"Cisza" - Marcin Majchrzak.

Wyobraźcie sobie czytając ten zbiór, że jesteście rybakami. Że macie wielkie sito, którym czeszecie czarną, nocną wodę. Trwa to godziny, dni, tygodnie, lata – i za każdym razem kiedy wyciągacie je z głębin, pełne jest syfu, brudu, ludzkiej zgnilizny, fragmentów schorowanych umysłów i pomysłów za które z marszu trafia się do piekła. Jak mocno byście go nie czyścili, zawsze pozostaje mętny osad, nieczystość, coś szarego i lepkiego, o czym trudno zapomnieć.

Taki to właśnie jest zbiór. Mimo, że objętościowo niewielki, niesie ze sobą potężną dawkę smutku, wewnętrznej walki, makabry która zrodzona w gnijącym umyśle, wraz z lekturą wylewa się na świat.

Ale spokojnie, nie każdy z dziesięciu zawartych w „Ciszy” tekstów jest tak samo masakrujący. Są i lżejsze, ale nadal mocne, dające do myślenia i nie pozwalające pozostawać na nie obojętnym. I są też hołdy – a to osobiście bardzo w krótkich formach literackich jakimi są opowiadania, lubię. I to przyjemnie zawoalowane hołdy, które ujawniają się na końcu tekstu, tak jak to miało miejsce w przypadku „Eksperymentu profesora”, gdzie pewien delikatnie mówiąc ekstrawagancki uczony Erich D. pracuje w pocie czoła nad tajemniczym eksperymentem, który ma według niego „zmienić oblicze świata nauki”. Połowicznymi efektami dzieli się jedynie z sąsiadem mieszkającym naprzeciwko odwiedzając go co kilka dni aby porozmawiać i napić się brandy, a który jest jednocześnie narratorem tej historii. I jak to bywa w opowieściach o tajemniczych naukowcach i ich eksperymentach – nie wszystko idzie po ich myśli, i nie zawsze kończy się tak jakby tego oczekiwali. A na samym końcu Marcin dorzucił nam jedno króciutkie zdanie, które dodatkowo wywraca wszystko do góry nogami.

Nieco subtelniejsze nawiązanie do popkultury wyłapałem w „Strachu”. Ten kilkunasto-stronicowy tekst opowiada z kolei o parze młodych ludzi, przybywających do rodzinnego miasteczka głównej bohaterki, na pogrzeb jej ojca. Dziewczyna nie miała w życiu lekko, a teraz dodatkowo spada jej na głowę opieka nad dwiema małymi siostrami. Kiedy dodamy do tego szaroburą mieścinę, deszcz, przepełniający wszystko i wszystkich smutek, a także dom rodzinny skrywający w swoich trzewiach coś dziwnego – otrzymamy całkiem mocny i solidny tekst, gdzie mimo znikomej ilości akcji, dostajemy całą paletę negatywnych wrażeń i odczuć. A wspomniane wcześniej nawiązanie do popkultury, dotyczy właśnie „relacji” pomiędzy narzeczonym głównej bohaterki, a budynkiem w którym zatrzymali się oni po pogrzebie…

W „Ostatnim kolejarzu” ukłonów w stronę absolutnej klasyki grozy naliczyłem aż dwa. Jeden oczywisty, drugi pozostawiony na deser i finał opowieści. Jest to historia pewnego wiekowego pracownika praktycznie nieistniejącej już malutkiej stacji kolejowej. Właściwie na niej wychowany, przechodzący przez każdy szczebel kolejarskiej kariery mężczyzna żyjący w maleńkiej, rozpadającej się chatynce na terenie stacji, pewnego burzowego wieczora spotyka na swej drodze tajemniczą postać, którą zaprasza do siebie aby się ogrzała i odpoczęła, nie wiedząc jak bardzo jego życie za chwilę się zmieni. Podróż którą wspólnie odbywają, jedocześnie niezwykle krótka i kosmicznie długa, wpłynie na dalsze życie kolejarza. Czy pozytywnie czy negatywnie – sami rozsądźcie. Fani zarówno Grabińskiego, jak i Cienia z Providence będą zadowoleni.

Podoba mi się romansowanie Majchrzaka ze śmiercią, i ukazywanie jej obliczy na różne sposoby. Bardzo ciekawie autor podszedł do tematu w „Podróży służbowej”. Pewien mężczyzna zostaje oddelegowany przez szefostwo do kontaktu z nowym partnerem handlowym firmy, i wyrusza w pewien dość krótki (ale czy aby na pewno) rejs przez Bałtyk. Spotyka tam starszego jegomościa, który spaceruje po pokładzie ze swoim wózkiem i sprzedaje różności pasażerom. Panowie wdają się kilka razy w rozmowy, a co z nich wyniknie, i czemu starzec tak usilnie próbuje coś młodemu sprzedać – to cały smaczek tej historii prowadzący czytelnika do dość zaskakującego finału i niemniej interesujących wniosków.

 

„Antropologia stosowana” ukazuje nam z kolei chyba jeden z najgorszych stanów w jakich może się znaleźć człowiek - pełen paraliż. Osoba w pełni świadoma, korzystająca ze wszystkich zmysłów, jednak nie mająca żadnej kontroli nad swoim ciałem. Sprawny umysł uwięziony w mięśniowo-kościanej klatce. Przerażające samo w sobie. Ktoś taki zdany jest na łaskę innych ludzi w trybie 24/7 – do końca marnego żywota… Zamiast się jednak zamartwiać i katować psychikę, można spróbować znaleźć sobie i w takiej sytuacji jakiś punkt zaczepienia aby nie zwariować. U bohatera „Antropologii” jest to obserwowanie innych – pacjentów i lekarzy szpitala w którym przyszło mu żyć. A jako, że zmysły wzroku, słuchu i węchu ma nad wyraz rozwinięte, udaje mu się zaobserwować i usłyszeć dużo więcej niż innym. Pewnego dnia, kiedy leżąc na boku zmuszony jest patrzeć praktycznie w jedno miejsce, dostrzega obok innych kuracjuszy coś przerażającego i niewiarygodnego. Od tej pory wysila umysł i wyobraźnię próbując rozwikłać zagadkę której co trzeci dzień jest świadkiem…

Najlepszym, najpełniejszym, najciekawszym opowiadaniem z „Ciszy”, moim zdaniem jest „118”. Przede wszystkim poprzez inteligentny i zgrabny zabieg jaki stosuje autor aby jeszcze mocniej zaangażować czytelników w lekturę. Właściwie zmusza nas, już po zakończeniu czytania, kiedy poznamy zakończenie, abyśmy wysilili się nieco i znaleźli bonus. Dodatek do i tak świetnego już tekstu, który wywołuje ciary na absolutnie całym ciele. A zapisany jest alfabetem Morse’a. „118” opowiada historię mężczyzny – ojca i męża, którego dotykają dziwne zaniki świadomości, podczas których wstępuje w niego coś złego i za każdym razem stara się zmusić go do absolutnie najgorszych czynów. Wyrzucony z domu, ląduje w podmiejskim hotelu rodem z głębokiego PRL-u, gdzie wśród pustych, ciemnych korytarzy daje się słyszeć zadziwiająco regularny stukot. Kiedy mężczyzna zaczyna interesować się dźwiękiem i historią hotelu, poznaje grozę która wymyka się racjonalizmowi i człowieczeństwu…

Ale żeby nie było tak słodko. Wybór „Ciszy 1” na sam początek przygody z tym zbiorem, to moim zdaniem błąd. Rozumiem założenie, wiem że ten tekst wraz z „Ciszą 2”, która jest z kolei ostatnim opowiadaniem – tworzą klamrę spinającą całość. Opisują początek i koniec naszej drogi przez lekturę tego dość ciężkiego zbioru, to jednak uważam, że sytuację ratuje jedynie, paradoksalnie, jego grubość. Gdyby był 400 czy 500- stronicową cegłą, moim zdaniem wiele osób mogłoby się od niego odbić, właśnie przez taki wybór autora na początkowy tekst. Niemniej po przeczytaniu i przetrawieniu całości przyznaję, że to fajny zabieg i finalnie nieco się broni. Zresztą widać, że Marcin lubi zabawić się z czytelnikiem, wybadać go, podjąć swego rodzaju grę.

„Transgresja” – moim zdaniem tekst zbędny i niestety zaniżający lekko poziom zbioru. Jego temat przewodni jest jednocześnie trudny, ale i niestety bardzo przewidywalny. Nie chciałbym aby zabrzmiało to brutalnie i jakbym wyzuty był ze współczucia oraz uczuć – traktuję go trochę jak taką „zapchajdziurę”. Jakby został tu umieszczony aby wypełnić powstałą lukę – kiedy czegoś jeszcze brakuje, ale nie do końca ma się chęć albo pomysł na coś solidnego.

Jak na zbiór opowiadań, „Cisza” prezentuje zadziwiająco równy i przy tym wysoki poziom zarówno literacki, jak i językowy. Mimo, że tematy poruszane przez Majchrzaka w poszczególnych tekstach są bardzo poważne i dotykają czułych strun w duszach czytelników, autor pisze niezwykle melodyjnie i plastycznie, co nieco osładza nam cierpkość i cierpienie podczas lektury. Staje się to wręcz… przyjemne. Odpowiednie opisy, odpowiedzialnie dobrane słowa potrafią stworzyć przedziwną atmosferę, która z jednej strony przerażająco dołująca i dobijająca, potrafi być zadziwiająco hmm, akceptowalna. I pociągać, kusić i wręcz zmuszać nas do dalszej lektury. Być może każdy odnajdzie w tych tekstach może nie lustrzane odbicie swojego życia, ale z pewnością poczuje, że walki jakie toczą bohaterowie Majchrzaka w swoich głowach, ciałach, wyobraźni – odpowiadają bataliom jakie toczymy w rzeczywistości. Może dlatego mają zadatki aby stać się czymś bliskim, zwerbalizowanym wewnętrznie głosem, który opisuje coś co jest nam doskonale znane. Wszyscy przecież doskonale wiemy, że świat w którym przyszło nam żyć, pełen jest prawdziwych historii rodem z koszmarów – gdzie to właśnie człowiek odgrywa rolę potwora, wynaturzonego stworzenia, dla którego jedynym celem w życiu jest dawać cierpienie i ból, zarówno fizyczny, jak i psychiczny.

„Cisza” to świetny, pełny, mroczny, smutny i przerażający zbiór ludzkich lęków, pragnień, strachu i rozpaczy. Nierównej walki z losem i często najbliższymi, którzy przecież powinni być opoką i wsparciem. Jeśli macie chęć zanurzyć się na kilka godzin w duszną, lepką otchłań beznadziei, polecam rozważyć lekturę najnowszego dziecka Marcina Majchrzaka – zostanie w Was na jakiś czas.


"Posiadłość 2" - Daniel, Moreci, Hixson.

„Posiadłość 2” – Daniel, Moreci, Hixson – Lost in Time.

 

Link do recenzji części pierwszej èhttp://fanigrozy.pl/2020/09/08/posiadlosc-tom-1/.

Link do sklepu èhttps://lostintime.pl/sklep/komiksy/posiadlosc-tom-2/.

 

Po bardzo klimatycznej pierwszej części „Posiadłości” musieliśmy swoje odczekać, aby zanurzyć się w kontynuację historii rodziny Blainów i przekleństwa, które przez wieki ciągnie się za nimi. O ile pierwszy tom dział się całkowicie w roku 1974, to w drugim autorzy zaserwowali nam istny czasowy rollercoaster. Począwszy od dalekiej przeszłości, poprzez aktualne wydarzenia aż po przyszłość, której ścieżka przeplata się wyraźnie z teraźniejszością zwłaszcza w końcówce tomu drugiego.

Dzieje się naprawdę dużo. Twórcy odkrywają systematycznie kolejne karty z bardzo bogatej i mrocznej historii rodziny, a cały ciężar dawnych grzechów i decyzji spada na ramiona osoby chyba najmniej odpowiedniej do tego zadania – Chase’a Blaine’a. Chłopak uciekający przez całe życie od wszelkich obowiązków i trudnych tematów, nagle staje się opiekunek dwójki osieroconych dzieciaków swojego brata. To wiemy już z lektury pierwszej części „Posiadłości”. Dom, w którym dzieje się większość akcji komiksu Daniela i Moreciego, przepełniony tajemnicami, mrokiem, zwłokami i ciągle podnoszącym się poziomem wody w piwnicy, staje się jednocześnie pułapką i daje możliwość przerwania klątwy ciążącej na rodzie Blainów.

A żeby poznać genezę zła które przyczepiło się do rodu, musimy cofnąć się aż do roku 1674, i bardzo ciężkiej zimy, która spadła na amerykański stan Maine. To wtedy właśnie wszystko się zaczęło.

„Jak trwoga, to do Boga” – z takiego założenia wychodzili mieszkańcy Cape Augusta. Nieustanne modlitwy o jedzenie i wstawiennictwo Boga w tych bardzo ciężkich czasach, nie przyniosły jednak żadnego rezultatu. Ludzie głodowali i umierali, a ścięta lodem ziemia nie pozwalała ich nawet pochować. I jak to zwykle bywa w horrorach – tam gdzie Bóg nie przychodzi, pojawia się inna siła, oferująca ukojenie i tak bardzo potrzebny ludziom pokarm. Założyciel Cape Augusta – Vitus Blaine, nie mając innego wyjścia, zwraca się o pomoc nie tam gdzie trzeba. I tę pomoc otrzymuje. Oczywiście nie ma nic za darmo, bo jak brzmi dewiza rodu Blainów wszyscy wiemy – „Aby otrzymać, najpierw trzeba dać!”.

Tajemnicza, mordercza i brutalna siła, która zagnieździła się w bagnach okalających miasteczko, raz zbudzona i pobudzona, nie da się ponownie uśpić i zaczyna nękać kolejnych Blain’ów. Aż do czasu, kiedy zmierzyć się z nią musi właśnie wyżej wspomniany Chase. Aby chronić swoją starą/nową rodzinę oraz ukochaną, będzie musiał wiele poświęcić, jeszcze więcej odkryć i bardzo mocno zagłębić się w historię swojego rodu, od której przecież całe życie starał się uciec. Ale parafrazując klasyka – co jest nam pisane, i tak musi się wydarzyć.

Muszę przyznać, że klimat i atmosfera tomu drugiego nie zawodzi, i mimo prawie dwóch lat przerwy, bardzo szybko i z dziką przyjemnością ponownie przeniosłem się do mrocznego, pełnego tajemnic i bagien Maine. Podoba mi się sposób w jaki autorzy żonglują historią Blain’ów. Dzięki licznym retrospekcjom staje się ona teraz pełniejsza, rozumiemy więcej i możemy w pełni utożsamić się, lub nie, z działaniami głównego bohatera. Co do Chase’a, mam jeden mały zarzut w stosunku do tej postaci - pewien rodzaj niekonsekwencji scenarzystów. Troszkę naciąganym wydaje mi się fakt, że gość który całe życie ucieka, unika odpowiedzialności, separuje się od rodziny i bliskich, potrafi dosłownie w czasie potrzebnym na pstryknięcie palcami, zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni i stać opoką i podporą dla wszystkich wokół. Oczywiście traumatyczne przeżycia i być może wewnętrzna potrzeba, której brakowało odpowiedniego bodźca aby się ujawnić mogą być wytłumaczeniem, ale nie do końca mnie to przekonuje. Niemniej nie jest to bardzo rażące i nie wpływa negatywnie na całokształt oceny.

Graficznie komiks broni się perfekcyjnie – ciężki, duszny, mokry i mroczny klimat czuć nadal na każdym kroku. Nasycenie kolorami, zabawa cieniami, palety barw przypisane konkretnym czasom i miejscom – to wszystko tworzy głębię, i niesamowicie pociągające widowisko graficzne.

Jak tak sobie teraz myślę, na świeżo po lekturze obu tomów – można tę historię po pierwsze przyrównać nieco do „Potwora z Bagien” Alana Moore’a, oraz co może wydać się nieco dziwne – do powieści romantycznych. Jest bohater odrzucony przez społeczeństwo i bliskich, który nagle staje się postacią wiodącą i pozytywną, budzą się pewne stare uczucia, tworzy się pomiędzy nim a innymi bohaterami sporo różnego rodzaju zażyłości, Chase gotowy jest poświęcić bardzo dużo aby pomóc i uratować innych. No czyż to nie jest czystej krwi bohater romantyczny?

No dobra – nie bójcie się, to tylko takie moje przemyślenia. „Posiadłość” od wydawnictwa Lost in Time to rasowy, nieco klasyczny horror, obfitujący w śmierć, trudne decyzje, przeszłość która nie daje o sobie zapomnieć oraz potwory. Dużo różnych potworów…


Graham Masterton - "Dom kości".

„Dom kości” – Graham Masterton.

To druga w tym roku przeczytana przez mnie książka brytyjskiego mistrza grozy, i jakże odmienna od poprzedniego „Domu stu szeptów”. Mimo, iż bohaterami obu powieści są domy, historie w nich opowiedziane diametralnie się od siebie różnią. Przede wszystkim „Dom stu szeptów” to rasowy horror, natomiast „Dom kości” podciągnąłbym bardziej pod kryminał z wątkami nadnaturalnymi. Jest również, moim zdaniem, skierowany raczej do młodszego czytelnika. Autor unika tutaj brutalnych scen, nie uświadczymy krwi czy wyciąganych z podbrzusza jelit, nie ma także najmniejszych aluzji seksualnych ani scen opisujących zbliżenia. To dość prosta historia o pradawnym złu, czającym się od lat gdzieś pod stopami niczego nie świadomych mieszkańców miasteczka Streatham w Anglii.

Głównym protagonistą tej powieści jest osiemnastoletni John, który niedawno wszedł w dorosłość i musiał dość mocno zrewidować swoje plany życiowe oraz… wygląd. Do tej pory szalał ze znajomymi na koncertach, a długie włosy czy mnóstwo kolczyków były jego znakami rozpoznawczymi. Marzyła mu się, i nadal w zasadzie marzy, kariera muzyka rockowego, nagrywanie płyt, koncertowanie i światowa sława. Póki co jednak, musi odłożyć na bok mrzonki i zacząć zarabiać na siebie. Zamienia więc znoszone t-shirty na garnitur, ogarnia długość włosów, a kolczyki lądują w szufladzie. John zostaje zatrudniony w agencji nieruchomości panów Vane’a, Blighta i Simpsona. I nie zdaje sobie w najmniejszym stopniu sprawy z tego, że ta praca odmieni na zawsze życie jego i nowych znajomych, pracowników tej samej agencji.

Liam, Lucy i Courtney staną się uczestnikami horroru, który rozpęta się w momencie przekroczenia progu agencji przez tajemniczego i opryskliwego pana Rogersa. John, który chwilowo został sam, a jest to jego pierwszy dzień, nie bardzo wie jak się zachować w stosunku do klienta, i popełnia pewien błąd, który poruszy lawinę śmierci, strachu i odkryje pilnie skrywane od lat tajemnice…

W tym samym czasie, podczas wyburzania pewnej ruiny w Streatham, ekipa rozbiórkowa natrafia na tajemnicze miejsce pomiędzy ścianami budynku, który niszczą. Miejsce wypełnione po brzegi ludzkimi szkieletami…

Muszę przyznać, że czytało mi się tę powieść bardzo przyjemnie i szybko. Akcja praktycznie od samego początku jest wartka, dużo się dzieje, a młodzi bohaterowie nie mają zbyt wiele czasu na odpoczynek, ponieważ prywatne śledztwo w sprawie tajemniczych domów z prywatnej listy pana Vane’a angażuje ich kompletnie. I nie tylko ciekawość jest motorem działań, gdyż dość szybko przekonują się, iż rozwiązanie tej mrocznej zagadki bezpośrednio wiąże się z ich życiem, lub śmiercią. Odwiedzają więc po kolei domostwa, zagłębiają w ich historie i starają rozwikłać piętrzące się coraz bardziej zagadki. W ślad za nimi podąża jednak, i dosłownie depcze im po piętach przerażająca, posępna istota, której działania dzieciaków najwyraźniej mocno przeszkadzają.

Jeśli macie ochotę na całkiem klimatyczną powieść o bardzo starych tajemnicach, które za pomocą pewnych osób przetrwały do naszych czasów, lubicie ciekawe historie z duchami w tle, „Dom kości” powinien Wam się spodobać. To idealna pozycja zwłaszcza dla nastolatków, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z grozą, bowiem Masterton postarał się o odpowiednie budowanie napięcia, przeplatane z interesującymi faktami ze starożytności. Dodał do tego bardzo fajny pomysł „znikania” ludzi oraz klasyczny do bólu motyw „drużyny”, której trzon jest nie do ruszenia, ale skład zmienia się dynamicznie wraz z akcją. Atmosfera presji czasu jest mocno wyczuwalna, a młodzi bohaterowie starają się przeżyć, i przy okazji uratować kogo się da, przed bytami dużo starszymi niż ich miasto, przy okazji obnażając ludzkie słabości i podejmując trudne decyzje. Zwłaszcza John, który przedstawiony zostaje początkowo jako spokojny, nieco wycofany chłopak, pokazuje że ma w sobie hart ducha, siłę i zasady, dzięki którym i dobro i zło jest nim mocno zainteresowane 😉.

Tak jak pisałem na początku, nie jest to klasyczny horror, chociaż bazą całej historii z całą pewnością jest mrok, śmierć i ciężkie decyzje podejmowane dawno temu przez postawionego pod ścianą człowieka. Wątek paranormalny i nadnaturalny są silne, ale finalnie uważam, że samo śledztwo i proces jego przeprowadzenia przez młodych, definiuje tę powieść jednak jako kryminał, oczywiście z solidną porcją grozy, jak przystało na książki wychodzące spod pióra Grahama Mastertona.


Anna Musiałowicz - "Śnieg jeszcze czysty".

“Śnieg jeszcze czysty” - Anna Musiałowicz.

 

Najbardziej chyba kojarzy mi się ze szkolnymi lekturami. Wiecie, takimi nakazującymi przystanąć, zamyślić się na trochę, wyciągnąć wnioski. Wywołującymi dreszczyk niepokoju, ale nie spowodowanego potworami czy tajemniczym domostwem ukrytym w środku lasów. To groza życia, a jej aspekt opisywany przez autorkę w najnowszej książce dotknie absolutnie każdego z nas, wielu już dotknął lub nawet niestety aktualnie dotyka.

To mądra, przemyślana i dojrzała opowieść o dorastaniu, życiowych decyzjach, melancholii i tęsknocie za tym co było, a co już nigdy nie wróci. Anna Musiałowicz wprowadza nas w spokojny, nieco sielski klimat polskiej wsi, w bliżej niesprecyzowanym miejscu i czasie. Bohaterami tej nieco klaustrofobicznej, bo dziejącej się właściwie w całości w obrębie jednego gospodarstwa gawędy, jest rodzina Lisów. Babcia Władzia, opiekunka domostwa, spokojna i dobroduszna staruszka, jej syn Franek - stolarz, który dzięki talentowi i sumiennej pracy jest w stanie zapewnić bliskim całkiem dobry byt, jego żona Weronika - kobieta-anioł, niespełniona lekarka, znachorka, której życiowym celem jest pomagać za wszelką cenę komu tylko się da. Jednak zdecydowanie główną postacią tej historii jest córka Werki i Franka, Gabrysia. Dziewczynka mądra, spokojna, nieco wycofana, posłuszna i grzeczna. To wokół jej życia skupia się akcja, i na jej osobie koncentruje się najmocniej uwaga czytelnika.

 

Opowieść snuje się niespiesznie i spokojnie, aż do pewnego nieszczęśliwego dnia, który zmienia wszystko, odwracając życie całej rodziny do góry nogami. Tragedia która ich spotyka pokazuje jak kruchym potrafi być życie, a także nasz umysł, zasady i właściwie wszystko co robimy. Jak jedna zła chwila może zniweczyć życiowe plany, zrujnować psychikę i spowodować nieodwracalne zniszczenia w sercach i duszach ukochanych osób.

 

Nasi bohaterowie stopniowo zaczynają się zmieniać. Każdy inaczej, każdy po swojemu, ale systematycznie i metodycznie poczynają staczać się po równi pochyłej wprost w odmęty smutku i błędnych decyzji. Gabrysia, jako nastolatka, przeistaczająca się powoli z dziewczynki w kobietę ma najgorzej. Burza hormonów połączona z tragedią, bezsilnością i tęsknotą prowadzi ją niestety w złym kierunku. Choć ona sama stara się nadal funkcjonować tak jak poprzednio, chodzić do szkoły, pomagać babci i w obejściu, poznaje również świat dorosłych, interpretując sobie to co widzi po swojemu. A ojciec, który powinien być opoką, staje się, nieświadomie, katalizatorem kolejnych nieszczęść.

 

Oczywiście to nie jest powieść grozy. Mamy tutaj co prawda coś co można połączyć z szeroko rozumianym horrorem, ale jest to nić cienka i zwiewna, i ja osobiście nie robiłbym tego. Jest to opowieść obyczajowo-społeczna, może nawet dramat. Autorka skupia się tutaj bowiem na relacjach pomiędzy bohaterami. Stawia ich w przeróżnych, często ciężkich życiowych sytuacjach, i obserwuje ich reakcje. Jeśli dodamy do tego delikatność językową i subtelność opisów, tworzy nam się historia trudna, hermetyczna i przejmująca.

 

Można nawet pójść nieco dalej w rozważaniach - czy sytuacja w jaką zostali rzuceni bohaterowie “Śniegu”, to faktycznie tylko tragedia, czy może też pewien sposób uwolnienia? Uwolnienia od sztywnych ram moralnych czy też społecznych. W końcu całe swoje życia spędzają w zamkniętej, a przez to ograniczonej w pewien sposób społeczności. Może tragedia jest punktem wyjścia do poważnych zmian zachowania i stylu bycia? Nie każdy przecież musi czuć się dobrze z tym jak żyje. Dawnymi czasy, zwłaszcza na wsiach, zdecydowana większość ludzi miała właściwie od urodzenia narzucony kierunek w jakim mają się udać. A co, jeśli los podsuwa nam możliwość jego zmiany? Zarówno Gabrysia jak i jej ojciec zdecydowali się na taką właśnie zmianę - czy wyszło im to na dobre? Musicie przekonać się o tym sami. Warto poświęcić kilka godzin na lekturę “Śniegu jeszcze czystego”, bo tak jak pisałem na początku - to smutna historia z przesłaniem. Dojrzała i bardzo kobieca, delikatna kiedy trzeba, ale i pokazująca pazur w odpowiednich momentach.


Jakub Tyszkowski – „Fantazje o dziwotworach”.

Jakub Tyszkowski – „Fantazje o dziwotworach”.

Właśnie czegoś takiego w książkach poszukuję. Chcę, żeby lektura mnie zdziwiła, zaskoczyła, spowodowała zadumę, wzburzyła, oczarowała, dała i pokazała coś więcej. Niezmiernie rzadko udaje się takie efekty osiągnąć. W przypadku „Fantazji o dziwotworach” w moim mniemaniu mamy do czynienia właśnie z takim wyjątkiem. Podczas lektury dosłownie czułem smród i duszności. Strony lepią się od brudu i syfu, z których to składają się głównie te trudne, ludzkie historie. Są ciężkie, brutalne i wrzynają się w umysł czytelnika jak niedopilnowana piła tarczowa. W najlepszym przypadku zostawiając trwały ślad i paskudną bliznę.
Te dziewięć opowiadań, ubranych w klimatyczną i przykuwającą wzrok okładkę autorstwa Tomasza Strzałkowskiego i wydane przez Wydawnictwo Phantom Books, powinno zostać w Was na długo.

Mimo, że autor za język jakim postanowił się komunikować z czytelnikiem wybrał obrzydzenie, zniechęcenie wręcz do lektury, to ten kto odważy się przebrnąć przez całość zbioru dostrzeże, że pod powłoką beznadziei, tragizmu i szarości, kryją się poważne problemy. Pozornie nierozwiązywalne, dobijające, masakrujące psychikę bohaterów, wystawiające na próbę ich człowieczeństwo i doprowadzające na skraj rozpaczy i śmierci. Śmierdząca kloaką obwoluta, to swego rodzaju sprawdzian. Wielkie sito z malutkimi dziurkami w którym mają pozostać ci, którzy rozumieją. Którzy chcą się zaangażować, podyskutować, zmierzyć się z wizjami Tyszkowskiego. A naprawdę jest z czym. Zdecydowana większość bohaterów tych krótkich form, to mężczyźni. Wszelkiego rodzaju, ale pod wspólnym mianownikiem ultra ciężkiego życia. Wiecznego niespełnienia, zatracenia w fobiach i sytuacjach beznadziejnych.

Spotkamy tu otyłego do granic możliwości kierowcę tira, kursującego wciąż na tej samej trasie, odmierzającego czas kolejnymi postojami na obżarstwo. Pewnego wieczoru jednak, wszystko się zmieni, wydarzy się coś, co odwróci jego życie do góry nogami. Tylko on jeszcze o tym nie wie.

Poznamy pewnego chłopaka – Barry’ego – żyjącego w smutnym, szarym blokowisku, próbującego jakkolwiek trzymać się rzeczywistości, która wyraźnie mu odjeżdża. Zabija go powoli bezbrzeżna samotność. Wiecie, taka wewnętrzna – wgryzająca się w mózg, odbierająca chęci i podsuwająca kompletnie zeschizowane propozycje. Chłopak szuka więc pomocy, szwenda się po bloku, jest gotów wiele poświęcić aby sobie pomóc. Opowiadanie z pogranicza sennej mary i głęboko peerelowskiej rzeczywistości. Brr, ciarki.

Inny tekst, bardzo sugestywny, opisuje życie innego mężczyzny. Głowy rodziny, mającego na utrzymaniu żonę i dzieci, ale zatopionego w marazmie. Uciekającego w używki, tracącego zdrowie i czas na balkonie małego mieszkania. Lubi przebywać tam zwłaszcza w nocy, a od kiedy zauważa, że w bloku naprzeciwko, na drugim piętrze systematycznie pali się światło, przesuwają tajemnicze cienie, a dziwne postaci co noc wychodzą z klatki schodowej – postanawia przeprowadzić własne, małe śledztwo. Efekty jakie z niego wynikną, będą miały bezpośredni wpływ na całą jego rodzinę i ich dalsze życie.

Opowiadanie, którego finał zrobił na mnie największe wrażenie, to „Ciasno, ciaśniej”. Bohaterką tego tekstu jest dla odmiany dziewczyna – Magda. Samotna, zarabiająca na życie i swoje zachcianki sex-czatami i sprzedawaniem ciała chętnym do jego oglądania. Mieszka ona w obskurnej kamienicy i powoli popada w swego rodzaju psychozę. Często śpi, wydaje jej się, że jest obserwowana i nieustannie czuje presję i stres z tym związane. Kiedy budzi się niespodziewanie pewnego wieczora, w jej mieszkaniu nie ma prądu, a ona czuje na sobie czyjś intensywny wzrok. I ma nieodparte wrażenie, że nie jest to jedna osoba… Dawno, BARDZO dawno nie czytałem tak genialnego zakończenia opowiadania. Robi ogromne i przerażające wrażenie, ma głębię i mnogość interpretacji. Spokojnie może służyć na jakichś warsztatach za wzór jak kończyć teksty grozy, aby zapadały w pamięć.

Jest w tym krótkim zbiorze całkiem sporo o wojnie. A właściwie o tym jak ludzie ją przyjmują, przeżywają, jak radzą sobie podczas jej trwania, jak wpływa ona na absolutnie każdą komórkę ich ciała, jak wypala dusze i sprowadza często człowieka do nic nie znaczącego śmiecia. „1941”, „1942”, oraz „Kraina szkarłatnego blasku” – to o tych tekstach mówię. Choć różne od siebie, to równie dziwne i trudne, ze wspólnym wojennym mianownikiem.

Nie spodziewałem się, ale autor kolejny raz miło mnie zaskoczył opowiadaniem mocno osadzonym w klimatach słowiańskiej demonologii ludowej. Wyżej wspomniane „1942” opowiada o losach mieszkańców pewnej maleńkiej wsi na Wołyniu. Otoczona bagnami, lasami i jeziorami pełnymi dziwnych istot, wszelkiej maści konszachtów z nimi i całego zła jakie z tego wynika.

Zaś tytułowe „Fantazje o dziwotworach” to tekst zwieńczający ten świetny zbiór. Oniryczny, na granicy snu i jawy, po same brzegi wypełniony synonimami, nawiązaniami i podkreśleniami konkretnych chwil. Czytając go, miałem wrażenie, że można go porównać do otwartego świata gry, który opisuje jej twórca. Świata w wersji początkowej, niedopracowanego, nadal tworzącego się w miarę jak zagłębiamy się w historię. Wszędzie możemy pójść, wszystko możemy zrobić, za nic nie będziemy rozliczani.

Lektura „Fantazji o dziwotworach” jest jazdą bez trzymanki i dziwnym przeżyciem. Paskudnym, powodującym, że wyobraźnia podsuwała mi naprawdę chore wizje, ale jednocześnie w pewien sposób oczyszczającym i pozytywnym. Bo przecież autor pokazuje nam w jak cudownym świecie żyjemy, ustawia nas do pionu, kształtuje słowem obrazy których nie chcemy widzieć, które z największym trudem wypychamy poza granicę myśli. Ale one tam ciągle są, w każdym z nas. Czają się, przebierają odnóżami, drapią, i pokrzykują. Może to właśnie one budzą nas w nocy, kiedy się rozluźniamy, kiedy stres codziennej gonitwy opada, kiedy uchylamy im drzwi? Nie obudził was nigdy jakiś dziwny odgłos? Krzyk? Łupnięcie? Pomyślcie o tym.

Jakub Tyszkowski tworzy bohaterów swoich opowiadań tylko po to aby zdobyć ich zaufanie, posłuchać historii, a potem bezceremonialnie i z dziką satysfakcją wykorzystać. Złapać, wyssać, osuszyć, zagarnąć ich życia. Powoli, trzymając w żelaznym uścisku dopóty, dopóki nie skończymy czytać. Robi nacięcia w ich chorych od wynaturzonych myśli i pragnień umysłach, wbija w nie słomkę do picia, i kiwa ku nam głową, ze szczerym uśmiechem zachęcając do skosztowania tego co mogłoby, co może być. Zapewne nie jutro, może nie za miesiąc ani rok, ale kto wie co będzie? Kiedy, i jak mocno powinie nam się noga? Kiedy jakiś gen stwierdzi, że czas się zdezaktywować, a procesy chemiczne w naszym umyśle pójdą minimalnie inaczej niż powinny. Wtedy czeka nas właśnie to, co przeczytacie w „Fantazjach o dziwotworach”. Chwilowo pociągające, na dłuższą metę nie do wytrzymania. Pomyślcie sobie, że nurkujecie w krystalicznie czystej wodzie, pod wami feeria kolorów, wszelkiego rodzaju organizmy morskie wiodą niespieszny żywot, bezkresna rafa koralowa zapiera dech w piersi mnogością kształtów, rozwiązań i barw. Wszystko żyje, przemieszcza się, tańczy, wiruje tylko dla was. Piękna wizja, co? A teraz pomyślcie sobie, że nie możecie wziąć kolejnego oddechu. Wzbiera w was panika, strach rozmywa obraz, kolory znikają, a zastępuje je szarość, a potem czerń.

Cieszę się, że to już koniec. To trudna, wymagająca, nie biorąca jeńców, nie mająca zahamowań ani nie uznająca żadnych ram, lektura. Szczerze polecam.


"Horrorstör" - Grady Hendrix.

Grady Hendrix – „Horrorstör”.

Orsk, biedniejsza i uboższa wersja IKEI. Sieć sklepów, których zdecydowana większość wybudowana została na terenie USA. Typowy meblarski moloch, w którym spacerować można ściśle wytyczonymi ścieżkami, oglądać zachwalane wszędzie wokół niesamowicie wartościowe meble i dodatki do, rzucać się na super-oferty i czuć się jak w domu – takie są założenia kierownictwa. Każdy z nas chyba był w szwedzkim oryginale, więc wiadomo o co chodzi. Nieco przytłaczająca atmosfera, tłumy, gwar i chaos. Z tym wszystkim mierzyć się muszą na co dzień bohaterowie nowej powieści Grady’ego Hendrixa – „Hororstör”. A problemów nieustannie przybywa. Codziennie rano pracownicy natykają się na zniszczone meble, potłuczone szklanki czy talerze – staje się jasne, że w nocy kiedy sklep jest nieczynny i powinien być pusty, jednak ktoś w nim przebywa i doskonale się bawi powoli demolując poszczególne działy. Basil, chłopak odpowiedzialny za bezpieczeństwo i mający pod sobą zwykłych pracowników marketu, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przeprowadzić nocne śledztwo po to, aby złapać wandali na gorącym uczynku. Ale sam nie jest w stanie tego dokonać, werbuje więc do swojego zespołu Amy oraz Ruth Anne, dwie pracownice z dość długim stażem, które doskonale rozeznają się w układzie Orska i obchód nawet po ciemku, nie powinien sprawić im żadnego problemu. Obie są chętne również z powodu dodatkowego wynagrodzenia, które obiecuje Basil. Gdyby tylko wiedziały co je czeka tej nocy, czego doświadczą i jakie koszmary przeżyją – podejrzewam, że nie zostałyby w sklepie ani minuty dłużej.

 

Kiedy ostatni klienci opuszczają Orska, ekipy sprzątające kończą swoją pracę, w końcu zapada cisza, a korytarze sklepu pustoszeją, nasza dzielna drużyna rozpoczyna swoje dochodzenie. Wkrótce przekonają się, że historie o duchach, których fanami są inni znajomi z pracy – Matt i Trinity, niekoniecznie muszą być wyssanymi z palca pierdołami…

 

Mam mocno mieszane uczucia co do tego projektu. Poczynając od samego wyglądu książki, jej formatu, wielu wtrąceń „ikeowskich” w treści, poprzez grafiki które możemy znaleźć pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, i gdzie znajdziemy opisy poszczególnych mebli, które z początku mocno mnie rozpraszały i nieco irytowały, chociaż później stały się integralną częścią powieści, takim dodatkowym smaczkiem. Przeszły z neutralnych i zwyczajnych na początku, aż po interesująco makabryczne pod koniec.

 

Powieść Hendrixa można wyraźnie podzielić na dwie części. Pierwsza jest wręcz obyczajowa, poznajemy w niej bohaterów oraz ich historie, a także podejście do pracy w Orsku. Momentami można się uśmiechnąć – generalnie jest luźno i bezstresowo. Oraz druga – będąca czystym horrorem, z kilkoma fajnymi pomysłami i bardzo plastycznymi opisami grozy i przemocy. Jeśli na początku będzie Wam się wydawało, że to książka młodzieżowa i nie dla Was, sugeruję spokojne przebrnięcie przez mniej więcej połowę, i nieodkładanie jej zawczasu – akcja zdecydowanie się rozwinie.

 

A co do samej akcji – jest ciekawie, ale okrutnie przewidywalnie od pewnego momentu. Widać, że autor lubi filmy typu „Silent Hill” czy też „Dom na Przeklętym Wzgórzu” Williama Malone’a. Jest tu sporo klasycznej grozy, nieco brutalności – jednak finalnie możemy uznać „Horrostör” za opowieść o duchach. To, co mi się podobało w tym dość krótkim dziele to atmosfera odizolowania i klaustrofobiczny wręcz klimat, który tworzy nocą Orsk i jego tajemnice. Zdecydowanie można wczuć się w role Amy czy Basila, którzy mimo dzielących ich ogromnych różnic charakterów oraz podejścia do pracy w firmie, muszą zjednoczyć siły aby przetrwać i uratować siebie oraz innych zaangażowanych w śledztwo. Autor mocno stawia na relacje pomiędzy wymyślonymi przez siebie postaciami, bardzo ważne są tu ich indywidualne cechy i przeszłość, która ich ukształtowała. Jedni traktują Orsk jako etap przejściowy swoich karier, nie angażują się, przychodzą aby odbębnić swoje i wziąć za to kasę. Dla drugich ten wielkopowierzchniowy potwór jest domem, w którym czują się bezpieczni, o który dbają, i do którego codziennie przyjeżdżają z autentycznym zapałem i chęcią uszczęśliwienia jak największej liczby klientów (oraz przełożonych). I ten misz-masz charakterów tworzy nam głębię postaci oraz historii. Mimo że jest to książka krótka, ja zdążyłem się zżyć z pracownikami marketu i miałem chęć kibicować im w nierównej walce ze złem. Złem skrzywionym, chorym, brutalnym i nieprzewidywalnym.

 

Minusem z pewnością jest dla mnie fakt, że Grady poszedł na łatwiznę i zamiast wymyślić swoją, oryginalną sieć handlową, dosłownie zerżnął z IKEI wszystko, od A do Z. Ciekawi mnie to zresztą także w kwestii formalnej – bo to przecież jawna kopia szwedzkiego giganta. Wszystko jest identyczne, zmieniają się jedynie nazwy przedmiotów które możemy w Orsku kupić. Ale zakładam, że skoro książka wyszła zagranicą i u nas, to jakoś się dogadali 😉. „Horrorstör” jest więc oryginalny w swojej nieoryginalności. Sam pomysł na produkt oraz historię to powiew świeżości, jednak przyćmiewa go fakt, że to jednak zrzynka z istniejącej zarówno w powieści, jak i świecie rzeczywistym marki.

 

Podsumowując – szału nie ma, jest dość solidny „horror sklepowy” z ciekawą historią jako katalizatorem późniejszych wydarzeń. Pracownicy sklepu są przedstawieni bardzo dobrze, oczywiście pewne schematy są tu powielane, tak jak i zachowania poszczególnych osób, ale tego uniknąć się nie da. I nawet chyba nie było takiego zamiaru. Jeśli macie ochotę na fajną, dość luźną lekturę na jeden, góra dwa wieczory, to „Horrorstör” powinien Was zadowolić. Ja bawiłem się dobrze, ale nie było wielu momentów kiedy czułbym się zagrożony lub przestraszony. Chociaż podczas następnej wizyty w IKEI na kilka rzeczy spojrzę z innej perspektywy. Może nawet złapię za którąś z klamek w drzwiach wystawowych, zerknę za sypialnianą firankę i upewnię się, że pod żadnym z łóżek nie czai się nic więcej niż kurz i te małe karteczki na których wpisujemy numery regałów, gdzie leżą nasze wymarzone krzesła, biurka czy inne cudowności…

 


"Dziady, które nie spieprzają" - Mikołaj Kołyszko, Adam Mickiewicz.

„Dziady część V – Dziady, które nie spieprzają”.

Kiedy jeden z autorów tej gry paragrafowej – Mikołaj Kołyszko – zaproponował mi patronat na tym projekcie, nie mogłem odmówić. Już sama oryginalność tytułu mnie porwała i wiedziałem, że to będzie coś dobrego i wyjątkowego. Jeśli dodać do tego, iż drugim autorem jest sam Adam Mickiewicz przywołany z zaświatów w mrocznym seansie spirytystycznym profesjonalnie i zgodnie ze sztuką przeprowadzonym przez wyżej wymienionego cenionego religioznawcę – jeśli do tej pory Was nie zainteresowałem, to odpuśćcie dalszą lekturę tej recenzji. Jeśli jednak zostajecie – cieszę się – i lecimy dalej!

Znam Mikołaja już kilka lat, mieliśmy okazję przegadać wiele wieczorów na przeróżne tematy, i jedno wiem na pewno – „Dziady, które nie spieprzają” to perfekcyjnie dopracowana, rzetelnie prowadzona i doskonale zaplanowana powieść interaktywna. Autor już od pierwszej strony wprowadza nas w specyficzny, humorystyczno-niepokojący nastrój, budując swą historię na okultyzmie i mroku. Mnie przekonał od razu bo mam okultystycznego świra, a moment poznania Mikołaja i Adama to mokry sen każdego kogo kręci to, co kryje się za zasłoną rzeczywistości. Liczącego, że nasze zmysły nie potrafią wychwycić wszystkiego, że jest i dzieje się wokół nas dużo więcej niż jesteśmy w stanie zarejestrować czy zbadać tradycyjnymi metodami. Od wielu lat interesuję się tym tematem, mam swoje przemyślenia, mam pewne plany, ale ja nie o tym chciałem… bo już się nieco rozmarzyłem.

Gra paragrafowa to bardzo ciekawe rozwiązanie dla osób uwielbiających czytanie książek w dość oryginalny sposób. Mamy bowiem możliwość wcielenia się w wybraną przez nas postać, kreowania otaczającego nas literackiego świata. A to co najważniejsze - nasze decyzje, które nieustannie podejmujemy, wpływają na dalsze losy i całą otaczającą nas opowieść oraz innych jej bohaterów. Tego rodzaju gry książkowe nie mają jednego zakończenia, tak jak klasyczna powieść. Mogą ich mieć kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt, w zależności od złożoności przedstawionej fabuły i wyobraźni autora. Tu praktycznie nie ma ograniczeń. To co wyróżnia ten projekt na tle innych to dodatki, które przygotował Mikołaj. Pomagają one zdecydowanie pełniej poczuć atmosferę gry, wczuć się w odgrywaną aktualnie postać i to po prostu fajny pomysł – ukłon w stronę czytelnika/gracza. Pełnią one jeszcze jedną, ważną funkcję. „Dziady cz. V”, to momentami gra trudna, nieco powtarzalna (jeśli gramy kilka razy, różnymi bohaterami), i nawet takie z pozoru mało istotne dodatki jak tekturowe figurki danej postaci – przydają się, podobnie jak mapa. Zerknijcie na poniższe zdjęcia, wszystkie bonusy są na nich pokazane. Autor zaproponował nam także rozszerzenie gry paragrafowej o elementy RPG – mamy karty postaci, możemy robić podczas gry przeróżne testy, a z całą pewnością już na samym początku wyposażcie się w ołówek i monetę… wybierzcie jedną z proponowanych postaci i zanurzcie się w świat Mickiewiczowskich Dziadów w nowej, odświeżonej i z przymrużeniem oka pokazanej wersji!

No dobra, bo wstęp mi wyszedł nieco przydługi, przejdźmy teraz do samej historii „Dziadów, które nie spieprzają” – a jest o czym pisać! Zaczynamy od tego, że musimy zdecydować kim mamy się stać na czas lektury. A do wyboru mam cztery opcje: Konrado-Gustawa, Karolinę Zann, Nowosilcowa oraz Guślarkę. Każdy z bohaterów ma unikalny zestaw cech oraz wad, które decydują o jego (lub jej) charakterze i możliwościach w trakcie rozgrywki. Wpływają one również na jej przebieg i możliwe zakończenia.

Grałem wiele godzin, a pierwsze pięć to rozgrywka, w której pierwsze skrzypce odgrywał Konrado-Gustaw. Postać dla mnie mocno irytująca – cwaniak, amant i kombinator. Taki pakiet może być odbierany jednak zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Mimo wątpliwej jakości charakteru, potrafi się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości, a jego głęboko skrywana tajemnica, pomaga mu zdobywać to czego pragnie i w pewnym sensie naginać wolę ludzi, którymi manipuluje dla swoich celów.

Karolina Zann, to z kolei zupełne przeciwieństwo nie tylko Konrado-Gustawa, ale i kobiet tamtych czasów (akcja dzieje się w roku 1826). Nie jest zainteresowana zamążpójściem czy rolą kury domowej, za to niezmiernie fascynuje ją nauka, technika i wszelka wiedza, którą chłonie jak i kiedy tylko może. Posuwa się do pewnych forteli, kombinuje i za wszelką cenę stara się dążyć do realizacji swoich planów i ambicji. Twarda, nieustępliwa kobieta, i całkiem utalentowana lekarka oraz… detektyw 😉.

Guślarka – to taki druid w spódnicy. Gramy nią, jeśli fascynuje nas nekromancja, czary, ziołolecznictwo i rzucanie (lub zdejmowanie) klątw. Posiada ogromną teoretyczną i praktyczną wiedzę tajemną, zakazaną oczywiście przez kościół. Chętnie pomaga i wspiera wieśniaków we wszelkich duchowych i zdrowotnych kwestiach.

Nowosilcow – ostatnia postać do wyboru. Hrabia, tajny agent, wysoko urodzony i równie wysoko postawiony w hierarchii społecznej. Trochę taki James Bond carskiej Rosji – nie cofnie się przed niczym, ma fundusze, kręgosłup moralny dość wiotki, a pewność siebie wystrzelona w kosmos. Potrafi odnaleźć się w przeróżnych sytuacjach, i zawsze znajduje optymalne dla siebie i swoich planów rozwiązanie. Dzięki zaufaniu i wsparciu caratu, nie czuje nad sobą ani bata, ani żadnej kontroli. Kawał drania i łachudry.

Jak widzicie każdy z powyższych bohaterów różni się zdecydowanie od innych, ma pewne mocne strony, ale także i wady. Do was należy wybór, jaką ścieżką historii chcecie podążać. Oczywiście mamy tutaj ogromny wspólny mianownik, w pewnym momencie każda z postaci trafi w to samo miejsce, będzie musiała przeprowadzić pewne rozmowy czy też działania, bardzo podobne dla wszystkich. Podobnie również mogą zakończyć się ich losy (ja się nadziałem na to samo zakończenie w 3 na 4 przypadkach :D). Jednak same początki ich przygód oraz to jak wykorzystują oni swoje dominujące cechy charakteru i umiejętności warunkują przebieg gry, wpływają na decyzje zarówno ich, jak i osób które pojawiają się na ich drodze do rozwikłania tajemnicy.

Większość z Was zapewne zagra tylko jedną postacią. Ja przeszedłem grę wszystkimi, i polecam Wam także takie rozwiązanie. Rozgrywka i frajda z niej są wtedy dużo większe. Zostaje w nas ogrom wrażeń i cała gra jest jakby pełniejsza. Czujemy, że wycisnęliśmy z niej tyle ile się dało, że te 520 paragrafów zostanie z nami na długo, bo uszczknęliśmy sobie nieco, praktycznie z każdego.

„Dziady, które nie spieprzają” to naprawdę dopieszczona pod każdym względem gra paragrafowa. Autor nie dość, że posiada przeogromna wiedzę o Mickiewiczu, jego historii i losach, okultyzmie, religiach i czasach dawno minionych, to widać, że był zaangażowany w ten projekt totalnie. Język, styl pisania, stworzona atmosfera – wszystko to składa się na wyjątkową przygodę, której także i Ty możesz stać się udziałem. Zdecydowanie polecam zapoznanie się z V częścią Dziadów – niezapomniane, fantastyczne przeżycie i doskonała zabawa na wiele godzin. Jeśli w szkole lektura „Dziadów” to była dla Was przygoda, a nie mordęga, jesteście fanami dobrze prowadzonych, klimatycznych gier, a także lubicie naprawdę konkretnie się pośmiać – to z pewnością jest to coś dla was. Autor zaserwował nam tu bowiem super specyficzny melanż historii, magii, humoru i ogólnego wariactwa które dotyka bohaterów, i które może udzielić się także i Wam, jeśli nie zachowacie należytej ostrożności! Fani słowiańskiego bestiariusza oraz tajemnych kultów i obrzędów w środku lasów, także znajdą tu coś dla siebie. Wielce oryginalny jest to projekt, nie spodziewałem się aż takiego rozmachu, a przy okazji zgrabnego prowadzenia poszczególnych nitek fabularnych, przeplatania się losów bohaterów i klimatu carskiej Rosji, który widać i czuć na każdym kroku.


Jarosław Klonowski - "Motyle zła".

„Motyle zła” – Jarosław Klonowski.

W dniu kiedy zacząłem pisać tę recenzję, gruchnęła na grozowy fandom druzgocąca wiadomość o tym, że wydawnictwo Horror Masakra kończy swoją działalność ☹. Mimo, że gro tytułów wydawanych przez Tomka Siwca to zdecydowanie nie moje klimaty, jednak kilka książek od niego mam i całkiem mi się podobały. „Motyle zła” także wliczam do tej gromady, bo Jarek Klonowski w tym krótkim zbiorze opowiadań pokazał, że uwielbia bawić się w pisanie i wychodzi mu to dobrze.

Kiedy przedpremierowo zobaczyłem okładkę i poznałem tytuł tego zbioru wiedziałem, że to będzie coś dla mnie. Chociaż podczas lektury kilka razy dałem się zaskoczyć, bo założyłem sobie, nie wiem czemu, że to będzie czysta groza i to w lovecraftowskim stylu. A tu, oprócz klasycznych tekstów osadzonych w horrorze, mamy także science fiction, a nawet fantasy. Oczywiście pradawne, potężne zło czai się zawsze gdzieś w tle, ale niespecjalnie ma ochotę się pojawić, i pozostaje jedynie tłem, lub ewentualnie początkowym katalizatorem historii.

Autor serwuje nam prawdziwy misz-masz bohaterów, lokacji i czasów, w których dzieją się poszczególne opowiadania. Wspólnym mianownikiem wielu z nich jest tajemnicza Infamia, czyli Ziemia przyszłości. Planeta skuta lodem, gdzie nie może być, i nie ma życia. Mimo tego pewne osoby postanawiają ją odwiedzać. Poznamy historię pilota frachtowca towarowego który udaje się w rutynowy lot nad Infamią. Nie będzie to jednak ani prosty ani miły przelot. Były żołnierz, człowiek odważny i obyty w trudach życia i walki stanie się świadkiem czegoś, co zmieni jego pogląd na otaczający go świat.

Do Infamii kursuje także tajemnicze metro. Nikt nie wie po co, ani gdzie się zatrzymuje, ponieważ ci, którzy wsiadają do niego, nigdy z krainy wiecznego lodu nie wracają…

Odwiedzimy Francję, a konkretnie pewien klasztor w Autun, w którego piwnicach i kryptach czai się coś potężnego i pradawnego. Młody ksiądz zostaje tam zaproszony aby pomóc w zdobyciu informacji o pewnym artefakcie, odkrytym przypadkiem w świątyni. Ale zarówno sam klasztor, jak i całe miasteczko, wręcz przesiąknięte są tajemnicami i mrocznymi historiami, sięgającymi wiele lat wstecz. Dla fanów Lovecrafta, alchemii i kościelnych tajemnic absolutny must read!

Autor zabierze nas także do Polski – spędzimy jakiś czas w Grudziądzu, gdzie główny bohater zacznie zgłębiać historię grudziądzkiego zamku oraz tuneli pod nim. Tuneli, w których systematycznie, od lat giną bezdomni szukający tam schronienia. O dziwo nikt specjalnie się tym nie interesuje, może oprócz pewnego tajemniczego dżentelmena, który usilnie próbuje zaprzyjaźnić się z naszym protagonistą. Moim zdaniem, to najlepsze opowiadanie tego zbioru. Autor snuje niespiesznie arcyciekawą historię, a finał i poziom weirdu – myślę, że nawet Wojtek Gunia nie powstydziłby się tego tekstu.

Oprócz mnogości miejsc, Jarek zadbał także o interesujące rozmieszczenie poszczególnych tekstów na osi czasu. Czasem jesteśmy w XIX wieku, i razem z żołnierzem Armii Czerwonej staramy się rozwikłać zagadkę zaginięcia pewnego porucznika. Wraz z biegiem historii robi się coraz dziwniej, ja osobiście momentami miałem skojarzenia z Górami Szaleństwa Lovecrafta. Rozległe stepy Mongolii i Chin, mroźne bezkresy, dziwne zaginięcia ludzi, a także naprawdę konkretny romans historii z pewną bardzo znaną kryptydą… świetny tekst, nadający się zdecydowanie na coś dłuższego.

Nie chcę opisywać tutaj wszystkiego bo uważam, że ten zbiór ma w sobie pewną magię. Różnorodność to jego zdecydowany atut, a autor ma talent do snucia tak dziwnych i rozstrzelonych tematycznie historii, które mimo to wciągają bez reszty i aż chciałoby się więcej. I tu płynnie przejdźmy do minusów, a właściwie jednego zasadniczego…

Co mi się nie podobało? Zawiodłem się długością większości tekstów. Kiedy opowieść nas wciąga, a praktycznie każdą przeczytałem z zapartym tchem – autor ją kończy. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale w każdym przypadku, moim zdaniem zbyt szybko. Te opowiadania mają potencjał do rozwinięcia ich w powieści. Są dobrze przemyślane, ciekawe, posiadają dobre tempo i interesujących bohaterów. Mam wrażenie, że Jarek Klonowski potraktował ten zbiór opowiadań jak swojego rodzaju test na czytelniku. Rzuca nam kąsek i patrzy na naszą reakcję. W moim przypadku zawsze była taka sama, pożerałem go w mgnieniu oka, i oszalały rozglądałem się wokół w poszukiwaniu kolejnego. I oby moje podejrzenia były słuszne, bo w innym przypadku wyszłoby na to, że autorowi nie starcza amunicji na dłuższe opowiadania. W co osobiście wątpię.

Jeśli macie dwa wolne wieczory, i chcielibyście poczuć urozmaiconą grozę, której akcja skacze po kontynentach i strefach czasowych jak szalona, to jest to zbiór dla was. Są momenty, są dobre zwroty akcji i solidne podstawy do tego by sądzić, że autor lubi, chce i umie przestraszyć. Bez tandetnych zabiegów i wagonów z flakami. Tu króluje klimat, spokojna, nieraz wręcz ślimacząca się akcja, która jednak w odpowiednich momentach potrafi wywołać szybsze bicie serca i sporo przemyśleń. Angażuje czytelnika, z jednej strony chce się już kolejnego tekstu, z drugiej poprzednie nadal gdzieś tam się z tyłu głowy mielą i nie dają o sobie zapomnieć. I o to w tym chodzi.


"Daphne Byrne" - DC Hill House.

Piąty, i zarazem niestety ostatni komiks od DC Hill House, to kwintesencja klasycznego horroru spirytystycznego. „Omen w gorsecie” – tak określił tę historię Joe Hill, opiekun i pomysłodawca serii. I nie sposób się z nim nie zgodzić. Mroczny, niedoświetlony, XIX-wieczny Nowy Jork. Tytułowa Daphne traci ukochanego ojca, majętnego biznesmena i głowę rodziny, w wielce tajemniczych okolicznościach. Matka dziewczyny, nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, popada w coraz większe długi i marazm spowodowany utratą ukochanego męża. Daphne to bardzo specyficzna młoda dama, nieco krnąbrna, ciekawa świata, nieprzystająca do klasycznego obrazu nastolatki tamtych czasów. Odtrącona, zagubiona i pragnąca bliskości dziewczyna zaczyna interesować się mroczną stroną życia, w czym nieświadomie pomaga jej matka, uczęszczająca niezwykle często to pewnego medium, aby móc kontaktować się z duchem męża.

Daphne od samego początku zdaje się być kimś więcej, niż tylko zwyczajną młodą dziewczyną. Zaczyna słyszeć i widzieć rzeczy niedostępne dla innych, a próbujące zaprzyjaźnić się z nią dziwne postaci i głosy, zdają się mieć w tym swój ukryty cel. Choć oczywiście są uprzejme i przemiłe, od razu da się wyczuć drugie dno i nutę fałszerstwa w ich głosach. Nie spodziewajmy się zresztą subtelności i pięknych przyjaźni – to w końcu horror! Daphne coraz częściej i intensywniej odwiedza pewien chłopiec, każący nazywać się jej bratem. Jego podszepty, dyskusje jakie prowadzi z dziewczyną, a także to co potrafi z niej wykrzesać, stają się zalążkiem finału tej opowieści. Zło przewija się tu praktycznie ciągle. Nie tylko diabelskie, duchowe, ale także, a może przede wszystkim – ludzkie. Bo to w równym stopniu co o świecie niematerialnym, jest historia o ludziach. O tym co nas podnieca, do czego dążymy, i czego jesteśmy w stanie się wyrzec, aby nasz cel osiągnąć. Nie bez powodu często słyszy się, że potworów w rozumieniu klasycznym, nie ma. Że ich miejsce z powodzeniem zastępują ludzie.

Wiele już było podobnych historii, i „Daphne Byrne” właściwie niczym nowym nie zaskakuje ani nie powala. Mnie osobiście mocno kojarzy się z „Dzieckiem Rosemary” Polańskiego i „6 zmysłem” Shyamalana. Ale można tu dostrzec dużo więcej analogii i częściowych powtórzeń. Nie zmienia to faktu, że jest to przyjemna, dość mroczna historia, w wielu momentach nawiązująca do klasyki horroru, może nawet oddająca jej delikatny ukłon.

Stopniowa zmiana jaka następuje w tytułowej bohaterce, czające się w niej, i wokół niej demony, przyjaźń z jednym z nich, odnalezienie się w przypisanej jej roli, a także klasycznie rozumiane „zło”, wykorzystujące i czerpiące pełnymi garściami ze słabości i cierpienia – to wszystko wyczerpuje definicję zarówno komiksowego, jak i literackiego horroru. Chociaż ja sam chętnie spowolniłbym przemianę, wydłużył tę historię i wprowadził nieco więcej cienia, mroku, duchoty, szaleństwa. Rozumiem założenia serii Hill House, ale ta opowieść tylko by na tym zyskała. Oceniam ją pozytywnie, ale umieszczam na miejscu 5 z 5. Tak wysoko zawieszona jest tu poprzeczka, że „dobra” historia, to niestety zbyt mało.

Z pewnością interesującym bonusem jest to, że nie mamy tutaj tradycyjnego pojedynku „dobra ze złem”. Momentami tak może się wydawać, ale to moim zdaniem zmyłka twórców – Laury Marks odpowiedzialnej za scenariusz, oraz Kelley Jones, która z dużym kunsztem i smakiem narysowała „Daphne Byrne”. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego, a dobro nie jest ani przez moment bohaterem tej historii. Nawet postaci, które wydawałoby się mają odgrywać pozytywne role – z czasem pokazują swoje prawdziwe oblicza. To dość specyficzny zabieg, nie mamy bowiem ani na chwilę odczucia, że „będzie dobrze”. Ale musimy sobie przy tej okazji zadać pytanie – czy chcemy aby było dobrze? A może to co pisałem powyżej o ludzkiej naturze i rządzach, dotyczy także nas samych… ?

 


Krzysztof Kowalski - "Przeklęty rejs".

„Przeklęty rejs” – Krzysztof Kowalski.

Napisanie czterystu-stronicowej historii właściwie marynistycznej tak, aby nie znużyła i nie powodowała notorycznego ziewania, to moim zdaniem trudna sztuka. Autor „Przeklętego rejsu” zdecydowanie umie w takie powieści, a jak dodamy do tego z początku nieuchwytną, a później zupełnie już widoczną kosmiczną grozę – robi się naprawdę przyjemnie!

[…] „Wiodąc wzrokiem za ruchliwą masą skrytą za koszulą, uchwyciła ona również twarz Artura. Odskoczyła zrazu, gdyż widok ten wstrząsnął ją bardziej niźli się spodziewała. Twarz pasażera zdawała się należeć do dwóch bytów konkurujących ze sobą. Prawa połowa wykrzywiona była w grymasie bólu i strachu, jakże obcych dla tego stoickiego mężczyzny. Lewa zaś wykrzywiała swoją część warg w szyderczym uśmiechu, pośród zdającej się topnieć bielonej skóry. Oko w tej przeklętej części krążyło niespokojnie, niezależnie od przerażonego prawego odpowiednika, badając uważnie pomieszczenie. Zauważyło na sobie wzrok Tamary i rzuciło jej wyzwanie.” […]

Praktycznie cała akcja powieści Krzysztofa Kowalskiego dzieje się na okręcie SS Bocian, podczas rejsu z Polski do Irlandii. Jest rok 1928, a ludzie szukają życiowych alternatyw. Niektórzy starają się rozpocząć gdzieś indziej wszystko od nowa, inni wysłani zostają z rodzinną misją powiększania firmowych wpływów, nie brakuje także cwaniaków i spryciarzy, którzy spaleni na ojczystej ziemi, postanawiają spróbować sił na obczyźnie. Taka to właśnie mniej więcej ekipa wsiadła na pokład „Bociana”, i wyruszyła w blisko tygodniowy rejs. Jeśli dodamy do tej grupki Julię, która podróżuje z córką Amelką do swego męża, a także Tamarę – tajemniczą, uroczą i błyskotliwą wróżkę – przyznacie, taka podróż nie może być nudna.

Przy akompaniamencie terkotu silników i szumu nieustannie rozbijających się o burty fal, żadna z wymienionych powyżej osób nie spodziewa się, że rejs ten odmieni ich życia, a także diametralnie zmieni ich poglądy na otaczającą rzeczywistość. Z początku wyprawa przebiega zupełnie normalnie. Pasażerowie stopniowo poznają się ze sobą, a przy okazji poznajemy ich także my, czytelnicy. Małomówny i prostolinijny, ogromny ślusarz Artur, ksiądz, niski, pulchny i ciągle przestraszony Jakub Mokry oraz Stanisław, oto główni męscy bohaterowie powieści, podczas lektury której miałem nieodparte wrażenie, że zaczytuję się w kolejnych przygodach Herculesa Poirota, tudzież Sherlocka Holmesa. Przez pierwszą połowę książki trzymało się mnie takie przekonanie, ponieważ wraz z lekturą na jaw wychodziły kolejne tajemnice, i prawdziwe charaktery oraz cele poszczególnych pasażerów. I nie zawsze pierwsze wrażenie było tym właściwym. Nie brakowało tam także wielu małych śledztw, niezbędnych wobec wydarzeń jakie miały miejsce w trakcie podróży. Jednak z biegiem stron, na pierwszy plan coraz mocniej przebijały się nam: tajemnica, groza, coś mrocznego i nieuchwytnego, skrytego w cieniach relingów i gorącu okrętowej kotłowni. Z początku niezwykle subtelne, fenomenalnie stopniowane przez autora, pod koniec lektury wybuchły z pełna mocą, obnażając całą prawdę o rejsie, jego pasażerach a także członkach załogi, gdyż ich rola była niemniej istotna. A wszystko to opisane zostało pięknym, barwnym i archaicznym przedwojennym językiem, który doskonale budował klimat powieści, i oddawał realia tamtych czasów. Tutaj muszę oddać autorowi, że spisał się naprawdę znakomicie, a nie było to łatwe zadanie – chyba że ma 140 lat, i pamięta tamte czasy, w innym wypadku – wielki szacunek za ogrom pracy i kreatywność.

„Przeklęty rejs” to również doskonała lektura dla fanów prozy Lovecrafta. Nie ma tu co prawda całej rzeszy monstrów spoza czasu i przestrzeni, nie ma tajemniczych domostw i lokacji pełnych legend oraz namacalnej wręcz ciemności. Nadal jednak, podczas lektury daje się wyczuć tę delikatną sugestię i ukierunkowanie na dzieła Samotnika z Providence. Powolne dziczenie pasażerów, atmosfera nieustannie rosnącego napięcia w relacjach pomiędzy nimi a załogą, obnażanie ich tajemnic, często mrocznych i brutalnych. Bohaterowie wydają się być wręcz do cna dwulicowi, zmieniający fronty, spółkujący ze sobą, wymieniający doświadczenia i zlecający zadania. Wątek psychologicznych zmagań pomiędzy podróżującymi jest bardzo mocno rozwinięty i w wielu przypadkach jest katalizatorem późniejszych wydarzeń. „Przeklęty rejs” z całą pewnością jest powieścią grozy, ale nie ograniczałbym się tutaj jedynie do jednego gatunku, bowiem autor doskonale czuje się także w dramacie, powieści psychologicznej, detektywistycznej czy sporadycznie, nawet obyczajowej. To swoisty miszmasz gatunkowy, bardzo sumiennie i rzetelnie prowadzący nas do dość oczywistego, acz wyczekiwanego finału, którego nasycenie horrorem jest satysfakcjonujące i dopina bardzo ładnie klamry tejże historii, oraz poszczególne losy bohaterów. Zdecydowanie polecam wam lekturę „Rejsu”, bo choć z początku dość trudna w odbiorze, głównie przez zastosowany język i charakterystyczny styl, z czasem nabiera wiatru w żagle i mknie po wzburzonych falach Atlantyku do upragnionego przez wszystkich na pokładzie, lądu.

Jestem świeżo po lekturze „Obserwatorów spoza czasu” Augusta Derletha, i po skonfrontowaniu go z Krzysztofem Kowalskim muszę przyznać, że nasz rodzimy autor ma smykałkę do pisania w stylu Lovecrafta, i wychodzi mu to wcale nie gorzej, niż wiernym fanom i przyjaciołom HPL-a. A to wbrew pozorom wcale nie jest taka łatwa sprawa – cienka jest bowiem granica pomiędzy lovecraftowską przedwieczną grozą, a pastiszem karmiącym nas kosmicznymi stworzeniami i prastarymi księgami czy manuskryptami, pełnymi zaklęć i przepowiedni. A po jej przekroczeniu, uważny czytelnik i fan prozy Cienia z Providence, skrzywi się nieco, po czym odłoży lekturę „na później”. Tutaj nie mamy do czynienia z taką sytuacją. Krzysztof snuje swą opowieść niespiesznie, tkając suspens i z każdym dniem dokładając swoim bohaterom kolejnych trosk i zmartwień. Nie tylko fizycznych, ale przede wszystkim tych natury psychicznej. Już samo zamknięcie w ogromnej metalowej puszce, pośród bezmiaru wód, może być przyczynkiem do powolnego popadania w paranoję. Dodajmy więc do tego nieco bluźnierczych znaków, nagłych zmian zachowania załogi, agresji i kończących się zapasów pożywienia oraz węgla. Postawcie się w sytuacji Artura, Stanisława, Tamary czy nawet samych marynarzy „Bociana”, którzy przecież z niejednego pieca chleb jedli, są twardymi i obytymi w niebezpieczeństwach mężczyznami. Jednak to z czym przyjdzie im się zmierzyć podczas tego rejsu, przerośnie wielu, a pozostałym zostawi w duszach i sercach rany, które nigdy już się nie zagoją…