Dziadku. Kiedy dziewczynka nie chce iść spać, straszy ją historiami o Piaskunie – złym duchu, który przyjdzie do niej w nocy, aby zjeść jej oczy. No i ok – historia sama w sobie fajna, klimatyczna, nieco zbyt krótka, ale mam wrażenie że to test dla czytelników. Że ona tutaj specjalnie nie pasuje, że to badanie gruntu pod inny zbiór opowiadań czy też może poważną powieść. A wszystko to przez to drugie dno…

To co mnie bardzo urzekło w tym zbiorku, oprócz wspomnianej już pięknej i pełnej gracji zabawy ze słowem, to fakt że wszyscy bohaterowie opowiadań tak łatwo przyswajają sobie i przyjmują za zwyczajne wszelkie dziwne sytuacje czy wręcz niemożliwe scenariusze jakie ich spotykają. Ma to w sobie pewien urok, a napisane jest tak dobrze, że i dla nas czytelników nie jest niczym dziwnym, że sowa nakazuje nam się uczyć, a w ludzkich gardłach potrafimy dostrzec głowy konkretnych gatunków ptaków… Brzmi dziwnie? Dziwnie to się poczujecie w trakcie lektury i zaraz po tym jak zamkniecie zbiorek. Gwarantuję wam, że te 200 stron wryje wam się w pamięć i na stałe zagości w sercu każdego maniaka nieco chorych i niepokojących opowiadań. Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła, które wyjdą spod pióra Anny Wybraniec, bo przy takiej wyobraźni nie wątpię, że każde kolejne opowiadanie czy powieść to będzie gratka i niesamowita przyjemność z lektury.

 


"30 dni nocy" tom I

Kreska i kolory są fenomenalne. Komiks jest mroczny, klaustrofobiczny i dość ciężki w odbiorze. I jakby na przekór treści – potrzeba dużo światła, żeby go czytać. Ilustracje Bena Templesmitha tworzą niesamowity klimat, moim zdaniem dużo bardziej budują nastrój niż sam scenariusz Steve’a Nilesa. Obrazy są rozmyte, nieostre, brakuje punktów odniesienia w przestrzeni, często brakuje wręcz tła i przez to podczas lektury czujemy niepokój, bo nie mamy się o co „zahaczyć” aby dać wyobraźni odpocząć. Wszystko jest chaotyczne, ciemne, przykurzone lub ośnieżone. Twarze są niewyraźne, często powykrzywiane przeróżnymi grymasami, zwłaszcza warto zwrócić uwagę, jak dziwnie zmieniają się ludzkie twarze podczas różnych rozmów, to ciekawy zabieg i dość oryginalny. Sceny walki dzięki temu nabierają wiarygodności i głębi, widać dynamikę i szybkość wampirów, które nie mają żadnych problemów z zabijaniem i rozrywaniem na strzępy kolejnych ludzkich bohaterów komiksu. Cały czas poruszamy się trochę jakby we śnie, a raczej nieustającym koszmarze. Klimat jest mocno oniryczny, niepewny i w gruncie rzeczy smutny, bo jakąż szansę w starciu z potworami może mieć człowiek? Wbrew pozorom jednak, dzięki kilku zabiegom i twistom fabularnym – ludzie nie są skazani na sromotną porażkę.

Obaj twórcy najważniejsze role w historii obsadzili kobietami. Mężczyźni są traktowani trochę jako zaplecze, pomoc i ochrona, ale to kobiety rządzą i dzielą. Najlepiej świadczy o tym fakt, że to kobieta przeżyła masakrę w Barrow, z kolei pierwszy w historii dowód w postaci nagrania ataku wampira zleciła także kobieta, poświęcając tym samym swojego syna. Dość ciekawe podejście do tematu, bo wydawałoby się, że to jednak mężczyźni jako ci silniejsi, obrotniejsi i pewni siebie, będą rozdawali karty przejmując główne role i zadania. I kilka razy faktycznie tak jest, z tym że finalnie to dziewczyny przeżywają i mogą dalej toczyć tę nierówną walkę z nieumarłymi. Sprawa zmienia się nieco w trzeciej części tomu pierwszego, ponieważ pojawia się męski bohater, ale więcej szczegółów nie będę zdradzał, bo wszystko byłoby srogim spojlerem.

Bardzo dobrze pamiętam też film, który jest ekranizacją pierwszej historii z tego tomu. Bo historie zawarte w tym zbiorczym wydaniu EGMONTU są trzy: „30 dni nocy”, „Mroczne dni” oraz „Powrót do Barrow”. W filmie „30 dni mroku” z roku 2007 i w reżyserii Davida Slade’a historia także miała fenomenalny, ciężki klimat. Wampiry ukazane były faktycznie jako niezwykle brutalne, zdziczałe maszyny do zabijania, które korzystając z nocy polarnej urządziły sobie w Barrow ucztę i zabawę w polowanie jednocześnie. I teraz już wiem skąd wziął się pomysł na takie pokazanie krwiopijców i całego otoczenia, i odciętego od świata, zanurzonego w wiecznej (na pewno dla mordowanych i ukrywających się ludzi) nocy, Barrow. I o ile w filmowej adaptacji cała akcja działa się jedynie na Alasce, o tyle w komiksie mamy więcej lokacji, przede wszystkim Nowy Orlean, gdzie także dzieją się rzeczy ważne dla historii. Historii zgrabnie opowiadanej, ale dość sztampowej – mamy brutalnych krwiopijców, mamy twist rodem ze „Zmierzchu” i oczywiście muszą być jakieś w miarę pozytywne postaci, czyli ludzie chcący wampiry wytropić i pokonać. Najczęściej kończy się to rozerwaniem ich na kawałki i cysterną krwi, ale nie zawsze…Sądząc po grubości zarówno części pierwszej jak i tomu drugiego, który jest jeszcze obszerniejszy, dostąpimy zaszczytu wszelkich możliwych sojuszy, złamań przysięg, miłości i zdrady w przeróżnych konfiguracjach.

Najsłabszym elementem komiksu są moim zdaniem dialogi. Nie wiem czy takie były w oryginale czy zostały tylko tak przetłumaczone, ale są strasznie drętwe, sztuczne, wyprane w emocji. Jest kilka scen, w których powinny odgrywać kluczową rolę, bo przekazywane są ważne informacje, są sceny pożegnań między bohaterami, ale zupełnie nie czuć żadnych wyższych uczuć ani zażyłości między postaciami, w dialogach. Rozmowy w Barrow czy Luizjanie brzmią nienaturalnie. Mam też kilka uwag do tempa historii, a zwłaszcza do prędkości z jaką poszczególni protagoniści się poznają i jak szybko zawiązują się między nimi nici zaufania czy wręcz zakochania. Zdecydowanie zbyt szybko i przez to postaci stają się płytsze i mniej się do nich przywiązujemy.

Cała opowieść rozpoczyna się i kończy w tym samym miejscu, a więc w Barrow na Alasce, gdzie przez prawie miesiąc nie wschodzi Słońce. Idealne miejsce do nieżycia dla wampirów, prawda? Ale ludzie zamieszkujący tę niegościnną ziemię nie mają zamiaru łatwo zrezygnować ze swojego miasteczka i stawiają krwiopijcom czynny i często skuteczny opór. Wampiry czują się upokorzone do tego stopnia, że dążą do rewanżu i zmiecenia Barrow oraz jego mieszkańców z powierzchni Ziemi. Przegrupowują siły, zbierają informacje i planują atak. Ale ludzie też nie pozostają bierni i spodziewając się odwetu także uczą się jak walczyć z potworami. A pomaga im główna bohaterka całej serii czyli Stella Olemaun, była policjantka i żona szeryfa Barrow, który tamtej feralnej zimy oddał życie i nie tylko życie za nią i innych mieszkańców. Życiową misją Stelli staje się chorobliwa wręcz chęć wyzbycia się i zniszczenia wszystkich wampirów i uświadomienia ludzkości, że takie potwory naprawdę istnieją i nie są wymysłem filmowców i pisarzy horrorów. Dlatego spod jej pióra wychodzi książka „30 dni nocy” w której opisuje ze szczegółami to co ją spotkało, z czym przyszło jej się zmierzyć i stara się uświadomić niczego nie podejrzewających ludzi, że to wszystko prawda. Z kolei wampirom jest to bardzo nie na rękę, bo setki lat starały się wtopić w społeczeństwo ludzi, ukrywać i żyć gdzieś obok, w cieniach. A musimy wiedzieć, że stworzone przez Nilesa i Templesmitha wampiry to nie są bezmózgie maszyny do zabijania. One tez knują, spiskuję, zdradzają. Mają swoją starszyznę, mają drabinę społeczną, możliwości i pieniądze. To takie drugie, mroczne społeczeństwo żyjące gdzieś obok. Komiks liczący blisko 370 stron, sprowadza się więc tak naprawdę do walki, do wielu mniejszych i większych potyczek, z których raz jedna raz druga strona wychodzi zwycięsko. A finalna bitwa tomu pierwszego musi odbyć się tam gdzie wszystko się zaczęło. I zobaczymy kto zwycięży. Zobaczymy kto się jak przygotował i kto lepiej rozgryzł (hehe) przeciwnika.

Komiks jest zdecydowanie wart uwagi, przede wszystkim za specyficzny rodzaj grafik, który bardzo mocno buduje nastrój i wciąga czytelnika. Czyta się to tomiszcze dość szybko, chociaż ja i tak potrzebowałem ponad 1.5h żeby należycie nacieszyć się całością. Za chwilę zabieram się za jeszcze grubszy tom drugi i liczę, że będzie jeszcze lepiej niż teraz. Zwłaszcza w dialogach i w budowaniu głębi postaci. Chociaż rozumiem czemu bohaterowie nie są  jakoś szczególnie dopracowani – nie żyją aż tak długo, żeby byli tego warci 😉


Christophe Bec - "Mroczna Otchłań" tom 1.

Scenarzysta Christophe Bec, znany przede wszystkim z klimatycznego i dobrze przyjętego w świecie komiksowych czytelników „Sanktuarium”, tym razem podjął współpracę z  rysownikami - Erickiem Henninot’em oraz Milanem Jovanoviciem i muszę przyznać, że otrzymaliśmy całkiem przyjemny wizualnie komiks. Co do samej historii mam niestety trochę zastrzeżeń. Najwięcej zarzutów kieruję nie tyle do scenariusza, o którym za chwilę napisze ciut więcej, co do dialogów pomiędzy bohaterami. Wyszło to momentami strasznie drętwo, rozmowy między postaciami są strasznie nienaturalne, sztucznie napisane lub tak niefortunnie przetłumaczone na język polski. Jakoś mnie to wyjątkowo tu raziło, nawet krótka dyskusja między matką i córką jest jakaś dziwna, nie wyobrażam sobie takiej rozmowy w rzeczywistości. Myślę, że w drugim tomie „Mrocznej otchłani” warto byłoby się nad tym pochylić, bo w sumie pierwszy raz w powieści graficznej zwróciło to moją uwagę aż tak bardzo.

Graficznie cały projekt wypada bardzo dobrze. Ostra kreska oraz cała gama bardzo żywych kolorów, fajnie oddają klimat opowiadanej historii. Bardzo dobrze narysowane i pokolorowane są sceny, które mają wywołać w czytelniku strach czy niepokój, a więc przede wszystkim ataki Megalodona czy też innych przedziwnych stworzeń. Podmorskie lokacje pełne są mroku i spokoju, a kiedy przenosimy się w wysokie góry, trzeba mrużyć oczy od nieskazitelnej bieli śniegu. Praktycznie wszystkie miejsca w których dzieje się akcja są wręcz przejaskrawione – idealnie zielone pola golfowe, pomarańczowo-brązowa australijska równina czy idealnie błękitne i ukazane bez żadnej skazy morze – to wszystko jest nieco przesadzone, ale wpisujące się w przygodowo-sensacyjny wydźwięk historii. Myślę, że wydanie komiksu w kolorze to doskonały pomysł, bo w wersji czarno-białej chyba w ogóle nie miałby sensu. Stracilibyśmy całe piękno i niepokój, które za pomocą kolorów są tak dobrze oddane.

Sama historia jest iście filmowa, bardzo spektakularna, szybka, akcja i lokacje zmieniają się w trybie ekspresowym. Wędrujemy od środkowej Australii, przez Karpaty, aż po Głębię Challengera, czyli najniżej położone i zbadane miejsce na Ziemi.

Bohaterami komiksu są oceanografowie, badacze mórz i oceanów którzy natrafiają na żywy okaz zwierzęcia uważanego za wymarłe miliony lat temu. Ale to co ich zaatakowało i co widzą przez szybki batyskafów zdecydowanie nie jest martwe…a to jak się później okaże tylko wierzchołek góry, bo jak wszyscy wiemy głębiny i dna oceanów są w 90% niezbadane i nikt tak do końca nie wie co się tam kryje…

Kim Melville, oceanografka zatrudniona przez ekscentrycznego podróżnika i kolekcjonera Feiersingera, na dnie największej głębi świata odkrywa sekret, który… nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego.

I jest to wbrew pozorom dość złożony temat, bo nie ogranicza się tylko do Megalodona, którego możemy sobie podejrzeć na okładce zbiorczego wydania trzech pierwszych zeszytów z serii: „Laguna Fortuna”, „Głębia Challengera” oraz „Potwór z Dżibuti”, zebranych pod wspólnym tytułem „Mrocznej Otchłani”, wydanego niedawno w Polsce przez EGMONT. Sprawa jest zdecydowanie poważniejsza, i nie chodzi tu tylko o największa sensację ichtiologiczną w dziejach. Okazuje się bowiem, że w różnych częściach świata, pod wodą odnalezione zostają dziwne konstrukcje skalne, a badania nad nimi wyraźnie wskazują, że nie są to twory naturalne, a miasta stworzone przez rozumne i rozwinięte cywilizacje, a które powstały tysiące lat przez piramidami egipskimi!

W pierwszym tomie „Mrocznej otchłani” skupiamy się jednak na potężnym podwodnym drapieżcy, bo nie tylko tajemniczy miliarder z Karpat chciałby mieć taki żywy okaz w swojej kolekcji…

Tak jak wspomniałem – szybkości akcji i pomysłów scenarzysty nie powstydziłaby się żadna przygodowo-sensacyjna produkcja rodem z Hollywood. Zresztą jeśli oglądaliście „Meg” czy „Piekielną głębię”, to doskonale wiecie jak ogromne podwodne przestrzenie i stworzenia zamieszkujące głębiny działają na widza czy czytelnika – ten temat ma ciągle rozrastającą się     rzeszę fanów i jest w sumie niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kolejnych twórców, niestety najczęściej są to produkcje strasznie kiczowate i niewykorzystujące potencjału drzemiącego w pomyśle.

Tutaj mamy do dyspozycji właściwie wszystko o czym może sobie tylko czytelnik zamarzyć – nieograniczone fundusze miliarderów, spiski, potwory, szybką akcję, wybuchy, śmierć i zanosi się nawet na wątek miłosny! Jako komiks rozrywkowy, „Mroczna otchłań” sprawdza się doskonale, ja bawiłem się bardzo dobrze. Podobało mi się przeskakiwanie w czasie, raz jesteśmy w czasach nowożytnych, raz na początku XX wieku, by po chwili oglądać grafiki obrazujące czasy prehistoryczne. Wszystkie te zabiegi fajnie pokazują, że pewne rzeczy są trwałe, a to co dzieje się głęboko w ciemności oceanów zupełnie nie interesują wydarzenia dziejące się na powierzchni. Co prawda autorzy nie uniknęli kilku strasznych gaf fabularnych, typu podpalenia domku na skraju lasu i zostawienia go tak, w celu zatarcia śladów pobytu pewnego jegomościa…ale w której, nawet wysokobudżetowej produkcji nie mamy całej masy głupot, które muszą wystąpić aby pewne warunki danego gatunku zostały spełnione? Nie traktowałbym tego tytułu jako dokumentalny, a jednak czysto rozrywkowy. Mamy tu bowiem nie tylko podmorskie prehistoryczne bestie, ale także pewne wątki paranormalne, prastare cywilizacje, przesądy i zabobony, oraz mało dziewczynkę, która mam nieodparte wrażenie, odegra w całej historii jeśli nie kluczową, to ogromną rolę. Więcej nie będę zdradzał, sięgnijcie po komiks Christophe’a Bec’a i przekonajcie się sami. Jeśli nastawicie się na czystą przygodę i dużo fantazji – na pewno się nie zawiedziecie.

Jeszcze kilka słów o wydaniu EGMONTU. Standardowo, mamy twardą i lakierowaną okładkę, solidne szycie grzbietu i porządny papier, o wyrazistych kolorach już wspominałem, a 170 stron to w sam raz na jedno, godzinne posiedzenie z przygodą.