“Otchłań zmartwychwstań” – HiroDjee/Rodriguez. 

Zawsze podziwiałem wszelkiej maści odkrywców. Poświęcali majątki, zdrowie i niejednokrotnie życie, aby spełniać marzenia o postawieniu stopy na nowym lądzie czy znalezieniu skrótu, który pozwoli zaoszczędzić czas i zasoby w trakcie transportowania towarów. Największy szacunek budzili i budzą we mnie jednak ludzie, którzy w XIX wieku, na drewnianych łajbach zapuszczali się w nieopisane i niezmapowane tereny dalekiej Północy, a zupełnym przypadkiem akurat komiks, który wam tu opisuję, traktuje o takich właśnie ludziach… 

Lorda Havena Greenwooda, który dopiero co powrócił z dalekiej ekspedycji do Tasmanii, odwiedza pewien jegomość, a niedługo potem arystokrata organizuje i zostaje dowódcą tajemniczej wyprawy w głąb Arktyki. Jego młoda, druga już, żona nie ma zbyt wiele do powiedzenia w tej materii, ale czuje, że coś jest mocno nie tak, a mąż nie jest z nią do końca szczery. Jej przeczucia są całkiem trafne, ponieważ mijają lata, a po wyprawie Havena nie ma śladu. Zrozpaczona Pearl, którą dręczą koszmary i senne wizje, nie może dłużej tak żyć i podejmuje się karkołomnego zadania odnalezienia ukochanego. Z angielskiego portu wypływa więc kolejna ekspedycja, na której czele tym razem staje zdeterminowana lady Greenwood. To, co spotka ją w ciągu najbliższych miesięcy, z jaką grozą i makabrą przyjdzie jej się zmierzyć, wystawi na próbę i zdrowie psychiczne i siły witalne zarówno jej, jak i wszystkich członków załogi.  

W lodzie czyha bowiem tajemnica, zakamuflowany mrok i cała masa buzujących złych emocji, które nareszcie będą mogły znaleźć należyte ujście. Coraz częstsze wizje, których doświadcza Pearl, nadnaturalne zjawiska pojawiające się wszędzie wokół oraz ogrom niewyjaśnionych i zatajanych latami kwestii eksplodują wśród trzaskającego mrozu i to tam, w ogromnej jaskini, do której zmierzają wszyscy ocalali, wyjaśnią się wszelkie spory, a zainteresowani i skłóceni będą mieli dwa wyjścia-albo się pogodzą i zewrą szyki, albo czeka ich niechybna i brutalna śmierć, a może nawet coś jeszcze gorszego… 

Pearl szybko przekona się, iż rzeczywistość ją otaczająca daleka jest od ideału, a brutalność świata i istot go zamieszkujących nie zna granic. Kobieta musi twardo stąpać po śniegu i lodzie, bo nawet rzeczy, które do tej pory wydawały jej się niezachwiane i w których pokładała wszelkie nadzieje i życie, wcale nie muszą okazać się aż tak trwałe czy szczere. Wyprawa w biały bezkres z pewnością ją zahartuje i to na wielu poziomach egzystencji.  

Brakuje mi takich czysto przygodowych komiksów, gdzie całe zaplecze i tło tworzy groza. Mimo że historia ta jest krótka i prosta, dostarcza zaskakująco dużo frajdy z lektury i ja doskonale bawiłem się kartkując dzieło HirodJee zilustrowane fenomenalnie przez Gabriela Rodrigueza. Czuć vibe XIX wieku, tych wibrujących w powietrzu oczekiwań ludzkości co do kolejnych odkryć i zapełniania map nowymi ziemiami, z pewnością kryjącymi niepoliczalne skarby. W tym przypadku akurat lód i nowy ląd krył coś innego, ale z pewnością niemniej emocjonującego. Na pewno nie ma nudy, jest zdecydowanie więcej akcji i walk, niż gadania i planowania. Historia jest dynamiczna i prowadzona jak klasyczny “Indiana Jones” – są problemy do rozwiązania, mamy ludzi, trzeba działać. Momentami jest nieco naiwnie, ale w którym przygodowym dziele tego nie doświadczamy? Wszystko to obtoczone jest konkretną ilością truposzy, nadnaturalnych stworzeń, miłości i pewnego rodzaju zdrady… 

No i klimacik jest zdecydowanie! Prawie każdy kadr z tego komiksu ocieka niepokojem, a chłonąc tę opowieść i przekładając kolejne karty, poczuć możemy mróz przeszywający opuszki palców. Przysuńcie więc bliżej świece, podgrzejcie herbatę i zanurzcie się w otchłań…