Jednym z moich największych marzeń, jest zwiedzenie USA. Na pierwszy ogień z pewnością poszłoby Providence, z wiadomych powodów, ale zaraz potem udałbym się nad Zatokę Meksykańską, im dalej i głębiej, tym lepiej. Alabama, Luizjana, Missisipi, bagna, ogromne plantacje, Nowy Orlean z jego muzyką… dzięki „Żywiołakom”, możemy na kilka wieczorów przenieść się właśnie w te rejony; na parne, duszne, mokre od potu, spokojne do bólu, tajemnicze Południe Stanów Zjednoczonych.

Beldame. Trzy wiktoriańskie domy, wybudowane ponad sto lat temu praktycznie na plaży, na samym brzegu zatoki. To tam, od wielu lat swoje wakacje spędzają dwie majętne rodziny – Savage’ów oraz McCrayów. Każda zajmuje swój dom, choć większość czasu spędzają ze sobą, prowadząc ożywione rozmowy, grając w gry lub po prostu korzystając z lata. Ale jak wspomniałem, na plaży postawione zostały trzy domy. I to właśnie ten trzeci, niezamieszkały od dziesięcioleci, majestatycznie magiczny, przyciągający wzrok i pobudzający wyobraźnię, pochłaniany stopniowo przez piasek i wydmy, jest jednym z głównych bohaterów powieści.

Kiedy fan grozy słyszy sformułowanie „nawiedzony dom”, przewraca oczami i znużony kontempluje sufit, z grzeczności jedynie nie zasypiając. Jednak „Żywiołaki” zdecydowanie bronią się w tym aspekcie i według mnie, to prawie doskonały przykład horroru bazującego na tym ogranym i przegadanym wszerz i wzdłuż, motywie. Absolutnie nie jest to klasyczna opowieść o duchach. Mnie podczas lektury bardzo często myśli uciekały w stronę „Pikniku pod Wiszącą Skałą” Joan Lindsay, który mógłbym włożyć do tego samego worka co „Żywiołaki”. Jeśli spojrzymy na obie powieści pod kątem klimatu stworzonego przez autora. A naprawdę ten klimat czuć. Często podkreślany w powieści McDowella jest upał, nieznośny gorąc, temperatury sięgające 40 stopni Celsjusza, to w tej powieści norma. Bohaterowie spędzający leniwe wakacje nad wodą, nie mający absolutnie nic do roboty, oprócz relaksu i wynajdowania nowych sposobów na schłodzenie się. Ociekają potem, lepią się, najchętniej chodziliby nadzy, a jeszcze lepiej jakby nie musieli się w ogóle ruszać. Dosłownie czuć na karku gorące, rwane oddechy, szum wentylatorów, a gdzieś w tle nigdy nie cichnące, szuranie. Jakby przesypującego się non stop piasku…

Trzynastoletnia India McCray, która jest jedyną nastolatką w Beldame, praktycznie od razu interesuje się ogromnym gmachem trzeciego domu. Domu, który powoli znika, zagarniany przez nawiewany nieustannie piach. Jej wyobraźnia szaleje kiedy ciągnie za języki swoich wakacyjnych towarzyszy i dowiaduje się o tym miejscu coraz więcej. Dom przyciąga ją, kusi tajemnicą, nocami wydaje jej się, że ktoś po nim spaceruje, na piętrach widać dziwne cienie, a kiedy dziewczyna zdobywa się na odwagę i podchodzi bliżej, wydaje jej się, że ktoś czai się w ciemności, przygląda się i zaprasza do środka…

Groza czai się gdzieś w tle od samego początku powieści. Jest nieoczywista, ukryta, ale cały czas obecna. Stopniowo zaczyna przebijać się na pierwszy plan, wraz z poznawaniem historii przez czytelnika, a ostatnie sto stron, to już czysty horror, z wieloma bardzo sugestywnymi i plastycznymi opisami. Tytułowe „Żywiołaki”, które kuszą, zaczepiają, oszukują i starają się wabić bohaterów aby ci weszli do trzeciego domu, to wspaniały przykład kunsztu i zabawy autora z czytelnikiem. Nic nie jest tu oczywiste, bohaterowie powieści sami do końca nie wiedzą czy to co właśnie przeżyli, to prawda, sen czy koszmar wywołany nieznośnym upałem i sugestiami wyobraźni karmionej historiami o tajemniczym domu.

Jestem nieco zawiedziony samym finałem, zabrakło mi tam mocniejszej sceny rozwiązania, chociaż cała powieść utrzymana jest w mocno onirycznym klimacie,  powolne tempo akcji zdecydowanie lepiej tam pasuje (również w kontekście notorycznego upału), to i tak pod koniec zdecydowanie się zwiększa, a momentami pędzi na łeb na szyję. Fani mocniejszych, brutalniejszych scen również znajdą tu coś dla siebie, choć nie ma tego dużo. To lektura zdecydowanie dla fanów grozy subtelnej, zawoalowanej, historii opowiadanych wieczorami na ganku z tyłu domu lub snutych szeptem przez starsze osoby, odpoczywające w cieniu drzewa. Ogromną rolę w powieści odgrywają dialogi, właściwie cały czas ktoś z kimś rozmawia, wymienia poglądy lub żartuje. Dostajemy tu bardzo dobrze skonstruowane technicznie dyskusje pomiędzy obiema rodzinami, które różnią się dość mocno w poglądach i życiowych priorytetach. Podczas kiedy McCrayowie – India i jej ojciec Luker, to dość wyluzowani i idący z duchem postępu nowojorczycy, tak rodzina Savage’ów, to zatwardziali Południowcy, mający specyficzne i staromodne podejście do wielu spraw. Wydaje mi się, że aż tak bardzo zajęli się kultywowaniem rodzinnych tradycji, że stało się to ich przekleństwem, i wpędziło ich na równię pochyłą. Niemniej jednak, dialogi są zdecydowaną ozdobą książki i jednym z budowniczych klimatu. Świetną pracę wykonał tłumacz – Tomek Chyrzyński. W moim odczuciu fenomenalnie udało mu się przełożyć na nasz język styl autora, i to co oraz jak, chciał czytelnikowi zaserwować. Uchwycił ducha tamtych czasów, charakterystyczne podejście Południowców do życia, oraz doskonale zbalansował grozę z obyczajem. Duże oklaski ode mnie. Jeśli lubicie historie których akcja umiejscowiona jest w USA, nie gardzicie nieoczywistą i nienachalną grozą, „Żywiołaki” powinny się wam spodobać. Dla mnie to była ogromna przyjemność i chętnie poznałbym inne dzieła McDowella, zwłaszcza te, które pokazują jeszcze więcej tego barwnego i oryginalnego amerykańskiego Południa. A trochę tego było… Vesperze, byłbyś tak łaskaw? 😉