Uniwersum Sandmana - "Księgi magii" - EGMONT.

„Tylko dla dorosłych” – znaczek znajdujący się na dole tylnej części okładki kolejnego tomu komiksowego z Uniwersum Sandmana „Księgach Magii”, jest dla mnie zupełnie niepotrzebny. Ja bym wręcz rekomendował ten tytuł młodszym czytelnikom. Może nie dzieciom, bo niewiele zrozumieją, ale młodzież już jak najbardziej będzie miała frajdę z lektury. Nie ma tu wiele brutalności, nie ma krwawych scen, owszem zdarzają się nieco mocniejsze graficznie epizody, ale myślę, że mieszczą się w ramach tego, co młodzi ludzie powinni oglądać. A umówmy się, w dobie internetu, dostępność wszelkich dziwactw i rzeczy niestosownych jest ogromna i ograniczona jedynie chęciami i wyobraźnią szukającego. Tutaj wydawca odbiera sobie sam pewną część czytelników. A szkoda.

Bohaterem „Ksiąg magii” jest Tim Hunter, londyńczyk mieszkający jedynie z ojcem, ponieważ matka Tima zniknęła kilka lat temu, i o ile jego tata pogodził się z jej odejściem, chłopak nie daje za wygraną i próbuje na wszelkie sposoby uzyskać o niej jakieś informacje. Na pewno pomoże mu w tym fakt, że pewnego dnia jego nowa nauczycielka, Pani Rose, opowiada mu o pewnej przepowiedni, wedle słów której, Tim ma predyspozycje aby zostać najpotężniejszym czarnoksiężnikiem na świecie. W szarym i smutnym życiu szkolnego odludka i klasowej ofermy, taka informacja jest jak dar z niebios. Ale żeby tak się stało, Tim musi nauczyć się magii od podstaw, zaczynając od tajemniczej księgi podarowanej mu przez nauczycielkę. Ale jak to zwykle bywa, nie może być zbyt słodko. O chłopaku i jego zdolnościach wiedzą także siły zła, głównie w postaci Zimnego Płomienia, organizacji która nie cofnie się przed niczym, aby go powstrzymać. Tim jest jednak zmotywowany i powoli zaczyna przemieniać się z gnębionego i zaszczutego chłopaczka, w tryskającego potężnymi mocami młodego czarodzieja. Intryguje mnie również postać Hettie, bezdomnej dobrej znajomej Tima. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że odegra ona istotną rolę w życiu chłopca, a to jak siebie przedstawia, to jedynie teatrzyk dla ciekawskich oczu 😉

Poznając tę historię, bardzo szybko doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze: znajdziemy tu bardzo dużo zbieżności z Harrym Potterem. Główny bohater nie dość, że jest bardzo podobny wizualnie, to też na początku swojej magicznej drogi jest trochę ciamajdowaty i przygaszony przez innych. Towarzyszy mu również jak w przypadku postaci stworzonej przez Rowling, sowa. Co prawda odgrywa inną rolę, ale jednak jest to to samo zwierzę, a wybór mamy całkiem spory. Wątek poszukiwania matki także w jakimś stopniu pokrywa się z przygodami Harry’ego – tęsknota, chęć zobaczenia jej. W szkole pomaga i opiekuje się nim nauczycielka – uśmiech w stronę postaci Hagrida z serii Rowling. I pewnie można by tak wymieniać jeszcze długo. Po drugie: akcja gna szalenie szybko. Na 160 stronach poznajemy naprawdę sporą część całej historii, nie ma czasu na przestoje, nasz bohater uczy się i zdobywa nowe umiejętności w zastraszającym tempie, a oprócz tego nie brakuje akcji i walk. Widać również zmiany w jego charakterze i zachowaniu. Jak tak sobie o tym myślę, to uznaję to chyba za ukłon właśnie w stronę młodszych czytelników, bo jak wszyscy wiemy, młodzież nie lubi dłużyzn, nie ma czasu na całe strony rozmów, dywagacji i przekomarzań między bohaterami. Liczy się akcja! A to komiks zdecydowanie nastawiony na dynamikę i sporą dawkę przeróżnych dziwnych zdarzeń i sytuacji. Czekałem na jakieś mocniejsze nawiązanie do Sandmana, ale nie czuję tu tego onirycznego, sennego klimatu głównej serii stworzonej przez Neila Gaimana. Fajnie, że pojawiło się Śnienie – tutaj musze przyznać, że z ciekawością śledziłem losy Tima i ciekaw byłem jak odbierze ten świat i jak sobie w nim poradzi.

Podsumowując – „Dobór składu” to komiks na jedno posiedzenie, bo wciąga i czyta się go bardzo szybko. Grafiki stworzone przez Toma Fowlera świetne, doskonale dopasowane do klimatu historii. Podobnie jak kolory, uwydatnione zwłaszcza w świecie Śnienia, ale i w naszej rzeczywistości bardzo dobrze dobrane przez Jordana Boyda. Sama historia, której twórczynią jest Kat Howard jest niestety prosta, czerpie z popkultury pełnymi garściami, ale zarówno jej bohaterowie jak i sama akcja są przyjemne i zjadliwie podane.

Ciekaw jestem kolejnych przygód Tima, mam nadzieję, że scenarzystka nieco bardziej pogmatwa jego losy i wprowadzi więcej akcji do Śnienia, ale i bez tego na pewno sięgnę po następne tomy Uniwersum Sandmana, bo to po prostu przyjemnie spędzony czas.


Marcin Majchrzak - "Stacja".

Marcin Majchrzak – „Stacja”

Wszyscy fani horroru znają na pewno słynne sceny z „Silent Hill”, kiedy to z nieba sypie się pył, będący efektem wiecznego podziemnego pożaru. Czytając debiut Marcina Majchrzaka miałem podobne obrazy przed oczami. I to nie tylko dlatego, że akcja powieści dzieje się na „słynącym” z bardzo zanieczyszczonego powietrza Śląsku, ale głównie poprzez klimat jaki stworzył autor. Ciężki, duszny, smutny, szary i przesycony ludzkimi dramatami. Odnosząc to do powyższego filmowego kadru ja to widziałem podobnie, z tym, że zamiast płatków bladego pyłu, z nieba powinny lecieć maleńkie skrawki starego papieru, na których, jeśli ktoś zechciałby jakiś złapać i przyjrzeć mu się, zapisane byłyby maleńkimi literami: „marazm”, „beznadzieja”, „śmierć”. To była ciekawa lektura, bo wszystkie obrazy jakie wizualizował sobie mój mózg, były w różnych odcieniach szarości, brudne, lepkie i swoim brakiem jakichkolwiek innych kolorów, wysysające z czytelnika życiodajne soki. I to według mnie jest największy plus książki i coś, co ją wyróżnia z wielu innych, podobnych. Bo, umówmy się, historia oryginalnością nie powala, nie ma w niej szalonych twistów, nie ma w niej zbyt wiele klasycznej grozy. Tak naprawdę to jest opowieść o smutku, apatii, walce z samym sobą aby w ogóle wstać rano z łóżka. To hołd złożony jakiegoś rodzaju drętwocie umysłowej, zakorzenionej we frustracji, przygnębieniu i inercji. To opis walki z przeszłością i jej demonami. Tymi prawdziwymi, jak i wytworzonymi przez zbolały umysł i wyobraźnię. Choć oczywiście pewnej dawki grozy tutaj nie brakuje. Ale jest to według mnie jedynie tło. Jest to motor napędowy wszelkich działań głównego bohatera, Piotra – który po kilkunastu latach wraca do rodzinnego miasta, aby przygotować mieszkanie po swojej zmarłej matce do wynajmu, ale zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się coś innego, o czym postaram się napisać poniżej.

Piotrek nie chciał tu wracać, chciałby o tym miejscu zapomnieć, ale niestety życie rzadko daje nam okazje do spełniania swoich marzeń czy nawet zachcianek. Kiedy nasz bohater mieszkał jeszcze w miasteczku, doszło w nim do kilku tajemniczych śmierci i zaginięć. Prawie wszystkie dotyczyły niestety osób z jego najbliższego otoczenia. Mimo, że Piotr od zawsze był na uboczu, nie kumplował się z połową szkoły, nie był lubiany, to udało mu się znaleźć paczkę przyjaciół z którą spędzał każdą wolną minutę życia. Zwyrol, Petrol, Nastia, Gładki – ekipa wyrzutków, nie liczących się z niczyim zdaniem młodych ludzi, nie mających specjalnych celów ani marzeń. Bo jakie można mieć marzenia, pochodząc z małego, zapyziałego, brudnego i wiecznie smutnego miasteczka? Nawet jeśli się jakieś pojawią, są szybko gaszone przez otaczającą rzeczywistość i możliwości jakie człowiek w niej ma.  Jednak dzieciaki próbują jakoś żyć, uczyć się i urozmaicać sobie czas wyprawami w różne dziwne miejsca w okolicy. I tak też jest pewnego feralnego jak się później okaże dnia, kiedy to ekipa wybiera się do starej kolejowej nastawni, Chomiczówki. Miejsca dawno opuszczonego, zdewastowanego, pełnego niebezpiecznych miejsc, prętów wystających z ziemi i wszelkich możliwych pułapek wynikających z zapuszczenia i zapomnienia. Cała piątka nie wie jeszcze, że ta z początku niepozorna wyprawa wpłynie na całe ich życie i to w sposób często brutalny i wyniszczający. Tu zaczyna się groza, która otaczać ich będzie i wpływać na nich do końca życia. To będzie od tej chwili epicentrum wszelkiego zła i wszystkiego co najgorsze. Od tamtej pory wszyscy będą unikać tego miejsca jak ognia, podświadomie wyczuwając, że nie jest ono zwyczajne i to co czai się w jego murach, nie jest z tego świata…

Najbardziej tamtego dnia ucierpiał właśnie Piotr, stając się celem mrocznych i tajemniczych mocy, które zagnieździły się na terenie starej nastawni. A teraz chłopak, nie chcąc przeżywać dramatycznych wspomnień na nowo, nie bardzo garnie się do powrotu na stare śmieci, po trzynastu latach od opuszczenia domu. Ktoś jednak musi się tym zająć, jego ojciec niespecjalnie się do tego kwapi, bo od kiedy opuścił Piotra i jego matkę dawno temu, przeprowadził się do Australii i założył nową rodzinę, nie angażuje się w życie swojego pierworodnego. Piotr przyjeżdża więc, mając w planie szybkie załatwienie niezbędnych spraw i powrót do swojego życia. Nic bardziej mylnego – rodzinne miasteczko zasysa go momentalnie, powoduje całą paletę negatywnych odczuć, wrażeń, przywołuje traumę i powoli dobija mężczyznę smutkiem. Nie pomaga również fakt, że Piotr spotyka dość przypadkowo starą najbliższą przyjaciółkę, Nastię, co powoduje kolejne fale wspomnień. Dość niechętnie zaczyna się z nią spotykać i dużo rozmawiają o przeszłości. Okazuje się, że moc Zła przez tyle lat nie osłabła ani trochę, a przyjazd mężczyzny jakby wybudził je z letargu…

Historia opowiadana przez Marcina, toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy rok 2019 i przyjazd Piotra do miasteczka, z drugiej co chwilę wracamy do feralnego roku 2006, oglądamy retrospekcje i wizualizujemy sobie przeszłość głównego bohatera. To wszystko bardzo zgrabnie się przeplata i finalnie spaja w całość. Z tym, że finał można łatwo przewidzieć dużo wcześniej, bo Zło, które zagnieździło się w małym Śląskim mieście i jednocześnie w głowie Piotra, jest dość „proste” i niewyszukane. Szybko połapiecie się o co chodzi i jak to prawdopodobnie się skończy. Ale nie jest to wielki problem i absolutnie nie odbiera ani grama przyjemności z lektury. To fajna, choć przejrzysta historia o walce, ale też o odpowiedzialności i piętnie jakie przeszłość potrafi odcisnąć na człowieku. Powieść napisana jest bardzo dobrze, płynnie, gdzieniegdzie autor wplótł nawet pewne humorystyczne wątki, co dodatkowo dodaje weirdowego smaku całości. Wszyscy bohaterowie są wspaniale skonstruowani i wiarygodni, bardzo mocno się z nimi zżyłem, mimo że są od siebie tak naprawdę bardzo różni, łączy ich ten wewnętrzny smutek i życiowa beznadzieja.

I powiem wam, bo dość dużo o tej powieści sobie rozmyślałem, że cieszę się iż Marcin Majchrzak postanowił tak to wszystko poprowadzić i rozwiązać. Jest to opowieść z pozoru nieskomplikowana, ale można z niej wyciągnąć dużo więcej niż zostało napisane. Nie warto skupiać się na „grozie” i stawiać jej jedynie na półce z Mastertonem i Smithem. Jej moc to doskonałe współgranie ze sobą mroku i powieści tak naprawdę obyczajowej – nie boję się tego stwierdzenia! Według mnie mocą „Stacji” nie jest horror, a studium psychologiczne bohaterów. Ich rozmowy, relacje między sobą, dogryzanie, ale tak naprawdę świadomość, że oprócz siebie nie mają nikogo, odpowiadają moim wspomnieniom z czasów młodości. Pewnie dlatego książkę tak dobrze mi się czytało. Oczywiście Zło, które zagnieździło się w Chomiczówce ma decydujący wpływ na ich życia, ale dla mnie chyba ważniejsze jest to, że poznałem Piotra na wskroś, że jego lęki, ból, straty i ogólne życiowe niepowodzenia, nie zabiły w nim odpowiedzialności i cywilnej odwagi. Jakby spojrzeć na to z nieco innej perspektywy, to jest nawet powieść trochę super-bohaterska, powieść o sile charakteru i wewnętrznej chęci pokonania Zła, które wypaczyło i zniszczyło tak wiele osób, w tym i samego Piotrka.

Dobra rzecz, czytajcie, analizujcie i chłońcie ten ciężki, duszny i psychotyczny klimat małego, brudnego śląskiego miasta i jego tajemnic.

 


Edward Lee - "Miasto Piekielne".

„Miasto Piekielne” – Edward Lee

Edward Lee znany jest z tego, że za punkt honoru postawił sobie obrzydzenie czytelnikowi lektury jego książek maksymalnie jak się tylko da. Jego ekstrema, wyuzdana seksualność i dewiacje rozpalają zmysły kolejnych rzesz jego fanów od lat. Tym razem autor nieco zaskoczył, przynajmniej mnie, bo napisał powieść dość stonowaną, gdzie brutalność i niczym niezmącone okrucieństwo to aż trzeci plan. Co jeszcze dziwniejsze, główna bohaterka i jej przygody w Piekle, nie są w mojej ocenie wcale najważniejszym i najmocniejszym punktem tej książki. Jeśli macie chęć zanurzyć się w siarkę, plugastwo i wieczne potępienie, zapraszam do lektury (najpierw tej krótkiej recenzji, a potem oczywiście samego „Miasta Piekielnego!).

Powieść mi się podobała, czyta się ją bardzo lekko, mimo opisów jakie stosuje Lee, momentami dość „grubych”. Ale to całkowicie zrozumiałe, bo mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju literackim kombosem – nie dość, że autor lubuje się w ekstremie, to jeszcze pisze o Mefistopolis, czyli po naszemu – Piekle. A jak wszyscy wiemy, ani słodko, ani wesoło tam nie jest. Postaci wymyślone przez Edwarda są proste, nie nastawione na głębię, ot mają odgrywać przypisywane im role i tyle. Ciężko się z nimi utożsamić czy zżyć jakoś wyjątkowo. Są poprawnie zbudowane i dobrze wtapiają się w akcję. I tu trzeba dodać, że „Miasto” nie jest typowym horrorem. Na samym początku lektury tak uważałem, ale wraz z przewracaniem kolejnych stron moje zdanie się zmieniało. To właściwie bardzo konkretny misz-masz gatunkowy. Oczywiście grozy jest sporo, rzekłbym że jest szkieletem powieści, ale równie dużo mamy tu wątków fantastycznych czy wręcz rodem z rpg-ów. Akcja w przeważającej części dzieje się w domenie Lucyfera i to się czuje. Ja czytając ciągle miałem przed oczami widoki w kolorach żółci i pomarańczy, nieznośny skwar, brud, wszechobecny ogień i zagrożenie czyhające na bohaterów na każdym kroku. Czułem wręcz wyraźne ochłodzenie, kiedy Cassie wracała do realnego świata, przechodząc przez tajemne Martwe Przejście. Muszę wam przybliżyć nieco moją wizję Piekła, którą pielęgnuję i która strasznie podoba mi się od dawna – idealnie zobrazowane to zostało w filmie „Constantine” z Keanu Reevesem. Tak samo ja to sobie w głowie wizualizuję i przy lekturze nowej książki Edwarda, takie obrazy sprawdzają się doskonale.

Zdecydowanie najmocniejszym i najlepszym punktem programu jest właśnie sam opis Piekła. Poziom rozbudowania tego miejsca w wyobraźni autora jest niesamowity. Nie jest to jałowa pustynia czy jaskinie z kotłami, w których smażą się udręczone dusze. Piekło to stworzone przez Lucyfera doskonale prosperujące i usystematyzowane ogromne miasto. Takie wiecie – z ulicami, knajpami, burdelami, podzielone na dzielnice dla biedoty i dla tych lepszych. Chodzi się tam do pracy, mieszka i generalnie jakoś stara się „żyć”, przez wieczność będąc potępionym. Można zjeść w drogiej restauracji „ludzinę”, płacąc prawdziwymi kośćmi, które w Infernie mają wartość złota 😉

Fenomenalnie przedstawił autor klasowość i poszczególne poziomy piekielnego społeczeństwa. W pewnym momencie miałem mocne skojarzenie z Tolkienem, i mam wrażenie że Lee ciutkę sobie z jego wielkiego dzieła uszczknął, tworząc swojego rodzaju „Demoniczny Silmarillion” 😉. Powiem wam, że można się we wszystkich nacjach i nazwach wymyślonych przez autora, srogo pogubić na początku. Czarci Pomiot, Piekielnicy, Heksaklony, Dwulicowcy, Uszerowie, Haratacze, Golemy, Infernoty, Potwoperze, Widmoszczury czy Piekleszcze – a to tylko część z plugastwa jakie zamieszkuje Mefistopolis i na które możecie natknąć się tam, spacerując ulicą. I to właśnie wszelkie związki pomiędzy poszczególnymi rasami i sam fakt, że w uniwersum stworzonym przez autora istnieje zorganizowany Ruch Oporu, że są bojówki szlachtujące skazanych na wieczne potępienie na ulicach, że Piekło ma swoją walutę oraz telewizję, a także wielce oryginalny odpowiednik ziemskiej elektryczności – to wszystko powoduje, że powieść Lee jest bardzo oryginalna i czyta się to wszystko w wielkim zainteresowaniem. Dlatego pisałem wyżej, że dla mnie to jest trzonem i najistotniejszym argumentem, dla którego warto sięgnąć po ten tytuł. A to nie jest częste, że cała historia opisana w powieści przyćmiona jest przez coś, co powinno być w sumie tłem, a zdecydowanie wyrywa się na pierwszy plan i powoduje efekt „wow” u czytającego.

No dobra, ale o czym właściwie to „Miasto Piekielne” jest? Oprócz powyższego rzecz jasna 😉

Jest to historia rodziny Heydonów, a właściwie Cassie i Lissy Heydon, bliźniaczek które trafiają do tytułowego Miasta. Nie razem i nie z tego samego powodu, ale finalnie się tam spotykają. Lissa popełnia samobójstwo, a Cassie targana olbrzymimi wyrzutami sumienia udaje się w podróż po Mefistopolis, w poszukiwaniu siostry. A dowiaduje się o Piekle i prawach w nim rządzących od nowych przyjaciół, których poznaje w Blackwell Hall – ogromnej posiadłości, do której przeprowadza się z Waszyngtonu wraz z ojcem, aby ukoić zszargane nerwy i spróbować ułożyć sobie życie na nowo. Tymczasem los nie daje jej odpocząć i praktycznie od pierwszego dnia rzuca ją w wir tajemniczych, mrocznych i makabrycznych wydarzeń. Via, Hush i Xeke, to jedyne osoby które ją rozumieją i chcą pomóc. A kiedy dowiadują się, że Cassie jest naprawdę wyjątkową osobą, w ich głowach zaczyna rodzić się pomysł, którego realizacja może zmienić wszystko, łącznie z samym Piekłem… Oczywiście o planach dziewczyny i jej przyjaciół dowiaduje się sam władca Mefistopolis i dla niego Cassie także jest łakomym kąskiem, bo żywa osoba w Piekle nie zdarza się często. Pętla wokół naszych młodych bohaterów zaczyna się niebezpiecznie zaciskać, demony i przeróżne hybrydy depczą grupce po piętach, ale od czego jest magia i potężni sprzymierzeńcy? Nie chcę wam za dużo zdradzić, ale powiem tak: nie wszystkim w Mefistopolis podobają się rządy Lucyfera i są tacy, którzy chętnie zrzuciliby go z tronu i zaprowadzili nieco inne porządki. Wychodzi więc na to, że decyzja młodej Heydon o wkroczeniu na piekielne ziemie, tak czy siak pociągnie ze sobą srogie konsekwencje dla tego miejsca i zamieszkujących go stworzeń. I tu mamy kolejny duży plus dla książki. Konkretnie chodzi mi o warstwę „religijną” powieści, odwieczną i wszechobecną walkę dobra ze złem, która nawet w takim miejscu jak Piekło istnieje i toczy się nieustannie od wieków. To trochę jak zburzenie pewnego mitu, że w domenie Szatana nie ma miejsca na żadne przejawy dobra czy przyzwoitości.

Podsumowując – sporo grozy, całkiem dużo makabry, do tego solidna porcja dark fantasy, a wątek główny podróży i misji Cassie, spokojnie spełnia kryteria powieści przygodowej. Wyszedł z tego przyzwoity sos, zarówno dla smakosza samego Edwarda Lee, jak i dla kogoś kto chce jego literatury dopiero spróbować, a boi się rzucić od razu na głęboką wodę makabry. Bardzo przyjemnie spędzony czas, chociaż brakuje mi fajnych twistów i nieliniowości zarówno fabuły jak i poczynań bohaterów, bo idą jak po sznurku. Czasem sznurek ten się pali, czasem przyczepi się do niego kawałek mózgu albo wątroby, ale nic nie jest w stanie go zerwać ani nawet poplątać, a szkoda, bo powieść by na tym zyskała na pewno.

 


Tomasz Sablik - "Winda".

Tomek Sablik – „Winda”

Gdyby na Wikipedii można było rozwijać nieco bardziej definicje, to nowa powieść Tomasza Sablika, powinna znaleźć się w odpowiednim okienku jako idealny przykład opisu do hasła: „zasłona dymna”. Zainteresowani? To zapraszam 😊

Tytułowa winda zainstalowana jest w pewnej kamienicy w Bielsku-Białej. Budynek ten, mieszczący się przy ul. Emilii Plater 18 był i jest świadkiem wielu przerażających i niewyjaśnionych zniknięć lokatorów, tajemniczych i krwawych wydarzeń, których epicentrum wydaje się znajdować na ostatnim, czwartym piętrze. Winda jest również źródłem wręcz panicznego lęku budzącego się w pewnym mężczyźnie, mieszkańcu lokalu numer 19, który jednocześnie jest głównym bohaterem tej powieści i absolutnie pierwszoplanową postacią na wielu płaszczyznach. Robert Rot jest taksówkarzem i mieszka razem z ukochaną żoną Alicją i dwiema uroczymi córeczkami. Jest to potężnie zbudowany mężczyzna, niemal dwumetrowy kolos, który niegdyś tytułował się „królem Bielska” i korzystał z życia jak tylko mógł. Obecnie spokojny, stonowany, cichy ojciec i mąż. Robert cierpi na potężne migreny, ból praktycznie codziennie atakuje go i uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Rot próbuje z nim walczyć mocnymi lekami, opiatami, które co prawda szybko pomagają, ale także silnie uzależniają i mogą powodować poważne skutki uboczne, na przykład halucynacji…

Mimo przeciwności Robert stara się jak może, aby jego rodzinie niczego nie zabrakło, tym bardziej że jest z żoną na małym małżeńskim zakręcie i walczy z całych sił, aby wszystko było idealnie. Pewnego dnia nasz bohater poznaje w taksówce młodego chłopaka – Andre, z którym szybko łapie kontakt i który staje się po części powiernikiem jego problemów i przyjacielem, bo z tymi u Rota bardzo krucho. Tymczasem Robert zaczyna mieć dziwne omamy i brutalne wizje. Zawiesza się, ma zaniki pamięci i coraz gorzej się czuje. Kiedy pewnego wieczora traci świadomość na kilka godzin, dochodzi do wniosku, że musi wziąć się w garść i rozwiązać te tajemnicze zagadki. I jeszcze ta winda… która napawa go bezgranicznym strachem i wywołuje panikę ilekroć mężczyzna znajduje się niedaleko niej.

Tyle grozy, bo mamy tu także proszę państwa naprawdę solidną dawkę kryminału i nawet powieści detektywistycznej! Akcja prowadzona jest bowiem dwutorowo, z jednej strony widzimy świat oczami taksówkarza, z drugiej zaś mamy lekkoducha o imieniu Samuel, pracownika osiedlowej administracji, który nikogo i niczego nie traktuje poważnie. Ale niedługo ma się to zmienić, bo pewnego dnia dostaje z pozoru proste zlecenie przesłania naszemu bohaterowi zapisu z kamer w klatce schodowej kamienicy w której mieszka rodzina Rotów. Jedno nierozważne kliknięcie na „play” zmienia jednak wszystko w życiu tego młodego człowieka. Wątek detektywistyczny wiąże się również z tajemniczymi zaginięciami i samobójstwami osób mieszkających w kamienicy przy ul. Plater. Samuel nieco wbrew sobie, a na pewno wbrew zdrowemu rozsądkowi angażuje się w prywatne śledztwo i pragnie rozwikłać coraz bardziej zapętlające się zagadki… I tyle wam powiem, resztę musicie sobie przeczytać sami, ponieważ każde następne zdanie ujawni zbyt wiele istotnych dla fabuły i dobrej zabawy informacji.

Podobnie jak w przypadku debiutanckiej powieści Tomka – „Próby sił”, której redakcja i korekta zostały zmasakrowane kompletnie przez nieudolność i absolutnie olewcze podejście pracowników Novae Res, także tutaj mocnym punktem są dialogi. Widać, że autor pracuje nad ich realizmem i szlifuje mocno warsztat, bo czyta się je naturalnie i właściwie nie zwraca na nie specjalnej uwagi, co moim zdaniem stanowi o ich sile i jakości. Tomkowi udało się także doskonale zabawić z czytelnikami. Ja pewnych rzeczy się domyśliłem, ale finalny twist i tak wywołał we mnie efekt WOW. Jedna z końcowych scen książki, kiedy Samuel odwiedza żonę Roberta - Alicję aby pomóc jej w naprawie komputera, i rzeczy które się tam dzieją, to kwintesencja grozy i perfekcyjnie skonstruowane zakończenie historii. To jeden z lepszych finiszów w grozie jakie czytałem w ostatnich latach. Chapeau bas dla autora. Podoba mi się również bardzo fakt, jak dojrzale autor prowadzi akcję. Jest oczywiście wątek główny, ale odchodzące od niego i przeplatające się z nim nitki poboczne, są wyraźnie zarysowane i bardzo ładnie rozpisane. Nawet bohaterowie pojawiający się „na chwilę” są wyraziści i trójwymiarowi.

Genialnie pokazane jest także szaleństwo jakie opanowuje umysły osób uwikłanych w przedziwne zdarzenia opisane na kartach książki. Powolne staczanie się niektórych osób w odmęty szaleństwa, mylenie koszmarów z realnym życiem, nieustanne nerwy, stres i próby odnalezienia się w otaczającej ich rzeczywistości, to bardzo mocny punkt programu. Rzekłbym nawet, że nadaje całości kolorytu i głębi. Można na tę historię spojrzeć bowiem wielorako. Ja dostrzegłem w niej nawet pewne bardziej i mniej oczywiste nawiązania do wiodącej u nas religii. Można też „Windę odbierać tak, jak napisałem wcześniej – horror lub studium psychologiczne szaleństwa. Złotym środkiem będzie chyba opcja aby to wszystko wymieszać w wyobraźni, i stworzyć naprawdę apetyczny koktajl. I taki odbiór powieści Tomka zdecydowanie wam polecam.

Są jednak także lekkie minusy, żeby nie było zbyt słodko. Ale dotyczą jedynie warstwy logicznej i w niewielkim stopniu wpływają na odbiór całości. Właściwie jak czytam to co sobie wypunktowałem w trakcie lektury, to podejrzewam że zdecydowana większość z was niczego nie zauważy. Ja taki trochę czepliwy jestem w kwestii ciągłości i logiki zdarzeń 😉

W kilku miejscach są też proste powtórzenia, które moim zdaniem powinny być wyłapane na etapie korekty i redakcji przez wydawnictwo. Ale tak jak mówię, to drobiazgi i z perspektywy czytelnika który „Windę” ma za sobą, nie warto się nad nimi pochylać. Ja podesłałem Tomkowi prywatnie swoje uwagi po to tylko, żeby wprowadzić ewentualne poprawki w pliku i aby kolejne dodruki (a nie mam wątpliwości, że będzie ich sporo) były jeszcze lepszej jakości.

Już czytając „Próbę sił” wiedziałem, że Tomasz Sablik przejawia duży talent do snucia tajemniczych historii, i nawet warsztat debiutanta oraz Novae Res nie były w stanie zepsuć ogólnego wrażenia, że ten gość zajdzie daleko i wysoko, jeśli tylko będzie się należycie skupiał na pracy i nieustannie szkolił. „Winda” utwierdziła mnie tylko, że moje przypuszczenia są jak najbardziej prawidłowe. Jeśli to wasze pierwsze spotkanie z tym autorem, to zapiszcie sobie gdzieś jego nazwisko. On jeszcze w polskiej (i mam nadzieję, że nie tylko) grozie srogo namiesza. Wiem, że ostro pracuje nad kolejnymi powieściami i szczerze mówiąc nie mogę się ich doczekać, bo już jest bardzo dobrze, a myślę że będzie tylko lepiej. „Winda” to pełnokrwisty horror, świetnie podany i zbalansowany. Znajdziemy tu zarówno mocne i krwawe sceny, z wypływającymi gałkami ocznymi i masakrowaniem ciał, jak i kameralne, klimatyczne, czarno-białe niepokojące przygody głównego bohatera i nie tylko. Wszystko kręci się wokół tej piekielnej windy, ale czy na pewno? Może autor tylko się z nami bawi, może snuje swą historię tak zawile i pokrętnie, że w końcu sami nie możemy połapać się w tym co jest prawdą, a co sennym koszmarem? Siadajcie wygodnie w fotelu, zróbcie sobie dobrą herbatę, przygaście światła i zanurzcie się w otchłań szaleństwa dzieloną z pewnym bielskim taksówkarzem…

Na sam koniec, klasycznie kilka słów o samym wydaniu. Jak zwykle Vesper stanął na wysokości zadania, podobnie jak Dawid Boldys i jego Shred Perspectives Works. Tym razem oprócz fenomenalnej okładki, Dawid stworzył też klimatyczne ilustracje, które pojawiają się w książce. Świetna robota, zdecydowanie podtrzymuje klimat powieści i pozwala na chwilę przerzucić się z literek na obrazki, nie tracąc nic z mroku i atmosfery 😉


Garth Ennis - "Hellblazer" tom 2.

Miałem chwilę przerwy od Ennisowego Johna Constantine’a, ale te kilka miesięcy zupełnie nie wpłynęło na fakt, że go uwielbiam! 😊 Współpraca scenarzysty z rysownikiem Steve’m Dillonem to czysty ogień. Panowie rozumieją się doskonale i jest między nimi wyraźnie zauważalna chemia. Specyficzny, czarny i bezkompromisowy humor Johna Constantine’a idealnie wpisuje się w mój gust i wielokrotnie podczas lektury albo uśmiechałem się szeroko albo wręcz parskałem śmiechem, oglądając jak słynny Hellblazer podchodzi do życia, problemów zsyłanych na niego przez Niebo i Piekło i jego dość niekonwencjonalnych metod ich rozwiązywania. Taka mieszanka demonologii, okultyzmu i śmieszkowania moim zdaniem jest gotowym przepisem na sukces serii.

Run ten zaczyna się dość spokojnie, ale dla mnie od razu świetnie, bo uwielbiam przygody które dzielą ze sobą John i jeden z niewielu jego prawdziwych przyjaciół – Chas. Tym razem muszą zmierzyć się z tajemniczym prywatnym koncernem, prowadzącym na pustkowiu dziwne badania, do których nieustannie potrzebne im są świeże zwłoki… Jak to zwykle bywa z planem Constantine’a, początkowo wszystko idzie dobrze, ale wykrzacza się mniej więcej po pięciu minutach akcji. Nie inaczej jest tym razem, i nad bohaterami znowu zawisa widmo nieuchronnej śmierci. Ale do głosu dochodzą bardzo silne siły, które nie mogą poradzić sobie i pogodzić się z eksperymentami popełnianymi w ośrodku.

Początkowa część tego potężnego, 460-stronicowego tomiszcza, skupia się jednak głównie na można już powiedzieć „odwiecznym” pojedynku Constantine’a z pewnym rogatym typem, któremu John już dwa razy zaszedł solidnie za skórę i który planuje srogą zemstę i ściągnięcie tego pyskatego śmiertelnika w czeluści Piekła. Jak możecie się domyślić, dopóki John będzie miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia, Diabeł może się pocałować o tam, pod ostro zakończony ogon 😉

Podoba mi się, że poznajemy sporo historii i przeszłości Johna, przeskakujemy w czasie nawet o kilkadziesiąt lat, kiedy to młody Constantine stanął przed dużym wyzwaniem oszukania zarówno „góry” jak i „dołu”. Pewnego dnia do jego drzwi zapukała dziwna para, najwyraźniej myląc go z położnikiem. Kobieta była w zaawansowanej ciąży i twierdziła, że tylko on może im pomóc. Co okazało się prawdą, nasz bohater starał się z całych sił, lawirował i używał całej swojej wiedzy aby nie dopuścić do końca świata dla tych dwojga. O tym co z tego wynikło musicie przekonać się sami, ja mogę wam jedynie zdradzić, że Constantine zdobył w tej przygodzie wieloletnią przyjaciółkę i powierniczkę sekretów. Przyjaciółkę, która mogła bardzo zaszkodzić jego największemu rywalowi z zaświatów. Kiedy upokorzony Diabeł dowiedział się o wszystkim, postanowił rzucić naszemu bohaterowi kolejne wyzwanie.

Żeby jednak czytelnik nie zanudził się ciągłymi utarczkami, wojenkami i wymianą ciosów między dobrem i złem, Ennis wprowadził w tym tomie sporo wątków obyczajowych, dotyczących oczywiście Johna i jego najbliższych. Bo mimo że jest to typ bezczelny, oschły, charakterny i czupurny, to ma też głębsze uczucia – kocha równie mocno co nienawidzi. Oczywiście na pierwszym miejscu jest jego Kit, o którą dba i stara się stworzyć z nią namiastkę rodziny, nie wprowadzając jej zupełnie w „swój” świat. Taką mają umowę. Ale oprócz dziewczyny są też siostra Johna, Sheryl oraz jej córka a siostrzenica Constantine’a – Gemma. I to właśnie jej dotyczy jedna z zebranych w tym tomie historii. Ktoś próbuje ją zaznajomić z okultyzmem, delikatnie wprowadzić w arkana aby nastolatka mogła zemścić się na pewnej zołzie… Na szczęście nasz okultystyczny samiec alfa szybko orientuje się o co biega, i załatwia sprawę jak na niego przystało – skutecznie i z klasą.

Fajnie, że cały tom to nie tylko wieczna walka, bo to by się prędzej czy później znudziło, nawet mimo genialnego humoru. Dzięki wątkom takim jak powyżej, czy chociażby kilkudziesięciu stronom poświęconym imprezie urodzinowej Hellblazera który kończy 40 lat, cała historia nabiera rumieńców i głębi. Postaci stają się trójwymiarowe, nie są płytkimi wytworami scenarzysty, ale widać doskonale że targają nimi dobrze nam znane uczucia, mają rozterki, i oprócz tych rodem z horroru, także przyziemne problemy. Byłem nieco zaskoczony częścią „urodzinową” a zwłaszcza naprawdę mocnym poluzowaniem atmosfery i przede wszystkim gośćmi! Ale o tym słowa nie powiem, nie chcą psuć wam zabawy. Rzeknę tylko na zachętę – morze alkoholu, tona zioła i ekipa rodem z… komiksu!

Ale to wszystko moi drodzy jest jedynie preludium do akcji właściwej. Bo po pozornie sielskim fragmencie, i John i my dostajemy obuchem w potylicę. W przenośni i dosłownie. Historia zaczyna pędzić na łeb na szyję, wielka polityka upomina się o swoje, pewna diaboliczna panienka upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu, a trup będzie słał się gęsto. I to niestety nie tylko tych złych ☹

Życie Johna wywróci się o sto osiemdziesiąt stopni za sprawą jego ukochanej Kit i pewnych decyzji które podejmie. Constantine chyba pierwszy raz w życiu aż tak poważnie się załamie, stoczy, straci sens i chęci do życia. Ale zapuści też brodę, a to na plus. Druga połowa tego tomu, to zdecydowane postawienie na poznanie osoby Hellblazera, jego rodziny, błędów, wspomnień i nierzadko ciężkich przeżyć, które z całą pewnością ukształtowały go i stworzyły go takim jakiego go znamy z późniejszych przygód. Fajny zabieg, początek jest ostry, opisuje kolejne śledztwa naszego paranormalnego detektywa, obrazuje jak bardzo podpadł Piekłu i jego zarządcy, który nie ustaje w kombinowaniu jak dobrać się temu nędznemu śmiertelnikowi do gardła. Końcówka zdecydowanie inna, spokojniejsza choć przepełniona super ciekawymi historiami, retrospektywami i również przygodami, lecz nieco innymi. A ja po tym wszystkim mam nieodparte wrażenie, że John nam dorasta. Za fasadą twardziela i nieustraszonego pogromcy wszelkiego zła czają się różne nowe dla niego myśli. Odwiedza nawet pewnego krewnego w Irlandii, aby pozyskać cenne informacje i zabezpieczyć się na wszelkie sposoby przed nieuniknioną batalią z Piekłem. Mimo lat język i bezczelność nie stępiły się wcale, ale na przestrzeni tych kilkuset stron widać, że zmieniły się i chyba cały czas zmieniają priorytety. Że podświadomie toczy walkę pomiędzy chęcią stabilizacji, a zadaniem jakie ma do wykonania. Jest już też chyba trochę zmęczony. Coraz częściej popada w jakąś lekką apatię, zwłaszcza jak w pobliżu jest ukochana Kit. Po przeczytaniu tego tomu jestem szczerze zachwycony. Autorom doskonale udało się zbalansować ilość bitki i momentów przemyśleń, akcji i czasu kiedy podejmują się ważne decyzje, wpływające na przyszłość głównych bohaterów tej sagi. Zdecydowanie polecam i fanom grozy i osobom które lubią przeczytać sobie po prostu dobry komiks. Ten jest godny tych kilku spędzonych nad nim godzin. Na koniec mały tip – czytajcie przy stole albo biurku, bo ta część runu Ennisa waży dobrze ponad 2 kg 😉


Marcin Kowalczyk – „Bilet w tamtą stronę”.

Zawsze powtarzam, że z połączenia pasji i rzetelności powstaje coś fajnego i dobrego. I kolejny raz miałem rację – debiutancki zbiór Marcina Kowalczyka narobi coś czuję niezłego zamieszania na naszym grozowym, niszowym poletku. Obraca się on wokół kolei. I to tej klasycznej, buchającej parą, śmierdzącej, hałaśliwej i mrocznej.
„Bilet w tamtą stronę”, który ujrzał światło dzienne dzięki Wydawnictwu IX, to zbiorek dwudziestu króciutkich opowiadań, w których autor romansuje sobie subtelnie z tajemniczą aurą jaka otacza temat kolei. Ja wsiąkłem zupełnie, trafiają do mnie takie teksty, podoba mi się ta lekko klaustrofobiczna atmosfera która unosi się wokół małych stacyjek, gdzieś pośrodku lasów, z jednym niewielkim peronem i jedną obsługującą to wszystko, pełną pasji osobą. Wszystkie teksty z tego zbioru przybliżają czytelnikowi metafizyczną stronę świata kolejnictwa. Tę sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat nawet bardziej, bo zdecydowanie jestem sobie w stanie wyobrazić, że te potężne metalowe monstra w których trzewiach drzemią ludzie, leniwie przemierzające i połykające kolejne kilometry pomiędzy malutkimi stacjami, to jest coś lekko nadnaturalnego, niepokojącego. Rozumiem także podejście autora i chęć dodania do tego nieco grozy, strachu i respektu przed pociągami. Książka ofiarowuje nam przeróżne historie, od czysto obyczajowych, poprzez kryminalne, aż po te rodem z horroru czy nawet science fiction. Autor swobodnie porusza się między gatunkami, lawiruje i snuje swe fantazje z niemałym literackim kunsztem. Nie jestem fanem porównywania młodych pisarzy do ich słynnych poprzedników, ale wyraźnie widać tu wpływ Stefana Grabińskiego i jego fascynacji koleją. Specyfika i język oczywiście są tu inne, ale gdzieś tam wśród zalesionych wzgórz, trakcji i nasypów snuje się duch Graba i pokazuje autorowi kciuk w górę, uśmiechając się przy tym złowieszczo.

W zbiorku przewija się kilkunastu bohaterów, ale zdecydowana większość historii jest spięta jednym z nich – Covalusem, który początkowo jest dróżnikiem, z biegiem lat awansuje i zmienia kilka razy rodzaj wykonywanej dla PKP pracy, by finalnie zostać wewnętrznym śledczym na kolei. Zajmuje się wypadkami, tragediami na torach, rozwiązuje pewne niewyjaśnione kolejowe zagadki. Pomaga mu w tym czasem jego dawny przełożony, a później wieloletni przyjaciel – Kalota. Panowie uwielbiają się spotykać, rzucić coś na ząb, obalić kilka flaszek i rozmawiać o życiu. A historii na kolei nie brakuje – każdy dzień, każda zmiana przynosi nowe tajemnice i zalążki przyszłych legend. Jako fan subtelnej grozy doceniam zwłaszcza te najdziwniejsze i najbardziej oderwane od rzeczywistości teksty. Mamy tu pociąg widmo, który razem z pasażerami zniknął nagle z trasy kilkadziesiąt lat temu, ponieważ już po jego wyjechaniu w życie weszło nowe kolejowe prawo. Mamy kilka opowieści ściśle związanych z drugą wojną światową, smutnych i pełnych żalu, gdzie mniej jest fantastyki, a zdecydowanie więcej prawdziwego strachu i śmierci. Fani alternatywnych wersji historii powszechnej także znajdą tu coś dla siebie, podobnie jak czytelnicy zafascynowani weirdem i na przykład Lovecraftem, bo autor i dla nich przygotował pewne literackie smaczki. Czy istnieją światy równoległe, gdzie mimo śmierci w naszej rzeczywistości można dalej żyć? I jaka jest cena takiego żywota?

Jak na zbiór opowiadań sygnowany logiem „Misterium Grozy” przystało - otacza nas śmierć, niepokój i cały wachlarz negatywnych uczuć. Nie znajdziemy tu opowiadań wesołych, nie ma nawet wstawek „na rozluźnienie”. Cały czas błądzimy wśród niesamowitości, nierozwiązanych zagadek, i przedziwnych sytuacji w które wplątują się bohaterowie. Poznamy małego chłopca, który przyjeżdża do dziadka na wakacje i momentalnie zaraża się pasją do pociągów. I jak to na dziecko przystało łaknie i chłonie wszelkie legendy związane z kolejnictwem. Także tę najbardziej mroczną, o przerażającym błędnym sygnale, który wyświetla się czasem i wprowadza w błąd maszynistów doprowadzając tym samym do tragedii. Spotkamy się z dobrodusznym siłaczem, który aby ratować innych wespnie się na wyżyny swoich fizycznych możliwości i poświęci to co każdy z nas ma najcenniejszego. Przeczytamy o potężnym wybuchu w bazie wojskowej, który spowoduje ciężkie obrażenia kilkuset żołnierzy, a także dziwne i mroczne zachowanie ich przełożonych. Dowiemy się jakie tajemnice kryją odstawione na bocznice nieoznakowane wagony, i że może się w nich kryć absolutnie wszystko, łącznie z czystym szaleństwem… Ale oprócz solidnej dawki grozy, dostaniemy tu także porcję kryminałów podszytych mrokiem i nierozwiązanymi od lat łamigłówkami. Czemu na planach stacji nie uwzględniono dziwnej piwnicy, co się w niej znajduje i jak wiąże się to z pewnymi braćmi oraz owczarkiem niemieckim widywanym w okolicy? Jedno z opowiadań zdecydowanie spodoba się umysłom ścisłym, ponieważ jego bohater rozwiązuje sekret kolejowych wypadków i ilości ofiar w poszczególnych sprawach. Dzięki matematyce dochodzi do przerażających wniosków, a kiedy już to robi, pojawiają się przed nim nowe możliwości ale także potężne siły, które dają mu ultimatum…
A to tylko niektóre z przygód jakie czekają na was w tym objętościowo małym, ale literacko bardzo bogatym, zbiorze opowiadań. Autor pokazuje, że jego wyobraźnia w połączeniu z pasją do kolei to coś po co zdecydowanie warto sięgnąć.

Co do minusów zbioru, bo takie również są – co prawda podoba mi się bardzo formuła, ale osobiście wolałbym zamiast aż dwudziestu krótkich tekstów, powiedzmy pięć lub sześć dłuższych, rozwijających należycie historie w nich zawarte. Minusem jest też dla mnie fakt, że każda historia jest zamknięta – dość szybko rozwiązana i zakończona. Brakuje mi tu otwartych zakończeń, które spowodowałyby falę domysłów i brnięcia wyobraźnią coraz dalej, mimo skończonej na kartach książki historii. Autor nieco za szybko przebywa dystans między początkiem a końcem każdego swojego opowiadania. Mimo, że mamy tu dwa przypadki w sumie dłuższych tekstów rozbitych na mniejsze – mowa o sześciu opowiadaniach z numerami wagonów oraz o „Nastawni”, która składa się z trzech części i jest moim zdaniem najlepszą rzeczą w zbiorze, to jednak mam wrażenie że Kowalczyk za bardzo „rozmienił się na drobne”. Mam pewne podejrzenia co do celowości takiego działania – debiutant często zaczyna od krótkich tekstów ponieważ nie starcza mu póki co warsztatu na odpowiednie rozwinięcie każdej historii. To trochę takie „macanie tematu”, rozpisanie sobie pomysłów i zamiast umieścić je w kilku większych odrębnych opowiadaniach, tworzy się kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt malutkich form, aby tak naprawdę tylko liznąć każdą z poruszanych w nich kwestii, nie poszerzając jej zbytnio. Ja to rozumiem i mam nadzieję że ten debiutancki zbiorek przyczyni się do rozwinięcia przez autora skrzydeł i doczekamy się kiedyś pełnoprawnej, grubaśnej powieści. Ja chętnie bym taką przeczytał.

„Bilet w tamtą stronę” zabiera nas w podróż w czasie i światach oraz alternatywnych wersjach naszej historii. Błądzimy po lasach, wsłuchujemy się w ciszę nocy wśród której z czasem zaczynają do naszych uszu docierać dalekie, a po chwili coraz głośniejsze dźwięki mknącego po torach i rozdzierającego ciemność pociągowego składu. Trzeba zdecydowanie podkreślić i docenić także pracę jaką wykonał autor w kontekście researchu i przygotowań do pisania. Praktycznie na każdej stronie mamy kolejarski język, zwroty i dokładne opisy fachu kolejarza, maszynisty i całego sztabu ludzi związanych z każdym szczeblem pracy na kolei. Zwrotnice, bocznice, nastawnie, „sygnał na wyjazdowym” - bardzo przyjemnie się to czyta, widać ogromną wiedzę i fascynację autora, dzięki którym ten zbiór nabiera także powagi i wartości. Wydaje mi się nawet, że momentami ta nadnaturalność jest jedynie dodatkiem, a Marcin skupia się zdecydowanie bardziej na samym wątku pociągów i spraw związanych z nimi. Zbiorek Kowalczyka to powiew świeżości w polskiej grozie, a jego lektura to świetnie i miło spędzony czas. Ja sobie wręcz dawkowałem opowiadania i rozłożyłem lekturę na kilka dni, żeby spokojnie i bez pośpiechu poznawać kolejne przygody Covalusa i razem z nim rozwiązywać zagadki w które pakuje go praca na kolei.


Dawid Kain – „Wszystkie grzechy Korporacji Somnium”.

Większość z nas myśląc i fantazjując o przyszłości, zarażona wizjami reżyserów filmów sci-fi, czy pisarzy odlatujących w kosmos dosłownie i w przenośni, sądzi że będzie łatwiej i przyjemniej. Że postęp technologiczny pozwoli nam wyeliminować choroby, przedłużyć życie, i generalnie poprawić nasz byt. Dawid posunął się nieco dalej. I zdecydowanie jego wizja niedalekiej przyszłości, zdominowanej przez nieograniczony postęp technologiczny, nie jest wizją ani pozytywną ani przyjemną, choć możliwości jakie dał swoim bohaterom, mogą skłaniać czytelnika ku temu że jest pięknie i lekko, przynajmniej na początku. Autor stawia bowiem czytelnika przed nie lada wyzwaniem. Oczywiście spodziewałem się tego po Dawidzie, byłbym zasmucony gdyby tak nie było!

Zbiór „Wszystkie grzechy korporacji Somnium” jest niezwykle równy, a poprzeczka została przez autora powieszona bardzo wysoko. Z tym, że nie jest to groza. Albo może inaczej, nie jest to groza oczywista. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dark sci-fi, z absolutnymi dystopiami, z problemami ludzi przyszłości. Ale jeśli pomyślimy nad każdym z tych krótkich tekstów chwilę, możemy spokojnie wyłuskać z nich naprawdę konkretną dawkę horroru. Jeśli nie macie takiego wrażenia, spróbujcie wcielić się na chwilę w bohaterów poszczególnych opowiadań i postawcie się w ich sytuacjach, spróbujcie zastanowić się jakiś świat was otacza, jaka jest wasza przyszłość, czy macie w ogóle cokolwiek do powiedzenia w jej temacie. Okaże się wtedy, że nie znaczycie więcej niż trybik w potężnej maszynie, że czeka was w najlepszym przypadku śmierć, a czasem i ona nie jest możliwa. Ja mam po lekturze bardzo mroczne myśli, podczas czytania czułem niepokój, bo nie znoszę sytuacji w których nie mam spraw pod kontrolą, lub chociaż mogę cokolwiek zrobić, na cokolwiek wpłynąć. Większość bohaterów zbioru Dawida pozbawiona była tych elementarnych opcji…

Już pierwsze z siedmiu opowiadań zgromadzonych w tej cienkiej, 120 stronicowej książeczce, fantastycznie i ze smakiem wydanej przez Wydawnictwo IX, stawia nas do pionu i powoduje lawinę spekulacji wewnątrzczaszkowych. W „Matkach na przemiał”, Ziemia staje się wyludniona, przeżywają jedynie ludzie, których mamy zdecydowały się na pewną eksperymentalną terapię w trakcie ciąży. Jej efekty są tyleż ciekawe co mroczne, i prowadzą do szerokiej gamy przemyśleń u czytelnika. Czy nieśmiertelność jest fajna? Czy warto żyć wiecznie? Czy chcielibyście, jak ludzie podczas przemiany w wampiry, zachować aktualny wygląd już na zawsze? Jak wykorzystalibyście fakt, że liczba osób na planecie nigdy się nie zmieni, ba – będą to zawsze te same jednostki?

Drugie opowiadanie – „Wersje” - także nie bierze jeńców. Wyobraźcie sobie nasze życie, które toczy się swoimi torami, ale może nie być tym właściwym. Brzmi zawile? Cywilizacja opisana przez autora jest nieustannie nadpisywana, istnieje nieskończona ilość światów równoległych, które mieszają się i przenikają, wpływając tym samym na wszystkich ludzi, ale także na każdy aspekt każdego życia, pogodę, a nawet takie drobnostki jak kawa w knajpie. Bohater tej historii zostaje oskarżony o coś absurdalnego, ale według prawa jak najbardziej możliwego, musi się więc bronić. Pewnego rodzaju oazą spokoju w tym nieustannym chaosie zdarzeń są Domy Wspomnień – miejsca w których za opłatą możemy sprawdzić czy żyjemy w prawidłowej wersji przypisanej nam rzeczywistości. Mężczyzna udaje się tam aby sprawdzić i być może naprawić najprawdopodobniej nadpisaną z innej rzeczywistości sytuację, która może go pogrążyć…

„Ciało i krew” – chyba najlepszy tekst tego zbioru. Fenomenalnie ukazane religijne zaślepienie. Przedstawiony przez autora świat, który wyraźnie dzieli się na „jezusowy” i „diabelski”, gdzie tak naprawdę wyznawcy Chrystusa mieszkają w otoczonych murem dzielnicach, oazach w których panuje ład i porządek, a prawa boskie są najważniejsze i według nich należy żyć. Poza nimi, w innych dzielnicach i miastach panuje satanistyczny chaos, zezwierzęcenie, Sodoma i Gomora. Brak poszanowania jakichkolwiek zasad moralnych czy społecznych. Ludzie kopulują na ulicach, zabijają i atakują innych w rytm death metalu, wrzasków i wycia. Pięknie nam to Dawid zaserwował i opisał, jest tak plastycznie, idealnie widać podział na czerń i biel w tym świecie przyszłości. W takich warunkach przyszło żyć pewnemu mężczyźnie, który samotnie wychowuje jedynego syna. Syna posłusznego, wiernego zaszczepionym ideałom, świetnie się uczącego i mającego szacunek okolicznych księży. Ale wszystko do czasu, jak to zwykle bywa coś idzie nie tak, najwyższe kościelne władze w tajemnicy prowadzą pewien eksperyment, którego efekty przekroczą najśmielsze oczekiwania religijnych fanatyków. A wszystko to wpłynie bezpośrednio na ojca i syna (bez ducha świętego 😉). Genialne opowiadanie, wizualizowałem je sobie zarówno w trakcie czytania jak i długo po – to w ogóle jeden z najlepszych krótkich tekstów jakie przeczytałem w życiu. Można z niego wyciągnąć także sporo nauki odnośnie tego co pcha ludziom do głów Kościół i religia. Oczywiście Dawid mocno przekoloryzował ten świat, chociaż i nad tym można się pochylić, bo jak śledzę to co się dzieje, jak religia wpływa na naszą codzienność, jak hierarchowie kościelni są chronieni, jakimi pieniędzmi i władzą dysponują… to przeraża i daje solidnie do myślenia.

„23 minuty” zapomniałem wspomnieć wcześniej, ale w zdecydowanej większości opowiadań pojawia się oczywiście tajemnicza tytułowa Korporacja Somnium. Czasem opisywana jest w domyśle, czasem bardziej dosłownie. I do tej drugiej grupy należy wrzucić ten tekst. A oprócz tego, że jest on o przyszłości, o ingerencji w nasze mózgi, o tajemniczych eksperymentach w piwnicy, o nakładaniu się czasoprzestrzeni, o światach równoległych, to przede wszystkim jest o miłości. Bezgranicznej, wiecznej, zapętlonej i prawdziwej. Miłości ojca do córki, uczucia którego nie jest w stanie zatrzymać nawet śmierć. Tekst nieco podobny pod pewnymi względami do „Matek na przemiał”. Konkretnie chodzi mi o technologię, a właściwie jej nieograniczone możliwości, które stały się udziałem bohaterów. Ukazane tutaj uczucie jest piękne, ponadczasowe, wydaje się czymś tak podstawowym i niezniszczalnym że nie może zostać pokonane przez nic i nikogo. Ale warto spojrzeć też na drugą stronę medalu – poziom poświęcenia rodzica, strachu, niepewności, frustracji i bólu. Głębokie i szczere.

„Muzeum snów” – kolejna oda do samotności. Historia pewnego mężczyzny, introwertyka wysokiego poziomu, którego życie składa się z pracy, czyli przepisywania tekstów Marka Danielewskiego (uśmiech dla fanów „Domu z liści”) oraz jedynej pasji – poszukiwań informacji o pewnym tajemniczym Muzeum Snów oraz samego muzeum także. Jak czytałem ten krótki tekst, miałem wrażenie że otula go jakaś mgła. Że brodzimy w spowalniającej nasze ruchy i myśli substancji. Wszystko tu dzieje się niezwykle spokojnie, wręcz leniwie. Kiedy nasz bohater otrzymuje dziwną wiadomość od swojego jedynego kolegi, wyrusza pod wskazany adres i tam dopiero zaczyna się akcja właściwa. Ale co było dalej, musicie przeczytać sami. Dawid znowu pozostawił wiele czytelnikowi. Całe mnóstwo domysłów, rozwiązań i możliwych wyjaśnień całej historii. Super „płynnie” rozwiązał temat dwóch przyjaciół, bardzo mi się taki zabieg podoba. Ale czy było ich na pewno dwóch? 😉

„Książę kłamców” – najdłuższe i zarazem najdziwniejsze, najbardziej odstrzelone w kosmos opowiadanie. Mnóstwo nawiązań do filmów czy literatury, także grozy. Miasto Neonów, metropolia przyszłości, w której wyraźnie widać podział na klasy, społeczeństwo posiekane jest niewidocznymi murami, które oddzielają biedotę i literackich ćpunów od bogaczy i splendoru. Do tej pierwszej grupy należy główny bohater Maks i jego dziewczyna Klara. Uzależnieni od literatury niskich lotów, Guya Smitha, horrorów klasy B i C, space oper i wszelkich innych książek które wpadną im w ręce. Uzależnionych dosłownie, bo w świecie wykreowanym przez autora, książka to narkotyk, ciężko ją zdobyć, ale działa jak solidna porcja grzybków. Zanurzenie się w opisywane w niej historie równa się radości i odlotom po wciągnięciu białej ścieżki zdrowia. Bohaterowie zrobią wszystko aby zdobyć nowe tytuły i móc przenieść się z tego paskudnego, zboczonego i ohydnego świata gdzieś indziej, daleko. Uzależnienie tyczy się to także kwestii odstawienia, bo już po kilku godzinach ludzie odczuwają fizyczny ból, niepokój czy wręcz strach. Maks zawsze był wyalienowanym wyrzutkiem, trzymał się z boku, miał inne zdanie i trwał przy nim mimo ataków rówieśników. Po jednym z nich poznał i zaprzyjaźnił się z podobnym sobie chłopakiem – Danielem Mareckim. Gościem, który i bez literatury potrafił wspiąć się na niedostępne dla większości ludzi poziomy wyobraźni i dziwności. Jego pomysły szokowały nawet Maksa, ale podobały mu się, to było coś co ich zbliżało i pozwalało na chwilę wytchnienia w tym szalonym świecie. Tym bardziej, że Daniel cały czas utrzymywał że nie jest człowiekiem, że przybiera tylko ludzką formę aby móc jakoś funkcjonować w społeczeństwie. Jego celem było jednak zniszczenie Miasta Neonów i uparcie twierdził, że zna doskonały sposób aby ten plan ziścić. Pewnego dnia Daniel zniknął, Maks był już jednak narkomanem, coraz częściej odpadał z rzeczywistości na długie godziny, nie przejął się więc specjalnie tym faktem. Jednak kilka lat po tym zdarzeniu, do jego drzwi zastukał wysoki ubrany na czarno dżentelmen, który za górę książek zlecił mu odnalezienie starego kumpla i jego najnowszej książki, która była według niego i jego mocodawców (Somnium) żyłą złota. To co dzieje się dalej jest snem wariata. Dawid z lubością bawi się w Boga, miesza ludziom w głowach, zamienia ich miejscami, przerzuca między ciałami tę jedną jedyną, główną postać. Ale na pewno nie spodziewacie się co zrobi Maks po odnalezieniu starego przyjaciela. A może Daniel wcale nie zaginął, może jedynie przyczaił się, chcąc w spokoju wdrażać swój plan?

„Monument” – ostatni tekst, który mnie osobiście najmocniej uderzył, i z którym czuję się najbardziej związany. Dzięki mojemu synowi, którego bardzo przypomina synek głównego bohatera opowiadania. Jest to dziecko wyjątkowe, niepełnosprawne, nie mówiące, ale mające jedyny w swoim rodzaju dar. Jest oczkiem w głowie rodziców, bardzo aktywnym i absorbującym szkrabem. Uwielbia dalekie spacery, ciągnie wręcz rodziców na małe maratony – dzień w dzień, niezmordowany poszukuje wrażeń i jeszcze czegoś, czego nie zdradzę aby nie psuć lektury.

O ile pierwsza połowa tej historii była w miarę „normalna” i miałem wrażenie że wiem dokąd zmierza, to po pewnym bardzo ważnym wydarzeniu, akcja wykręciła pirueta i zaczęła żyć własnym życiem. Kompletnie nie spodziewałem się takiego zakończenia ani nawet poprowadzenia fabuły. Znowu mamy niewyobrażalny ogrom bólu i pustki, które wpływają na głównego bohatera, jego życie i dalsze poczynania. Dawid fantastycznie potrafił pokazać nam ten ból, przemianę, kwestię psychologiczną, zatracenie się w szaleństwie ojca. Ten tekst naprawdę robi wrażenie, na pewno pozostanie ze mną na długo, a finał to, mam wrażenie, dzieło Lyncha na dopalaczach. Wielkie WOW!

Mam wrażenie, że nie jest to recenzja pełna, chciałbym Wam zaserwować dużo więcej, ale Dawid pisze tak specyficznie, tak kręci fabułą, wplata tak kosmicznie niewiarygodne wątki i postaci, że zrobiłby się z tego jeden wielki spojler, a za nic nie chciałbym Wam odbierać przyjemności i ciarek które powoduje lektura. Zbiór Kaina jest przeznaczony dla świadomych odbiorców, to nie jest lektura szybka, łatwa i przyjemna. Po tych tekstach zostanie wam w głowach chaos, a w ustach metaliczny posmak. Wizje przyszłości nie będą już takie słodkie, a na słowo „nanoroboty” wzdrygniecie się. I bardzo dobrze, doceniajmy pracę autora, jego wyobraźnię i fakt że zdaje sobie sprawę że pisze dla garstki, a jednak nigdy tego nie zarzucił, a stale rozwija się i poprawia warsztat. Podoba mi się w prozie Dawida, że jego teksty można analizować na kilku płaszczyznach, można zanurzyć się w otchłań wyobraźni, spojrzeć na to co pisze przez jego ramię, wczuć się i finalnie wyciągnąć z jego opowiadań dużo więcej niż zostało napisane. To dość rzadkie w obecnych czasach, mnie odpowiada bo szukam w literaturze zupełnie czego innego niż jeszcze kilka lat temu, kiedy jedynym bodźcem do zabrania się za lekturę było fajne spędzenie czasu. Teraz chcę do tego dołączać właśnie możliwość zgłębienia myśli autora, postawienia się w roli jego bohaterów i sytuacji które ich spotykają. Też tak macie, czy to ja już świruję? Każde z opowiadań zaserwowanych nam przez Dawida w tym zbiorze to czysto futurystyczne, melancholijne, przepełnione smutkiem i samotnością wizje. Brak tu happy endów, niewiele idzie po myśli postaci które stworzył autor, los jest im raczej przeciwny i rzuca coraz to nowe kłody pod nogi. Jest buro, szaro, mokro i lepko. Na moich ustach podczas lektury pojawiał się jednak od czasu do czasu lekki uśmiech. Wtedy, kiedy wyłapywałem ukłony w stronę czytelnika, nawiązania do literatury czy filmu. Zgrabnie wplecione, nienachalne, były jak krótkie ale intensywne promienie słońca w pochmurny, jesienny dzień.


"DIE 1 - Fantastyczne rozczarowanie"

Rok 1991, sesje RPG to jedna z największych przyjemności młodych ludzi. Uciekanie w fantazje, tworzenie wyidealizowanych postaci i spędzanie godzin lub całych nocy w wyimaginowanych światach, z prawdziwymi przyjaciółmi ze świata rzeczywistego. Tak czas uwielbiała spędzać paczka znajomych nastolatków, gdzieś w Anglii. Ten wieczór nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo, ot szóstka graczy zbiera się w domu jednego z nich, Mistrza Gry – Solomona. Tworzą swoje postaci, losują kości i rozgrywka się rozpoczyna…ale coś idzie nie tak jak zwykle, coś się zmienia i młodzi ludzie zostają wessani do tajemniczego erpegowego świata. Znikają z naszej rzeczywistości na 2 ziemskie lata…

Po takim początku „Fantastycznego rozczarowania” przyznam szczerze, że wróciły wspomnienia moich lat 90’, kiedy to na Zielonej Szkole poznałem kilku starszych gości i Warhammera! Te opowieści, historie snute nocami, krasnoludy, magia, nieustanne rzuty kośćmi, tworzenia postaci i delektowanie się walką i zdobyczami – ahh cóż za błogie czasy to były 😊

Z wielką przyjemnością przeczytałem komiks stworzony przez Kierona Gillena (scenariusz) oraz Stephanie Hans (rysunki) w świetnym jak zawsze tłumaczeniu Pauliny Braiter, znanej polskim czytelnikom doskonale z prac nad polskimi wydaniami książek Stephena Kinga, Neila Gaimana czy J.R.R. Tolkiena. Nawet byłem nieco zaskoczony szczerze mówiąc, że pani Braiter zajmuje się też komiksami. Polskie, dość niepozorne wydanie pierwszego tomu „DIE” zawdzięczamy NonStopComics, a ja osobiście Pawłowi Deptuchowi, który jak zwykle o mnie pamiętał i podesłał egzemplarz do recenzji. Nie wiem czy wpadłbym na ten komiks gdyby nie Paweł, bo nie jest to stricte groza, powiedziałbym że to sentymentalne dark fantasy, ze sporą dawką ukłonów dla czytelnika w postaci odniesień do literatury, różnych systemów gier fabularnych czy filmów. Grozy oczywiście także nie brakuje, momentami jest dość krwawo i brutalnie, ale wszystkie takie sceny mają miejsce w tajemniczym Świecie Kości, nasza ziemska rzeczywistość występuje głównie w retrospekcjach bohaterów. Ale wracając do fabuły, nie chcę spoilerować, ale nasi odważni gracze będą musieli jeszcze raz pojawić się w grze, przenieść do innego czasu i wymiaru, ponieważ zostały tam pewne niedokończone sprawy i zadania. Mimo, że minęło kilkadziesiąt lat, a z nastolatków zrobili się ludźmi po 40-tce, coś ich do Świata Kości przyzywa, daje znaki i nie odpuszcza. Zbierają się więc jeszcze raz – Dyktatorka (krzyżówka Kleopatry z Machiavellim), Rycerz rozpaczy (przekuwa smutek w broń, dosłownie), Neo (tu mamy do czynienia z postacią typowo cyberpunkową), Bogodzierżca (najciekawsza postać, potrafiąca kontaktować się z bogami) oraz Głupiec (randomowe zdolności, wie że sobie poradzi 😉), i wracają do świata wykreowanego przez Nadmistrza Gry…

„Fantastyczne rozczarowanie” to kompilacja klasycznego przygodowego erpega, pełnego magii, nadnaturalnych stworów i krasnoludów, z cyberpunkowymi metalowymi smokami, mrocznymi knowaniami elfów, wieloma różnorakimi lokacjami, które albo są kompletnie wymyślone i stworzone od podstaw tak jak Szklane Miasto, lub też nawiązującymi do rzeczywistych – Wieczne Prusy, w których trwa ciągła wojna i rzeź. Nasi bohaterowie, jeśli chcą wydostać się z fantazji, wrócić do prawdziwego świata i prawdziwego życia, bo każdy przecież ma swoje zobowiązania, rodziny, dzieci i pracę, będą musieli przebrnąć przez misje które przygotował dla nich nowy Nadmistrz – a miał na to bardzo dużo czasu, właściwie tyle samo, ile oni spędzili po powrocie ze Świata Kości na Ziemię…

Najnowszą powieść graficzną Gillena czyta się szybko i płynnie, rysunki i kolory są wyraziste i doskonale budują klimat historii. Bohaterowie i ich moce są dosyć infantylni, bo wiadomo jak to jest jak się tworzy postać w grze fabularnej 😉. Ale już relacje, uwagi, pretensje i uczucia jakie krążą wśród nich są jak najbardziej prawdziwe i realne. Pewnie dlatego, że gromadzone były przez kilkadziesiąt lat, a ponowne przeniesienie się do świata zmyślonego pobudziło wspomnienia, zatargi i miłostki z lat młodzieńczych. I to jest, obok fantastyki bardzo ważny wątek całej opowieści, bo na nim budują się relacje i decyzje jakie paczka przyjaciół podejmuje. Jest sporo rozmów, wyjaśnień, przeprosin i generalnego oczyszczania atmosfery w grupie. Ale jak to zwykle bywa, nie każdemu wszystko się podoba i nie każdy ma takie same plany na przyszłość. A w tym przypadku, jedna wyłamująca się osoba to bardzo poważny problem. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, bierzcie się do lektury „DIE”, na pewno nie będzie to czas zmarnowany, a jak macie takie wspomnienia związane z grami RPG jak ja, to i uśmiech nostalgii powinien się na waszych buziach pojawić. „Fantastyczne rozczarowanie” skierowane jest przede wszystkich właśnie do fanów wszelakich gier fabularnych, a co za tym idzie także fantasy i sci-fi. Jest nieco grozy, liźnięta jest powszechna historia w wersji alternatywnej, sporo tu nawiązań do klasycznych dzieł pokroju „Władcy Pierścieni”, ale nie ustrzeżemy się także oczywistych powiązań chociażby z „Jumanji” czy „Stranger Things”. I bardzo dobrze, konwencja jak najbardziej to dopuszcza, a historia jest na tyle rozbudowana i luźna, że w ogóle takie skojarzenia nie przeszkadzają.

Czekam na kolejne historie tworzone przez duet Gillen-Hans, bo to po prostu świetna rozrywka nie wymagająca specjalnego angażowania się. Ale i takie komiksy, ładne i proste, są nam potrzebne do szczęścia.


"Posiadłość" tom 1

„Posiadłość” tom 1 – Tim Daniel, Michael Moreci

Miałem pewne obawy czy stawianie na aż tak klasyczny horror to dobry pomysł dla wydawnictwa które dopiero raczkuje na naszym rynku. Ograne do bólu motywy śmierci, nawiedzonego domostwa wśród bagien, potworów czających się w ciemności i wszechobecnej tajemnicy. Znając te elementy, każdy z nas w głowie może ułożyć sobie scenariusz jak przebiegała będzie akcja i jakie elementy na bank się w tej historii pojawią. No i się pojawiają, ale mimo wszystkich powyższych wątpliwości, mnie przygoda z pierwszym tomem „Posiadłości” bardzo się spodobała. Nic tu nie jest przesadzone, klimat grozy czuć od pierwszej do ostatniej strony, a sama końcówka wywołuje w czytelniku agresję, bo komiks kończy się w najlepszym i najgorszym momencie jednocześnie. Najlepszym dla wydawcy i autorów, bo każdy czytelnik sięgnie po kolejną część historii, z ciekawości i chęci poznania dalszych losów rodziny Blainów, a najgorszym - bo trzeba czekać! Mimo, że ten fenomenalnie dopracowany wizualnie komiks to zbiór jedynie pierwszych czterech zeszytów oryginalnego „The Plot”, autorstwa Tima Daniela i Michaela Moreci, wydawnictwo zapewne już pracuje nad kontynuacją, to po przerzuceniu ostatniej strony czuje się ogromny niedosyt i smutek że to już koniec…

Mimo, że sama historia jest w gruncie rzeczy oklepana i przewidywalna, to autorom udało się zbudować niesamowity klimat małego miasteczka gdzieś wśród bagien Maine, pełnego tajemnic i otwartej wrogości dla rodu Blainów, którzy Cape Augusta założyli ale jednocześnie są dla niego przekleństwem. Sam ród także nie stronił w swej długiej historii od dziwnych zdarzeń i niewytłumaczonych po dziś dzień historii oraz trupów wręcz wysypujących się z szaf ich rodzinnej siedziby. Coś zdecydowanie złego i potwornego przyczepiło się do tej rodziny i od wielu lat powoduje niekończący się korowód śmierci. Akcja tomu pierwszego dzieje się w 1974 roku, a wątkiem głównym jest śmierć Charlesa Blaine’a i jego żony, a tym samym osierocenia dwójki dzieciaków – Mackenzie i Zacha, nad którymi pieczę przejmuje zakała rodziny, czarna owca, wieczny lekkoduch i unikający obowiązków jak tylko się da – Chase Blaine, brat rodzony Charlesa. Zabiera on dzieci do rodowej siedziby w Cape Augusta aby postarać się odnaleźć w zupełnie nowej dla siebie roli opiekuna i zapewnić młodym jak najlepsze warunki. I praktycznie od pierwszego kroku postawionego na ziemi Blainów zaczynają się kłopoty. Miejscowy szeryf, który doskonale orientuje się w historii rodu oraz zna Chase’a i jego podejście do życia, wyraźnie daje mu znać że nie życzy sobie żadnych kłopotów a najlepiej byłoby jakby chłopak odwrócił się na pięcie i wrócił tam skąd przyszedł. Tymczasem rodzeństwo zaczyna zwiedzać posiadłość i okoliczne włości, i od razu wyczuwa że z tym miejscem jest coś bardzo nie tak. Nie zdają sobie jednak zupełnie sprawy z czym będą musieli się zmierzyć, jakie okropieństwa czają się wokół nich i jak historia poprzednich pokoleń ich rodziny jeszcze wielokrotnie wpłynie na ich losy.

Jest naprawdę ciekawie, mrocznie, ciemno, mgliście i tajemniczo. Niby oczywiste w horrorze, ale ja wsiąkłem w ten klimat i kupuję historię z całym dobrodziejstwem inwentarza. Autorzy powoli odsłaniają nam kolejne wątki i tajemnice, a ja mam wrażenie że każdy mieszkaniec miasteczka, a nawet każdy krzak i drzewo coś ukrywają. Autor grafik Joshua Hixson spisał się doprawdy fenomenalnie, bo jego wizja tej historii powala aurą niesamowitości, sceny „strachu” są dynamiczne i genialnie oddają uczucia bohaterów, a kiedy coś skrada się nocą po pustych korytarzach, zostawiając mokre, błotniste ślady na dywanach i deskach podłóg, dosłownie słychać ciche plaśnięcia dziwnych, wynaturzonych stóp…Chociaż muszę przyznać szczerze, że od strony graficznej „Posiadłość” bardzo kojarzy mi się z „Potworem z bagien”, częściowo też zapewne przez historię i wspólne cechy obu komiksów. Początkowo też nie do końca trafiały do mnie niektóre rysunki, zwłaszcza twarze bohaterów, ponieważ wyglądały na nieco niedorobione, niedokończone. Ale finalnie taka kreska doskonale wpasowuje się w klimat, jest nie do końca wyrazista, nieco zamazana i jakby „rozcieńczona” (if you know what I mean). Zdecydowanie jednak warto dać tym grafikom szansę się wykazać, bo im dalej w historię, tym bardziej wczuwamy się w problemy i strachy bohaterów.

Oprócz wątków czysto horrorowych i potwornych, ważną część pełnią także elementy obyczajowe, zwłaszcza postać Blaine’a i jego stopniowych zmian w sposobie myślenia i podejściu do życia. Z olewającego wszystkich i wszystko mentalnego gówniarza, mężczyzna dość szybko przeistacza się w czułego i opiekuńczego faceta, który zaczyna odkrywać w sobie uczucia i odpowiedzialność. A nie jest w tym osamotniony, bo pomocną dłoń wyciąga ku niemu dawna, młodzieńcza miłość - Reese, która zostaje nauczycielką rodzeństwa i od razu czuje z nimi swoistą więź.

Przeplatające się tu wątki społeczno-obyczajowe z tajemnicami oraz czystą grozą w postaci zarówno duchów jak i przeróżnych monstrów, tworzą bardzo ciekawy i pociągający misz-masz. Komiks czyta się bardzo szybko, w pewnym momencie złapałem się nawet na tym, że specjalnie zwalniam i analizuję bardziej niż zwykle, żeby tylko maksymalnie odwlec w czasie przewrócenie kolejnej strony.

Muszę zdecydowanie pochwalić także „Wydawnictwo Lost in Time” za dobór tytułów, bo zarówno ich debiutancki „Dziki Ląd”, jak i „Posiadłość” wręcz ociekają klimatem i każdy fan grozy czy niesamowitości będzie w pełni usatysfakcjonowany z lektury. Chociaż oba tytuły diametralnie różnią się fabułą, lokacjami i tematami przewodnimi, co też uważam za plus, bo poprzez takie subtelne badanie rynku wydawca zdobywa doświadczenie, ugruntowuje swoją pozycję na rynku i kłania się czytelnikom oraz ich gustom, aby w przyszłości inwestować w tytuły, które będą sprawiały im frajdę. Jeśli dodamy do tego jakość wydawanych albumów, twardą oprawę, doskonały papier i kolory, otrzymujemy pełnowartościowy produkt, który niezwykle przyjemnie się trzyma w dłoni i czyta. Połączenie doskonałe. Z niecierpliwością czekam zarówno na kolejne części „Posiadłości”, jak i na nowe tytuły nad którymi Lost in Time pracuje, bo czuję że każdy z tych tytułów będzie długo wyczekiwany i zajmie w biblioteczce fana komiksowej grozy zaszczytne miejsce.

 


Garth Ennis - "Hellblazer" tom 1

Garth Ennis – „Hellblazer” tom 1 (Ennisa, lub 3 całości)

Do kupienia ===> https://egmont.pl/Hellblazer.-Tom-3,24431640,p.html

To moje pierwsze spotkanie z komiksowym Johnem Constantinem. Jestem wielkim fanem filmu z 2005 roku, w którym Keanu Reeves wcielał się w tytułową rolę nałogowego palacza, który przez całe życie walczy z demonami, odsyła je do Piekła i ma nadzieję że sam do niego po śmierci nie trafi, chociaż jego los zdaje się być od dawna przesądzony.

Run Gartha Ennisa w tym zbiorczym wydaniu obejmuje oryginalne historie z zeszytów #41-56, wydanych przez DC Comics. Za rysunki odpowiadają William Simpson, Steve Dillon oraz David Lloyd, i muszę przyznać że z początku niespecjalnie mi te grafiki i ich styl przypadły do gustu. Kojarzą mi się mocno z TM-Semicami z początku lat 90’. Z biegiem czasu jednak stwierdziłem że pasują do scenariusza Ennisa świetnie i zazębiają się doskonale z jego historiami. Komiks prowadzi nas i rozkręca się bardzo powoli, więc jeśli od pierwszych stron oczekujecie hordy zombiaków i krwawej jatki, to musicie uzbroić się w cierpliwość i poczekać. A naprawdę jest na co. Kilka początkowych historii, to bardziej dramat i obyczaj, ponieważ Constantine nie zajmuje się demolowaniem demonów, nie tłucze namiętnie swoich przeciwników i nie studiuje okultyzmu, a…umiera. Powoli wykańcza go rak płuc, ponieważ John od kilkudziesięciu lat pali po dwie paczki dziennie. Czując się coraz gorzej, wymiotując krwią i dziwną czarną mazią postanawia zrobić coś dobrego dla bliskich mu osób. Przede wszystkim oddać „długi”, przeprosić i pogodzić się z tymi których w jakiś sposób skrzywdził. A nie jest to dla niego wcale takie proste jak mogłoby się wydawać, bo jego twardy i nieustępliwy charakter egoisty nie ułatwia zadania. Całe swoje życie wykorzystywał zarówno postronnych ludzi, jak i przyjaciół do własnych celów, wielokrotnie ich krzywdził i ranił, ale nigdy nie kajał się i nie starał poprawić relacji z nimi. Teraz, w obliczu nieuniknionego końca, kiedy doskonale zdaje sobie sprawę z tego gdzie za chwilę trafi, postanawia wybielić nieco swój wizerunek i zamazać nieco grzechy przeszłości. Odwiedza starych znajomych, ale także poznaje nowych, niestety śmierć zdaje się podążać za nim krok w krok i w wielu przypadkach niestety są to ich ostatnie wspólne chwile. Przepełnione prawdą, historiami z przeszłości i sentymentem nieprzystającym wręcz do charakteru Johna. Znamy go jako buca, śmieszka, skupionego jedynie na sobie nieustraszonego pogromcę demonów – i na szczęście hardość jego charakteru i sposób bycia bardzo szybko się przydaje. Ponieważ łączy fakty i ustala czym jest to dziwne coś co systematycznie z siebie wyrzyguje. Wpada w furię i stawia sobie za cel wbicia jeszcze jednej szpili złu. Kiedy przybywa do Irlandii aby odwiedzić dawno nie widzianego przyjaciela Brendana Finna, jego umiejętności i doświadczenie powodują, że całe Piekło wybucha wściekłością. Nawet w obliczu śmierci, nie mając już tak naprawdę żadnego wyjścia z tej nieciekawej sytuacji, Constantine nie porzuca swego stylu bycia i doprowadza do wściekłości Jednego z Trzech, wysoko postawionego mieszkańca czeluści, którego udaje mu się sprytnie oszukać i odesłać tam skąd wypełzł. Przy okazji czyniąc dobry uczynek dla przyjaciela. I zaczyna mu się to podobać. Jeśli ma odejść, jeśli czeka go nieskończoność w męczarniach i bólu, to chce to zrobić na własnych warunkach i po swojemu. I akcja zaczyna przyspieszać!

Nasz bohater jest nadal dość zagubiony i pogodzony z losem, ale zaczyna kombinować i stara się wymyślić sposób żeby jednak odwlec nieuniknione i wymknąć się śmierci spod topora. Wpada na pomysł pewnego fortelu, pozornie niemożliwego wręcz do wykonania i oczywiście jak to Constantine – próbuje za pomocą wiedzy, charyzmy i nieustępliwości dokonać cudu, który spowoduje że nadal będzie mógł robić to co kocha, a nie być rozrywanym na strzępy w czeluściach i mroku. Rozpoczyna bardzo niebezpieczną grę ze Złem i jakimś przedziwnym zrządzeniem losu udaje mu się osiągnąć sukces. Wygrywa i nie dość że przeżywa, to zostaje też uleczony z raka, który toczył jego gnijące powoli ciało. Mało tego doprowadza do sytuacji gdzie Zło nie może nawet myśleć o zemście i odegraniu się na tym irytującym śmiertelniku. Miejmy przynajmniej taką nadzieję…

John, jak nowonarodzony może wrócić do tego co lubi najbardziej – palenia, picia i pokonywania kolejnych potworów. A tych ostatnich nie brakuje. Od tego momentu coraz więcej w komiksie pojawia się duchów, zjawisk paranormalnych, demonów, upiorów i wszelkiej maści nadnaturalnego syfu, z którym Constantine jako jeden z najlepszych, musi sobie poradzić. Poszczególne zeszyty przybliżają nam przeróżne historie – jedne mniej, inne bardziej mroczne. Są też opowieści całkiem pozytywne, co jest w sumie zaskoczeniem. Wszystko od tego momentu mknie do wielkiego finału tego tomu, który jest już przesycony czystą grozą. I tą nadnaturalną i tą czającą się w ludziach – i ciężko powiedzieć jednoznacznie która jest gorsza. Pazerność, brak hamulców, egoizm, pieniądze i władza mieszają bohaterom tych zeszytów w głowach. Chęć spełniania chorych marzeń, wynaturzone żądze są na porządku dziennym, a biedny John co chwilę wrzucany jest w kolejne śledztwo, w którym musi stawiać czoła brutalności i obrzydliwościom których dopuszczają się ludzie aby zdobyć to czego pragną i zaspokoić swe nieludzkie fantazje.

Nasz protagonista w swym zniszczonym prochowcu i z nieodłącznym papierosem w ustach, pomaga. A po ciężkich bojach z demonami i potworami w ludzkiej skórze wraca do domu. Ale to nie są powroty które zna. Nie ma już pustego pokoju, zimna i samotności. John wraca do ciepłego, pachnącego mieszkania, bo nie jest już sam! I także dzięki temu widać w nim pewne zmiany, staje się nieco delikatniejszy i bardziej otwarty na dobroć, która drzemie w ludziach. Mimo tego jaki jest, ma swoje przemyślenia, wspomnienia i pamięta o strachu który nie tak dawno czuł niemalże nieustannie. Jako że jest wyczulony na świat niematerialny, a także ma wyrobioną reputację nieposkromionego i nieco szalonego zabójcy wszelkiego zła, zgłaszają się do niego czasem przedziwne istoty chcące zwerbować go na swoją stronę lub oferujące mu pracę. Biorąc pod uwagę jego umiejętności i charakter, możecie domyślić się jak te spotkania się kończą 😉

Ale zło nie śpi, przeciwnicy są coraz potężniejsi, a ludzka głupota i zachłanność klasycznie nie zna granic. Aby czytelnik nie znużył się pomysłami i historią Constantine’a naturalną koleją rzeczy jest rzucanie mu pod nogi coraz większych kłód i stawianie na jego drodze co i raz straszniejszych i trudniejszych do pokonania przeciwników. Same scenariusze nie są specjalnie skomplikowane i łatwo domyślić się którą ścieżką scenarzysta pójdzie, niemniej czyta się kolejne zeszyty z zapartym tchem i ciekawością. Mimo że to do bólu klasyczny układ – jeden bohater na którym opiera się całokształt projektu, więc nietrudno domyślić się, że raczej musi przeżyć każde spotkanie ze złem. Pakty, układy i próby „zakręcenia” fabuły jego kolejnych przygód doceniam, ale nadal nie tworzą one specjalnej głębi.

John Constantine to człowiek którego nie da się nie lubić. Zawadiaka, cwaniak, pewny siebie twardziel, stereotyp detektywa dla którego nie ma zbyt ciężkiego zadania. Charyzmatyczny kozak, co chwilę wdający się w bójki i pyskówki, nieważne czy ma przed sobą potwora z Piekła rodem czy wysoko postawionego arystokratę. Robienie sobie z każdego jaj i uważanie siebie samego za nieustępliwego i najlepszego w swoim fachu nadaje tej postaci głębi i wielowymiarowości. I mimo że przejaskrawione często mocno, podoba się czytelnikom i mnie także się spodobało. John wzbudza sympatię i śledzimy jego losy z zapartym tchem, przerzucając te ponad 400 stron w tempie ekspresowym chcąc dowiedzieć się z czym za chwilę przyjdzie mu się zmierzyć i czy w końcu znajdzie się ktoś lub coś czemu być może nie podoła. Ciekawym zabiegiem jaki wykorzystuje Garth Ennis w swych opowieściach o Constantinie, jest ukazanie pewnej równowagi zła. To znaczy, prawie tyle samo jest zła nadnaturalnego, piekielnego czy demonicznego co tego które żyje w człowieku i które wynika z jego charakteru, chęci bycia lepszym, posiadania władzy czy zaspokojenia swoich chorych i wynaturzonych fantazji. Dzięki takiemu zobrazowaniu rzeczywistości Hellblazera, łatwiej możemy się utożsamić z jego bohaterami i przyjąć iż świat ten nie różni się specjalnie od tego naszego, prawdziwego. Oczywiście pomijając pałętające się po ulicach trupy i Króla Wampirów czającego się w lesie 😉

Mariaż grozy i przygody, to według mnie jeden z najlepszych sposobów na przyciągnięcie czytelnika lub widza. Każdego z nas kręci nieznane i to czego nie możemy doświadczyć w prawdziwym życiu. Chętnie sięgnęlibyśmy po magię, kręcą nas okultystyczne rytuały i seanse z tabliczką Ouija. Ale jednocześnie potrzebujemy mocnego zakotwiczenia w rzeczywistości, furtki której nie domykamy dla własnego bezpieczeństwa. Fajnie jak jest też ktoś, kto ma wiedzę i umiejętności by w razie gdybyśmy zapuścili się zbyt daleko w mrok, mógł nam pomóc wrócić do światła…

Ja zdecydowanie serię o Hellblazerze polecam, bo jest to świetna zabawa i doskonale spędzony czas. Oczywiście tradycyjnie ukłony należą się EGMONTowi i jego zbiorczym wydaniom, które klasycznie powalają jakością i wykonaniem. Zabieram się za tom drugi, bo na początku października ukaże się kolejny, także ze scenariuszami Gartha Ennisa, a chciałbym być na bieżąco z serią. Bez odbioru.